KAROL SAMSEL
Praktyki. 9
środa, 28 stycznia — wtorek, 3 lutego [1]
Literatura jest kobietą, zapisuję. Starą, ale jednak nie wysterylizowaną — dodaję po jakimś momencie namysłu. Czy to samo mógłbym powiedzieć o dramacie — albo teatrze? Dramat jest kobietą, starą, ale jednak nie wysterylizowaną? Teatr jest kobietą, starą, ale — jednakże nie wysterylizowaną? Kultura jest kobietą, starą, ale jednak nie wysterylizowaną? Religia jest kobietą, starą, ale jednak nie wysterylizowaną? Chodzi mi tu o cud Sary — ale równocześnie o to, z czym byśmy pozostali, gdyby nie było Sary, Sara była Galateą — dla przykładu — a Abraham Pigmalionem. Zmierzam do tego, że literatura, kultura, religia oraz dramat i teatr — wciąż mogą porodzić, mogą jeszcze porodzić. No chyba że wysterylizujemy naszą Sarę, albo uczynimy ją Galateą. Czy Kierkegaard miałby sens, gdyby na górę Moria wchodził Pigmalion, oczywiście — jakiś żydowski Pigmalion — z zachowaniem wszelkich proporcji, nie chodzi mi tu przecież o zwykły synkretyzm. A może taki tom wierszy — pt. „Sterylizowanie Sary”. „Saralizacja”.
Znajduję zdjęcie Becketta, w golfie, z torbą na ramię, zegarkiem, a także — okularami przeciwsłonecznymi: myślę, że to Beckett w średnim wieku, jedna z rzadszych fotografii nieprzedstawiająca ani Becketta młodego, nadzwyczaj młodego, ani starego i nadzwyczaj starego… Bardzo go przypominam z wyglądu — może nawet tak silnie, jak — na niektórych zdjęciach, przynajmniej, Seamus Heaney przypomina Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. A może byliśmy gliną wypalaną ze wspólnego kotła — lub podlegaliśmy podobnym procesom rasizacji, przy takim nie innym podobieństwie? Czy można w ogóle mówić o rasistowskim podobieństwie? Już od prawie piętnastu lat wiemy o istnieniu genów twarzy oraz genetyce twarzy. Ale jeszcze jedna myśl, cały czas w orbicie bardzo szerokiego obiegu nawiązania, półnawiązania: czy rasizm może służyć dekolonizacji? Czy jest na tyle uniwersalny, czego, oczywiście, byśmy po nim się nie spodziewali.
Margreta Grigorova łączy się online z Towarzystwem Conradowskim, żeby docenić moją książkę o Conradzie — to nade wszystko, w jak dekolonialny i w jak dekolonizujący sposób mówię o jego polskości. Sprawia mi to ogromną radość, obcokrajowiec docenia ten dekolonialny charakter narracji, narracji o polskości Conrada… Uzmysławiam sobie — w ostatnim czasie — całe dziesięć ostatnich lat mojego dojrzewania intelektualnego, ale także artystycznego. Można, myślę, powiedzieć, że to „dojrzałość pierwsza”, faza „dojrzałości pierwszej”, jakiej doświadczyłem. Teraz czas na „dojrzałość drugą”, psychoemocjonalną — gdzie fundamentalnym odkryciem całego swojego życia oraz literatury winienem uczynić swoje patologiczne poczucie winy (a dzisiaj przypomniałem sobie to, jak okładałem się paskiem po plecach, do (czy pierwszej?) krwi, potem zapisywałem to wszystko w wierszu Pasek od spodni). Myślę, że między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia właśnie osiągnę stan ostatecznej pełni człowieka w sobie, co będzie dla mnie, niewątpliwie, stanem filozoficzno-literackiej równowagi… To już piąta dekada mojego życia oraz czwarta dekada mojej twórczości, w której konsekwentnie — jak łaskawi byliby powiedzieć niektórzy — życie i jego tematy, codzienność oraz jej tematy, zaniedbuję, na rzecz, jak ujęłaby barwnie Iwona Smolka — kontemplacji własnego pępka. Smolka przypomniała mi Krzysztofa Boczkowskiego i odwiedziny u niego w mieszkaniu na Matejki — wspólną pracę nad Thomasem Stearnsem Eliotem, Szeptami nieśmiertelności. Dziś w nocy siedemnastostopniowy mróz, wracam do czytania Heroid… Z inspiracji Owidiuszem pytanie do samego siebie — w jakiej odmianie docentia tkwię, a może w odmianie sapientia, a więc jestem bliższy Horacemu? Kim więc jestem: poetą docens, poetą doctus czy poetą sapiens, ze względu na swój temperament seksualny może sapiens? Sapiens w stylu hellenistycznym, doctus w stylu hellenistycznym? Styl sapere aude czy docere aude? A może jestem poetą doctus w zabiegu varietas, jeżeli z wiekiem staję się jednak coraz czytelniejszy? To może jako poeta doctus — ale w lubianym przez wszystkich zabiegu varietas, tyle że pojętym tu może jako antyzabieg, powiem, że od 1989 roku literatura żyje bez serwisowania. Damy sobie z tym radę jeszcze przez kilkanaście, może kilkadziesiąt lat, może nawet do naszej śmierci, ale nie da się przejść całego XXI wieku na takiej właśnie — nieserwisowanej, niezserwisowanej literaturze — jestem tego więcej niż pewien…
Pierwszy dzień lutego przypada w niedzielę. Zaczynam go od pornograficznego „my pretty one”. Pisze do mnie profesor Jolanta Dudek, wciąż poruszona książką Wasz nieśmiertelny ogień. Na samym początku nawiązuje do motta otwierającego tom — czyli „Indeed, I belong to the last of the romantics, don’t I?”, retoryczne pytanie padało jeszcze w rozmowie z Marianem Dąbrowskim w 1914 roku i już w Krakowie Dudek podkreślała, że mamy do czynienia z zawoalowaną aluzją (tak wtedy ją przynajmniej zrozumiałem) do neoplatońskiego wiersza Williama Butlera Yeatsa, Coole Park and Ballylee, 1931. Teraz, oczywiście, widzę, że to nieporozumienie. Tu mamy mówienie o ostatnich romantykach w 1914 roku, tam w 1931 roku, no i słowa Yeatsa — We were the last romantics — chose for theme / Traditional sanctity and loveliness. I dalej, bo dużo w tym jest piękna i można, uważam, wykonać z tego wiersza Yeatsa solidne ćwiczenie przekładowe, dla wszystkich, którzykolwiek rozumieją przynajmniej ducha językowego, a zatem Whatever’s written in what poets name / The book of the people; whatever most can bless / The mind of man or elevate a rhyme; / But all is changed, that high horse riderless. Przecież to także o smutku masturbatora, o masturbacji jako wyrazie niezgody na epidemię the riderless bourgeoises — petits bourgeoises, o masturbacji jako wyrazie niezgody na tłuszczowe — the fumbling („grzebanie”) in a greasy till („w tłustej kasie”). Bunt całego celtyckiego — a także antysklepikarskiego nurtu pisarstwa — w jednym Yeatsie. Czy powinienem więc rzec, że Indeed, I belong to the last of postmodernists, albo Indeed, I belong to the last of late modernists, zwłaszcza teraz, gdy Eliza Kącka sterapeutyzowała już po uzyskaniu nagrody, której tak pragnęła — całą Polskę. „Wczoraj byłaś dobra jak Ballylee, 2026”.
Wyobraź sobie Biblię, która jest jedynie suchą wodą, wegetatywnym bodźcem — alarmem dla miasta Facebook, życiem w mieście Facebook nad morzem, jak tu nie wrócić głębiej do dowodów o nieśmiertelności duszy z Fedona? Przecież, w podobnej sytuacji, to Fedon będzie jedynym rozwiązaniem? W świecie całkowitego wegetatywizmu zostaje już jedynie mówić o nieśmiertelności duszy, czytać Fedona i zakładać sekty (antysekty), inne bodźce nie przemawiają do wyobraźni, poezja, poezja, powieść, dramat — jest tutaj owym wyrazem, właściwie pseudowyrazem, śpiączki wyobraźni. I te ciągłe alarmy dla miasta — Facebook, alarmy dla miasta Fakt, alarmy dla miasta Pomponik, z tego mamy pomponowy modernizm, pomponowy postmodernizm, pomponowość Biblii, „Księgi Pompona” — Olgi Tokarczuk. Z mówieniem tyle o Bogu, Szatanie, diabłach i aniołach mógłbym zostać tutaj zredukowany do pompona ze swoich własnych aspiracji, trwa właśnie pomponowa — tak, owszem, pomponowa niedziela lutego. We were the last pompons, that pompon horse, riderless, tak mógłby zareklamować nas Yeats naszym synom czy wnukom. Obrzydliwe… Elżbieta Wesołowska we wstępie do Heroid Owidiusza pisze o tym, że sąd Parysa był, właściwie — co do formy — konkursem. Czy jurorzy współczesnych nagród literackich nie cierpią na kompleks Parysa? Powinienem napisać dramat o jurorze konkursu na debiut — trawionym kompleksem Parysa, umierającym na skutek klątwy rzuconej na niego przez… jedną z konkurentek, której wygraną uniemożliwił? Dramat powinien być gruntowną psychologiczną wiwisekcją kompleksu Parysa we współczesnych okolicznościach, zarazem krytyką salonu literackiego i tekstem w konwencji Eliota z dramatów, takich jak Zjazd rodzinny i Cocktail party. Tytuł dramatu: „Kompleks Parysa” — przystąpić do pisania najpóźniej około grudnia 2026 roku. Przedstawić więc współczesną nagrodę literacką jako wariację na temat mitologicznego sądu Parysa — a zarazem jako wzniosły i monumentalny dramat w czterech-pięciu aktach, o złożonej strukturze, jednak z trwałym decorum. Coś w bergmanowskim klimacie Persony — Parys polski powinien być właśnie bergmanowski, w podobnym, co Persona, uchwycie… Moglibyśmy go nazwać „Dudziec”, tak, „Dudziec”, dramat w czterech-pięciu aktach, „Parys Dudziec, lat 39”.
Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved