PAWEŁ NOWAKOWSKI
R4
— A potem Ananas zaległ pokotem na ryżowisku w prawie zamokłej trawie, prawie wyrażając szacunek do upolowanej frytownicy, bo otwarcie nowego elewatora było [numer 25], a on był prawie dziewiąty i nie zdążył złowić okonia, co nie chciał trawy, jeno tran, o którym marzył, ale nie myślał, bo pomyślał, że marzenia się nie spełniają, a już na pewno nie podczas niewyklarowanych sytuacyj. I prawie mu się udało, ale Indyk był w niedyspozycji — nie udało mu się nikomu capnąć portfenetru, ani elegancko wyglądającej Franczyzie, ani tradycyjnie ubalkonowionej Ani — oddał więc Ananas frytownicę na złom i ostał mu się zaledwie łom, za którego zapłacił okorowanym jesienią drewnem. Szacunek odleciał do ciepłych lodów, nieprzełamanych i nieprzememłanych w maszynach memłacznych; przypuszczalnie właściciele maszyn umarli, albo pojechali na front burzowy, łamany przez wschodni. Spodni też nie mieli, bo to Kobietowie byli, żyli w uporządkowanych kniejach, podstępem podbijając piłeczkę rokowań z ościennymi palatynatami, zagłębionymi w skoligaconych ze stajennymi pagórkami dolinach. Indyk śmiał się z tego, bo słowo „zagłębion” kojarzyło mu się z niewłaściwym zachowaniem przy sporządzaniu aktu właściwego, nie rozumiał wszak szkicowości, notatnikowości i studiowalności sporządzania, zawsze idąc na obsesyjny żywiolizm, łamany przez suchoty gałęziowe. Co tam obszarowość? Co tam podziwialność? Co tam tutejszość? Pędził jak średniowieczna lokomotywa do Canossy po papier do papierosów, bo banderolami miał wybrukowane główne ulice, a te boczne, gdzie mieszkała zwykła ludnościowość, wyściełał nawydrukowaną tekturą z akrylem, co wykluczało malowanie aktów właściwych i typowych gwaszy z notariuszowymi szwindlami. Geszefty spod gwiazd w odcieniach szarości charakteryzowały się niemal całkowitą…
— Zgaduję, że swędzalność twojego gadziego języczka nie pozwala ci na obsenność strunową gardzieli, więc miotasz halitozą na wszystkie stronnictwa, nie bacząc na inne obszary objęte ochroną prawie dźwiękoszczelną. Taką mam tezę, ona jest moja, i choćbyś tego nie chciał, twoja też. Muszę osłabić twe wpływy na dopływy osnów słów, wszelkich librett czy mało fascynujących fabuł. Kto zabił?, nie pytam jaśnie jegomościa, dżentelmena w prawie ażurowym fermatacznym peniuarku, z naszytym filozoficznym podłokietnikiem na lewaśnym rękawisku. Prawie nie pytam.
— Zabił Antytez, prawie zabił. Nie odpowiadam, bo prawie zawsze powiadam, że odpowiedź prawie zawsze znajduje się na swojej miejscowiznie, w dobrze rozpoznanym materiałowym prawie jałowym statusie, w obrębie wykluczających się z jajeczników wisusów, prawie na styku trzeciego z piątym. Ślepy Wojtek obiecał mi to pokazać [ale to już zupełnie inna historia]…
— Szczególną wrogością darzę repety i rymowalności. W trwaniu bez celu, w fotelu czy na chamskim hamaku tak nie ma. Fonia płynie, echo bruździ, mnoży pogłosy tu i tam, szczerość wypowiedzi nie podlega starannej analizacji, a intencje i odczucia są jak drzewa, nic nie psują, tylko niepotrzebnie zadywanowują parchatą liściownością piętna niezbyt zrozumianych mitologicznościowych motywów.
— Łaknę, by każden miał prawo do uproszczeń i opowiadańczej banialukowności. Refleksyjność nakreślanej obrazowości powinna nas bawidamczyć i obezwładnościć bezosamotność, zadumiewać fantasmagorycznością i jawić wariantowność snucia spiskolozji. Sam chciałbym być królem takich technik odwzoroznawczych, ale jako magister lapidarnych opisów fragmentalizacji mogę tylko toczyć żuczkowatą ślinę na patyk dygresji, bez didaskalnych scen batalistycznych.
— Cuś jeszcze?
— Pytam więc dodatnikowo, jak dbać o higienę uszów, oczów i spajaczy przesensów? Mistycyzm liter jest jak zabrudzony lub nawet uszkodzony filtr układu zasilania, z krwi i włości, kiwi i włosów, kokosów i miłosnych włókien przewrażliwionego czytnika, jak pościg za niewidzialnym tłumem gagów i gachów, opisujących jedynie faktoria, fakjuwy i fakultatywne fakirskie oprzyakcesoriumy.
— Wszawisz w szafie jak w Warsie i Sawie, w Wszewilkach (podobno w województwie dolnośląskim, powiat milicki, gmina Milicz) albo w Wszachowie (prawdopodobnie w województwie wielkopolskim, powiat gostyński, gmina Poniec).
— Zawsze wszawię. A jakżeby inaczniej?
— I niech tak zostanie. Po wsze wszy.
Paweł Nowakowski — ktoś twierdzi, że frytownik, ktoś inny, że zagłębnik. Na razie jest to prostownik z wykrzywnikiem, czyli coś jak nieskończoność, tyle że trzy razy mniejsze.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved