WOJCIECH JUZYSZYN
Dolina Niesamowitości. 3
Wojtas przebudził się w jaskini. Zamglonym wzrokiem przebudzeńca ujrzał malunki naścienne, które wczoraj stworzył krwią zwierzęcia na koniec dnia pełnego wrażeń. Wcześniej pracował jako zbieracz w lesie, od pół księżyca jednak chodził na polowania i nie mógł uwierzyć, że wcześniej to go omijało. Dobrze, że brat ducha wkręcił go do grupy. Wojtas uwielbiał niespieszne przygotowania, powolne śniadania przy ogniu, szykowanie strzał i obserwowanie reszty wioski, kobiet klecących odzienie wierzchnie ze zwierząt, poławiaczy stojących na brzegu rzeki, rzemieślniczki nawlekające koraliki na sznurki, wojowników opuszczających ziemie celem eksploracji i podbojów.
Teraz był środek nocy, jednak plemienna intuicja kazała mu wstać. Podniósł się więc do siadu i przetarł oczy. Wojtas wyczuł, że leże z futer, które sobie ułożył, sprawdzało się świetnie i pieściło ciało.
Wtem u wylotu jaskini stanął człowiek. Łuna ognia, który wciąż palił się w grocie, nie docierała tak daleko do niego. Wojtas nie poznał więc kto to, jednak po sylwetce poznał, że to dziewczę, z którym wczoraj malowali malowidła w jaskini. Nie pamiętał jej imienia. Czuł się, jakby przybył tu z odległych krain, choć przecież mieszkał pośród tych pagórców, jaskiń i rzek od dziecięctwa. Swą grotę nabył w spadku po dziadkach.
Wojtas poklepał futra obok siebie, ale dziewczyna nie ruszała się. Stała tylko dziwnie wygięta. Wreszcie zaczęła mówić, ale z każdym słowem Wojtasa opanowywał coraz większy niepokój, o barwie, jakiej wcześniej nigdy nie doświadczył.
— Niebo. Gąszcz. Krzaki. Drzewo. Rzeka. Trawa. Ogień.
Istota kleciła nieporadnie pojedyncze słowa, a każde ono jak igła zszywało usta Wojtasa milczeniem niepokoju, oraz skórę między brwiami, tak że owe ściągały się w marsie zatroskania.
Chciał powiedzieć, że jeśli była za dużo na słońcu, to pogadają o tym jutro, a teraz niech w futra, a do znachorów o świcie się pójdzie — ale nie zdążył przemóc blokady strachu, ponieważ dziewczyna ruszyła ku niemu nieporadnymi krokami z obijającą się o ciało głową, jak jedna z tych kukieł z przejezdnych trup magików i szamanów, i to już całkowicie zasupłało twarz Wojtasa, tak że znieruchomiał i zaniemógł jak plemienna skała-totem.
Gdy weszła w wąską łunę ognia, Wojtas nie zdążył zareagować. Ujrzał tylko upiorną twarz wyszczerzonego rekina z wykręconymi dziko oczami jak u tych przyjezdnych lal. Potwór rzucił się z kłami do jego szyi. Gdyby nie owinięte dla uczucia milaśności futro z bizona, Wojtas pożegnałby się z ziemiami przodków i powitał ich w krainach wiecznego światła, tam wysoko, gdzie tlą się te małe punkciki.
Pancerz z bizona poszedł jednak w strzępy po dwóch łapczywych gryzach. Wojtas użył swoich mięśni, aby przenieść potęgę ciała na drąg zanurzony w ogniu, machnął nim, odtrącił potwora i, nie namyślając się, zwiał w te pędy. Upiór go nie gonił, leżał półprzytomny pod malunkami. Był drapieżny w natarciu jak ogień, jednak Wojtas zauważył przy uderzeniu, że jest lekki i kruchy.
Na zewnątrz potknął się o coś miękkiego i ciepłego. Sąsiad z chaty obok leżał na ziemi z wyszarpanym z korpusu mięsem.
Bogowie nieba i ziemi! Co za tumult, dopiero teraz dotarły do niego wrzaski współplemieńców! Wojtas machał bezradnie ciężką pochodnią i wymijał padających na trawę pobratymców, w których wgryzały się dziwne upiory. Niby tak podobne do nich samych, a jednak przeklęte stworzenia.
„Wiedzieliśmy, wiedzieliśmy z Achą i Kammusem, to ci przyjezdni magicy, ci przeklęci szamani. Już od dziecka baliśmy się, że przeklną tymi lalami nasze plemię! Jakie inne może być wyjaśnienie?”.
— Acha! Kammus! — pomachał, gdy zauważył je za rzeką.
— Na jesiotra! Co za ferwor! — Kammus, plemienny wojownik, splatał właśnie bitewnie włosy. Pod nogami woja leżały cztery upiory zmiażdżone jego prywatną maczugą.
Łuczniczka Acha walczyła na dystans. Brała strzały z kołczanu przy boku i wystrzeliwała w najeźdźców. Kammus bronił jej maczugą.
— Skąd one się wzięły? — Wojtas przekrzykiwał szum rzeki. — To chyba ci przeklęci magicy, wiedzieliśmy!
— Nie wiem, bracie. Ale patrz na niebo, tam, w oddali, tamci magicy czegoś takiego nie potrafili — odkrzyknęła Acha, szyjąc z łuku.
Wojtas padł na kolana, nie z przerażenia, nie z załamania. Omotało go boskie widowisko. Po nocnym niebie, w łunie cichego księżyca, spływał sznur dziwnych obiektów. Lśniły jak groty strzał i migały dziwnymi światełkami, przyjmowały jajowato ostre kształty z wypustkami.
Stało się. Bogowie mroku zesłali na nich swoje bezskrzydłe ptactwo, by poprzez pożogę, śmierć i bestialstwo doprowadzić do upadku plemienności.
Ostatnie co ujrzał to rozszerzone oczy Achy i Kammusa, ich blade usta, a potem ostre brzytwy rozerwały mu szyję. Gdy padł na swój bok, nie był dłużej przytomny.
Wojtas widział dalszy bieg wydarzeń jako jaźń niezależna oraz jako wspólny umysł plemienia. A wszystkim obrazom, statycznym, migającym, błyszczącym czy roztrzęsionym towarzyszyły wciąż mezopotamskie bębenki. Ciche, nienarzucające się.
Widział, jak przybysze z nieba wyłazili z metalicznych jaj w wielu miejscach doliny przez jeszcze wiele dni, tygodni, a nawet księżyców. Upodabniali się do ludzi i zaskakiwali ich. Najazdy potem skończyły się, ale po przerwie wznowiły. Wojownicy walczyli z nimi siłą mięśni, a kapłani wzywali bogów światła do pomocy. Wylewali z obrządkowych naczyń krew noworodków do prabasenów, aby przebłagać kosmos ofiarą. W świątyniach huczało od skandowania, zawodzenia i modłów. Żal po śmierci współplemieńców spływał po świętych ścianach.
Wojtas nie jako zlepiony umysł plemienny, ale jako bezstronna jaźń-obserwator opracował w głowie komentarz do starcia Ziemian z niebem. Nazywał ludzi Ugrupowaniem Węgla, ponieważ jako istoty węglowo-organiczne walczyli z przybyszami o nieznanym składzie ciała. Kto wie, może to jednak był węgiel versus węgiel, ale aż cisnęło się na usta, że nie.
Przyloty złych jaj stały się codziennością, a mimicy z nieba stawali się coraz lepsi w sztuce kopiowania wizerunków. Podawali się za rodzinę, przyjaciół, sąsiadów. Ludzie nauczyli się intuicyjnie wykrywać pierwsze oznaki odstępstwa od normy w zachowaniach, aby nagle nie paść ofiarą „sąsiada”, z którym poszli na ryby lub zbierać zboże. Dziwne tiki twarzy, nieporadne ruchy, niezwykła postawa ciała przybrana choćby na moment. Wielu mimików wykrywano niemal natychmiast, ponieważ ich twarze nie do końca przypominały ludzkie.
To podobieństwo niemal nie do odróżnienia spędzało plemionom sen z powiek i z każdym pokoleniem wszczepiało coraz gęstszy strach, budowało atawistyczny lęk. A więc to mimicy z nieba zaszczepili w ludziach lęk przed tym quasi-podobieństwem.
Wojtas jako wszędobylska jaźń wyczytał z wydarzeń, że drapieżcy z kosmosu żywią się nie tylko ciałem, ale i smutkiem zalęgłym w mięsie ludzkim. Mezopotamskie bębenki wciąż ukradkiem bębniły.
Mimicy później sprowadzili z nieba swoje świątynie. Wielkie zbiorniki, walcowate skały bez skazy, wygładzone magią. Na topornych odnóżach, z czerwonym okiem światła pośrodku, które to się otwierało, to zamykało, choć powieki nie miało.
Przerażały, nic jednak nie było tak straszne jak przyczajony w ciemności mimik, wynurzający się z mgły, podający się za jednego z twoich, i ujrzenie w snopie światła, na moment zanim rozerwie cię na strzępy, jego quasi-twarzy.
Co odważniejsi współplemieńcy zakradli się z kapłanami do obłych świątyń, w ślad za nimi dreptały dźwięki mezopotamskich bębenków. Wspinali się po rosłych drzewach i zaglądali przez zasnute przezroczystością okno do środka. Widzieli tam kolosalne mięczaki z mnogością macek sterczących z cielska. Zawieszone w cieczy pływały w swoich snach. Z zamkniętymi ślepiami, w impasie, medytowały mord i pożogę.
To byli bogowie mimików. Inni mówili śmielej, że to oni sami, namaszczający się bluźnierczymi wodami dziwnych prabasenów krwawego kultu.
Na niektórych świątyniach tkwiły wypukłe symbole, trójkąty skierowane jednym wierzchołkiem w dół. Mówiono na to „odwrócona chata”, „coś nieprzyjaznego”. A u góry symbolu sterczały dwa błyszczące rogi. Całość przypominała głowę kozła.
Nieliczni, najśmielsi z plemion, wyczekujący godzinami w ukryciu mogli zaobserwować, jak świątynie drapieżników łączą się ze sobą przy pomocy tych symboli, nieznanych mechanizmów, i zaczynają pulsować szamańskim światłem. Rzadko który ze śmiałków przeżywał, aby opowiedzieć reszcie o swoich obserwacjach.
Powszechnie zatem uważano, że trójkąt z rogami to tylko symbol mrocznego kultu mimików. Zwłaszcza że tutejsze świątynie miały na szczycie dwa rogi ślące gardłowy, obrządkowy śpiew. Mimików, przez wzgląd na ich zwodniczą naturę, nazywano też oszczercami, tymi, którzy rzucają oszczerstwa, tymi, którzy chcą oszukać. W niektórych regionach ziemi, słowo to brzmiało: „diabolos”.
Znaleźli się i tacy, straceńcy albo szaleni, którzy hołubili złych przybyszów z nieba. Zakładali pokątne kulty, aby czcić „diabła” uznawanego przez nich za boga mimików. Pragnęli zdobyć jego błogosławieństwo i ochronę. Wizerunek diabła i jego odpowiedników przyjęte zostały potem również w innych wyznaniach, jednak jako coś nieprzyjaznego, złowrogiego. Początkowo przedstawiono go jako smukłą świątynię z rogami, później przybrał formę wysokiej istoty z rogami.
Czas mijał, świątynie mimików zniknęły, choć napaści niezmiennie trwały. Mówiono, że przybysze usadzali świątynie w środku gór, w głębinach oceanu lub głęboko w rozpadlinach ziemskich.
Wojtas, po tym wszystkim co ujrzał, nie nazywał już plemiennej doliny zwyczajnie, nazywał ją doliną niesamowitości. I choć długa jak saga historia w końcu się urwała, Wojtas obudził się ze świadomością, że sen trwał jeszcze tysiąclecia, przez które plemiona ziemskie walczyły z mimikami z nieba.
Następnego dnia, przy śniadaniowych parówkach, gdy ochłonęli i z charakterystycznym dla siebie dystansem spojrzeli na wydarzenia poprzedniego dnia… — no cóż, byli zawiedzeni. Zawiedzeni wczorajszą wizytą, niby ten robot, niby lęk duży, niby mieszczanie z widłami, niby diabeł, okej, była to całkiem fajna przygoda, ale czegoś brakowało, jakiegoś „smarowidła”, choć sami nie wiedzieli, co pod tym słowem mogłoby się kryć.
Wahali się, czy to było takie fajne i w sumie, nim ostatnia parówka umarła, uznali ten wyjazd za nie do końca udany. Niby czerep zgwałcony, ale jakoś tak na szybko, bez długiego rozsmarowywania. Jakiś taki niemrawy, mało zabijacki robot, co z tego, że dziwne miny posyłał, oni też tak potrafią, też potrafią być „lunaparkowi”, jeśli zechcą. Potem krótka, dynamiczna impreza i wlot diabła — czegoś im brakowało, tego pieprzu, tej przyprawy niesamowitości. Tego czegoś, co na moment zamknęłoby serce w szkatule spoza wymiarów.
— Może pójdziemy po śniadaniu na spacer? — zapytała zaspana Kamila.
— Tak, dobry pomysł — odparła niemrawo Aśka.
Wyjątkowo długo wyciskała keczup z tubki.
Po spacerze pograli w karty, chcieli potem nagrać kamerą jakąś artystyczną sztukę, ale plany spełzły na niczym, bo Wojtek napisał zbyt kontrowersyjny scenariusz (pisał go z doskoku przez cały dotychczasowy wyjazd). Długo myśleli, co by tu porobić, aż zaskoczył ich wieczór. Kamila i Aśka odpaliły sobie japońskie horrory na dobre sny, a Wojtek, który cały dzień mielił w głowie sen, który nawiedził go dzisiejszej nocy, zaczął przechadzać się po całym domu i po prostu rozmyślał, aby wreszcie wszystkie te zgromadzone impulsy przezeń przefrunęły.
Snuł się i myślał, podnosił bibeloty, szurał rękami po ścianach i komodach, kucał na środku pomieszczeń, kucał w ciasnej przestrzeni za fotelami na pseudowerandzie, kucał na kuchence, mieszcząc się jakoś pod okapem, próbował wejść na okap, ale poniechał, bo bał się, że go urwie, kładł się na środku korytarza, otwierał sobie drzwi do piwnicy i zamykał je, bo nużyłoby go pokonywanie schodów w dół i do góry, potem otwierał drzwi do piwnicy i schodził do niej, mrugał tam żarówką, zdejmował wszystkie słoje, by wyjąć i zamienić półki miejscami, wrócił na górę i błąkał się, powłóczył nogami jak zombie, wgapiał się w obrazy, w te gejsze, które grały w go w łazience, choć wydawały się tak samo zamyślone jak on sam, chował się za firanami, otworzył okno i chciał przez nie wyjść, ale poniechał, potem znów otworzył okno i znów poniechał, zdejmował narzuty foteli na pseudowerandzie i łopotał nimi, ale przede wszystkim — myślał. A w tle brzęczały japońskie horrory z salonu.
To było prawdziwe, pełnoprawne snucie się po domu, śmiał przypuszczać, że nikt lub mało kto snuje się po domu jak on tego klimatycznego wieczoru, podczas którego mierzył się z galimatiasem myśli.
Nie tylko sen go frapował, ale też sama wizyta naukowców i ich quasi-człowieka. Podczas wizyty zupełnie to zaniedbywał, teraz jednak ubodło go, że naukowcy patrzyli na nich oczami drapieżników, nawet gdy mówili powolnymi głosami flegmatyków, w ich oczach tlił się żar. A gdy notowali w kołonotesach, robili to z pasją tygrysa, zaczynali gwałtownym uniesieniem ramienia, a potem wbijali w papier kieł długopisu.
Wojtek snuł teorię, że jego sen był prawdą, mimicy z nieba istnieli i naukowcy, którzy wczoraj ich odwiedzili, mimikami tymi byli. Mimicy aż tak udoskonalili sztukę kopiowania człowieka. Wychodziłoby na to, że ludzkość nigdy nie zgładziła tajemniczych, kosmicznych drapieżników. Czy ich świątynie dalej stoją wewnątrz gór? W głębi ziemi, w oceanicznej toni, gdzie oko ludzkie nie sięga? Ale czy badacze na pewno byli mimikami?
Może po prostu byli robotami i badanie tyczyło się ich? Organizacja nasłała tu swoje iście człowiecze roboty, które rzekomo testowały mniej ludzkiego robota. Badała reakcje krewnych na te stuprocentowo ludzkie roboty. Niemal stuprocentowo — Wojciech przypomniał sobie „glitch” z dolną wargą naukowca, to, jak dziwnie naciągnęła się do góry na zęby. Później podczas wizyty wyłapał więcej osobliwych tików twarzy, ale nie przywiązywał już do nich uwagi, ponieważ szybko zaklasyfikował badaczy jako przyjaciół. I zrzucał to na karb zmęczenia.
Bo jeśli byli drapieżnikami z kosmosu, to czemu przyszli testować robota (lub siebie samych), a nie ich pożreć? Zasilić swoje organizmy ludzkimi tkankami i nabyć dzięki nim wigoru.
Z drugiej strony, przecież Wojtek widział, że żywili się strachem Aśki podczas badania, tym jej złożonym śmiecho-strachem. Może oni tak objeżdżają ludzi, by żywić się mrocznymi emocjami. W końcu Kamila się nie bała i byli jakoś niezadowoleni, i niby „dlaczemu” — proste, bo nie mieli pożywki. Ale czy aby na pewno?
I jeśli się żywili, to byli po prostu mimikami na diecie, którzy chłonęli tylko mroczne emocje, czy raczej zupełnie innymi istotami? Może tak mimicy wyewoluowali? We śnie zobaczył, że żywili się smutkiem zgromadzonym w mięsie, może przestawili się na wegetariański tryb i nie kosztowali już tkanek, wyciągali pożywkę zdalnie.
Jezusie, ile teorii, ile myśli, ile niewiadomych.
Czy mózg Wojciecha został zgwałcony? Czy młodzian mógł się cieszyć? I tak, i nie, to też nie było jasne i również uwierało jak drzazga.
Czyli albo byli robotami, albo drapieżcami. Wyglądali raczej na mimików, ale w sumie ich nie pożarli. Zatem roboty, które testowały ich reakcje na nich samych pod przykrywą testowania quasi-człowieka? Bardziej prawdopodobna ta druga opcja.
Ale jednak było w nich coś… mimikowego. To jednak mimicy? Może oni tak jeżdżą z chałupy do chałupy, poddają dziwnym testom ludzi i ten, kto nie zna odpowiedzi podług ich abstrakcyjnego klucza, zostanie wpisany na czarną listę, ostatecznie osądzony i wkrótce pożarty! Przełknął ślinkę. Planował już wypad do Bricomarche po barykady.
Jezusie, jak Wojtka rozbolała głowa. Przestał to analizować, a zaczął cieszyć się doznaniem tej ciekawej przygody. Być może będą to jedne z ich najmisterniejszych odwiedzin w tym jamnikowatym domku jednorodzinnym. Choć Kamila i Aśka tego podejścia nie podzielały. Zresztą sam nie dzielił się z nimi swoimi przemyśleniami i rozważaniami, nie opowiedział im snu, kisił w sobie niesamowite doznania. One nie były jak on, mogłyby go nie zrozumieć. Wyśmiałyby go. A wyjazd — był wyborny.
Już przesuwał inne skarpety przygód w najsmakowitszej szufladce umysłowej szafy, by zrobić miejsce i włożyć tam skarpetki z wyhaftowanym mianem nadanym temu wyjazdowi: dolina niesamowitości.
Nagle jednak pojawiła się trzecia teoria. Że naukowcy to po prostu ludzie i obcując z robotami, nabyli dziwne zachowania. „Glitche” i ich drapieżność mogły być rodzajem aspołeczności.
Wojciech bardzo długo myślał o naukowcach, gdy kucał w ciasnej przestrzeni za fotelami na pseudowerandzie. Kiedy medytował tam, wpłynął w niego mglisty ciąg znaków przypominający popruty cyfrowy dywanik. Może nie był to on, tylko odrębna zawiesina energii pozostała po naukowcach?
I wybrzmiało mu wtedy w głowie samo z siebie:
„Chcieliśmy was zjeść, chcieliśmy pożreć, ale ujrzeliśmy pierwotność w tym, jak spożywacie fasolę i to was uratowało. Uznaliśmy, że jesteście godni, aby żyć dalej, ponieważ nie zatraciliście instynktów. Szczerości w instynktach, w łaknieniu”.
Wojtek zaniemógł, ale mrugnął i usłyszał jeszcze jakby szept:
„Zapytaliśmy was, czy roboty mają dusze i po waszej prostackiej odpowiedzi zaczęliśmy się wahać, czy jednak was nie zjeść. Ale zwyciężyła fasola.”
Czy to rezonujące objawienie na pewno było pozostałością naukowców, mimików-sędziów bardziej wstrzemięźliwych niż u zarania dziejów, czymś zewnętrznym, czy tylko podszeptem jego pokiereszowanej, zmąconej obecnie wyobraźni?
Jakże ironicznie — odbiło mu się wczorajszą fasolą i ta po części psychosomatyczna reakcja organizmu uwolniła go z okowów dalszych rozmyślań, puf, i stał się wolnym człowiekiem zdolnym do zjedzenia kolacji, odprężenia się przy wódeczce, gdyby tylko jakąś odnalazł w tym jamnikowatym domku.
Lecz gdy odgarnął firanę, by złowić pierwsze gwiazdy, ujrzał girlandy z mieszczan porozwieszane po całym podwórcu. I znów jego mózgowie trafiło do kotła, w którym żądny sensacji Mieszacz-Mąciwoda mieszał, mieszał, mieszał.
Przypomniał sobie awersję, którą mieszczanie z pochodniami i widłami darzyli quasi-człowieka, bogom ducha winnego robota. Po dzisiejszym śnie zrozumiał, że ich niechęć była atawistyczna, była to ewoluująca przez milenia niechęć do mimików, istot, które starają się kopiować człowieka. Choć robot (w założeniu) nie był kosmicznym drapieżcą i tak pragnęli „nabić to na widły”, a raczej spalić na leśnym ołtarzu lub odprawić tam inne mroczne trele-morele.
Ale trele-morele pod postacią girland finalnie spotkało ich. Ach, ta przekorność losu, tak wszędobylska, tak niezbywalnie modna. Przybywasz w gości, myślisz, że strzelicie z kamratami rytualik, a tu plan diabły wzięły i sam diabeł strzela go na tobie.
Wojtek pomyślał znów o śnie, o tym przerażającym, choć cudnym koszmarze, który zabrał go w trzewia niezapomnianej przygody. A więc tego szczotka w łazience tak poszukiwała? Wyjaśnień doliny niesamowitości w przeszłości? Chciała wąsami przetorować sobie drogę poprzez wymiary. Wojciech czuł się teraz jak taka szczotka, zrozumiał, co nią powodowało. Oraz co powodowało domem, że tak, a nie inaczej rezonował przy wizycie robota.
Świetliste miasta w kuchni, pełne świątyń, na pewno były wyrazem energii skłębionej w starożytnym świecie, kiedy zaczęły się pierwsze naloty mimików z nieba. W świątyniach kłębił się wtedy duży ładunek: obrządki, żal, krwawe ofiary.
Wieża z butelek wódki sięgała kosmosu, ponieważ stamtąd drapieżniki przybywały. Może gdyby ktokolwiek dał radę się wspiąć na jej szczyt, dotarłby do gnuśnego uniwersum najeźdźców.
Zaś szalona kukułka na pseudowerandzie również sięgała przeszłości, cofała czas. Kapłani, którzy naoliwiali jej tłoki, mogli pojawić się z podobnego powodu co świątynie. Kukułka i szczota sięgały wstecz, bo tam było wyjaśnienie doliny niesamowitości. Dążyły do tej dawnej przeszłości, gdy to wszystko się zaczęło.
Wojciech zrozumiał dom. Jego odpowiedź na badaczy i robota.
Ponadto sam quasi-człowiek powiedział raz coś zastanawiającego w rozmowie z Kamilą. Że krew to esencja życia, że quasi-człowiek ożywał na widok rozszarpanych ciał na pokazywanych mu obrazach. To aż podejrzane. A potem, gdy dywagował z Aśką — że ludzie są tacy smutni. To brzmiało tak mimikowo! Rozszarpywanie ciał, żywienie się smutkiem, mrocznymi emocjami.
Nadto dyskomfort przebywania z robotem zbyt podobnym do człowieka potęguje się, gdy ten porusza się nienaturalnie. To na pewno atawistyczny lęk wywołany niezgrabnym sposobem poruszania się mimików z nieba.
A gdy mieszczanie chcieli wbić widły w quasi-człowieka, stężały czas i kosmos. Kukułka w krytycznym momencie przed dźgnięciem rozszalała się na dobre. Dom na pewno wyczuł napaść człowieka na mimika i zapragnął zionąć prawdą dawnych czasów.
Energia wstępowała w Wojtka, gdy z każdą porcją myśli docierało do niego, że ma niezbite dowody na to, że sen był prawdą i odkrył sens doliny niesamowitości. A potem oklapł jak balon imprezowy, który dowiedział się, że impresario zachorował.
To wszystko mógł uknuć jakoś ten zerojedynkowy dywanik, cyfrowa mgiełka. Zawsze odnajdywali ją w miejscach, gdzie dom rezonował, a na koniec sama wleciała mu do poduchy. Mogła przecież zbudować na bieżąco całą historię, a potem przesłać mu tę intrygę przez poduchę jako sen. Powstała z westchnienia domu, uszyta igłą ze skrzyneczki, sen był zatem ułudą ich domu.
Czy może jednak domowi udało się poprzez szczotę i kukułkę sięgnąć ukrytych w przeszłości, nieujawnionych prawd?
Wojtek ożył, bo przecież cyfrowa mgiełka mogła pojawić się też jako sprzężenie z naukowcami, quasi-człowiekiem i doliną niesamowitości. Może ta potężna prawda kłębiona przez milenia mogła znaleźć tu ujście jako budujący intrygi dywanik?
I potem Wojciech znów oklapł. Równie dobrze ich kapryśny dom mógł utkać te wszystkie fanaberie, wyssać je z palca. Chociażby ze strachu przed quasi-człowiekiem. Ale skoro się go bał, to może właśnie odnalazł w nim tę całą gromadzoną przez milenia prawdę o…
— Dość. — Wojtek westchnął samotnie z czołem opartym o kwiecistą tapetę w ciemnym jak grota korytarzu bez okien.
Przez jego pomarszczone od wysiłku czoło nic już nie płynęło, koryta zmarszczek wyschły z myśli, choć jeszcze buzowały jako doliny niesamowitości.
Bo jedyne co teraz w Wojtku mogłoby płynąć, to wódka przez gardło. Może zbierze się i pójdzie wreszcie do tego jebanego sklepu.
Zebrał się. Włożył laczki, przyczesał włos. Na pseudowerandzie przejrzał się w małym lusterku pozostawionym tam przez siostrę. Dotknął szyi, od rana go uwierała. Nieopodal ucha posiadał od urodzenia małe znamię. Przypomniał sobie śmierć Wojtasa we śnie. Będąc nim wtedy, poczuł śmiercionośne brzytwy w okolicach obecnego znamienia. Opuścił domostwo.
A krocząc przez kosmos nocy, z dłońmi w kieszeniach i przy tlących się jak gwiazdy wątłych światłach miasta, Wojtas myślał raz po raz:
Czy takie jest wyjaśnienie doliny niesamowitości? I czy mimicy z nieba dalej z nami koegzystują, tylko nauczyli się lepiej kamuflować? A może ten sen, który naprawdę był tylko snem, naprawdę był tylko snem.
Nie wiedział, mógł tylko snuć wizje. Wiedział, że nigdy się o tym za życia nie dowie, a i najpewniej nawet po śmierci, gdy jego dusza porzuci ziemskie pojmowanie i rozpierzchnie się już w rozproszonym zasobniku dusz zwanym kosmosem.
Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Mieszka w Szczecinie. Opowiadania publikował w „e-eleWatorze”, „eleWatorze” i „Twórczości”. Wydał tom opowiadań Efemerofit (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved