Skip to content

KRZYSZTOF WACŁAWIEC

Osiem dni w jedną ponurą noc [fragment 3-4]

 

3

Gdy zadzwonił telefon, Romek i Januszek bawili się żołnierzykami w salonie. Nikt nie kwapił się do jego odebrania. Żelazna kula z łożyska toczyła się po dywanie. Chłopcy puszczali ją w ruch z jednej strony pokoju na drugą, tak, by strącić żołnierzyka. Romek przyniósł swoje, Janusz pożyczył mu kilka, żeby mieli po równo. Aktualny wynik to siedem do czterech dla Romka — choć skryty za nogą stołu kawalerzysta na koniu powinien liczyć się za dwóch, wówczas przewaga byłaby większa. Matka Januszka krzątała się przy kuchni, spod drgającej pokrywki garnka wydobywały się snopy pary, przez radio sączyła się cicho melancholijna melodia. Telefon dzwonił i dzwonił. Wreszcie wbiegł ojciec Januszka w podkoszulku i z rozpiętymi spodniami, zaklął siarczyście. Jedną ręką trzymając spodnie, drugą odebrał telefon.

— Słucham! — zagrzmiał do telefonu i od razu zmienił ton. — Tak jest! Obywatelu komendancie, tak jest… — Z głośnika do ucha milicjanta płynął jazgotliwy głos wydający rozkazy. Ojciec Januszka, sierżant Henryk Smolak, słuchał rozkazów i kiwał głową. Gdy kończył rozmowę, podniósł rękę do zasalutowania. — Tak jest, obywatelu komendancie. Warszawa, strzelać bez ostrzeżenia — powiedział, a spodnie zsunęły się na pięty.

Odłożył słuchawkę.

— Jasna cholera! Czy tylko ja słyszę dzwonek w tym domu?

— To było do ciebie — odpowiedziała spokojnie żona, podniosła pokrywkę i zamieszała chochlą zupę.

Henryk naciągnął spodnie i już zakładał kurtkę służbową. Chłopcy stali w drzwiach i przyglądali się mu z zainteresowaniem. Na twarzy małego Romana malowało się zaskoczenie i odrobina strachu. Nie mógł się zdecydować, czy pobiec do domu — ale przejście blokował szamoczący się z mundurem milicjant — czy może przeczekać chwilę, gdy wrócą do zabawy. W radio podano wiadomości, było zbyt cicho nastawione, żeby ktokolwiek zrozumiał choćby słowo. Za otwartym oknem zawarczał samochód ciężarowy. Matka chwyciła talerz i zapytała:

— Nalać ci zupy, czy zjesz później?

— Później, później. Gdzie mój karabin?

Kałasznikow stał za szafą, magazynek zaś był złożony pod kluczem w szafie. Milicjant założył pas służbowy, przeładował pistolet, włożył do kabury, zajrzał do lufy kałasznikowa i założył magazynek, odbezpieczył, chciał przeładować, ale popatrzył na chłopców stojących w drzwiach salonu i zrezygnował. Zarzucił go na ramię i żołnierskim krokiem wybiegł z mieszkania, ledwie mieszcząc się w drzwiach. Chłopcom zaiskrzyły się oczy, od razu skoczyli do okna.

— Zupa na stole! — zawołała matka.

— Nie teraz, mamo, nie teraz.

— Umyć ręce i do stołu. Obiad nie będzie czekać.

Chłopcy oparli łokcie na parapecie, wypatrując stróża prawa. Niecierpliwi wyciągali szyje, by wyjrzeć za okno pod dom do bramy.

— Ale, mamo… — marudził Januszek.

— Nie wychodzi! Nie ma go — zauważył podekscytowany kolega.

— W tej chwili myć ręce, do łazienki! — wrzasnęła matka, z ciekawości stanęła za nimi przy oknie i też wyciągnęła szyję.

Miała szerokie, mięsiste usta, długi i haczykowaty nos, okrągły jak piłka brzuch z upiętym fartuszkiem, ozdobionym koronkowymi falbankami. Wszystko to upodabniało ją do ptaka wodnego.

— Poszedł przez ogród do sąsiadów. Chodź — szepnął Janusz.

Ominęli mamę i pobiegli do okna w sypialni. Źle zrobili, puszczając mimo uszu jej rozkazy. Januszek o tym wiedział, ale ciekawość była silniejsza od strachu. Okna nie dało się otworzyć, weszli na parapet i skacząc w oknie jak małpy wypatrywali ojca, ale oprócz drzew, starego krzesła i rozwalonej dwukółki niczego nie zauważyli.

Warszawa koloru kości słoniowej przeskoczyła w pełnym pędzie przez skrzyżowanie ulic Wodzisławskiej i Plebiscytowej. Pół kilometra za nią pędziła następna, niebiesko-biała z napisem MO i rzężącym kogutem na dachu. Za nimi wlokła się nyska zwana suką, ale szkoda o niej mówić, bo nie miała szans dogonić pościgu. W jasnej warszawie siedziało czterech złodziei, którzy pół godziny wcześniej obrabowali bank spółdzielczy w Wodzisławiu Śląskim. Sterroryzowali kasjerkę, ona wydała im pieniądze, a uciekając, zastrzelili strażnika banku i ciężko ranili przygodnego przechodnia. W niebiesko-białej siedziało czterech milicjantów wodzisławskiej komendy milicji, młode, niedoświadczone chłopaki. Mieli broń, ale w akcji nie potrafiliby jej użyć. Sierżant Smolak potrafił, bo miał doświadczenie wojskowe — jeszcze w latach pięćdziesiątych, zanim osiadł w Rybniku, gonił wrogów ludu po białowieskich lasach. A niespełna dziesięć lat temu odstrzelił jednego takiego ukrywającego się w sąsiedztwie. Lubił tę robotę, teraz nadarzyła się okazja, by znowu postrzelać. Usłyszał dźwięk syreny, kiedy warszawy minęły skrzyżowanie Wodzisławskiej i Reymonta. Zaczaił się w bramie wjazdowej swojego domu, przeładował kałasznikowa. Dźwięk syreny narastał. Chłopcy wyglądali z sieni przez szparę w drzwiach, wreszcie zobaczyli go opartego o ścianę wjazdu. Sierżant zastanawiał się, czy zapalić papierosa i pociągnąć chociaż ze dwa sztachy. Wyjrzał na drogę. Jechała nią furmanka, trzęsła się na bruku jak stara landara. Spojrzał na przeciwległy budynek, zza firany przyglądało mu się dwoje ludzi. „Tam nikt nie mieszka, co to za jedni? To przecież to mieszkanie…, to z niego go wywlokłem. Na pewno stamtąd”, pomyślał o zdarzeniu sprzed dziesięciu lat. Zaraz jednak skupił się na dźwięku syreny. „Jest już blisko!”, Ocenił odległość nadjeżdżającego radiowozu. Zza furmanki wyskoczyła warszawa, dobrze widział kierowcę, ten też go zauważył. Usłyszał pojedynczy strzał z tylnego okna samochodu. Schował się w bramie, kula odbiła się rykoszetem od muru. Silnik zaryczał głośno. Zostawiając z tyłu furmankę, samochód minął bramę tuż przy chodniku, na który spokojnie wkroczył sierżant Henryk Smolak. Skierował lufę kałacha, nacisną spust i wygarnął cały magazynek w tył samochodu. Tylna szyba warszawy trysnęła drobnym szkłem, klapa bagażnika wyleciała w powietrze, z niego wyfrunęły kolorowe banknoty. Koń przy furmance stanął dęba i poślizgnął się na kocich łbach. Warszawa w kolorze kości słoniowej zachwiała się na kołach, o włos minęła przerażonego przechodnia, przejechała prosto przez skrzyżowanie i wbiła się w drzwi zakładu szewskiego w narożnej kamienicy przy spotkaniu Dworek i Raciborskiej. Sierżant już biegł, radiowóz wyminął go w pełnym pędzie i zahamował zaraz za dymiącym wrakiem.

Wera zza okna zwróciła uwagę na biegnącego z karabinem milicjanta.

— Pamiętasz go? — zapytała.

— Nie — odpowiedział Alfred i odszedł od okna.

Z radiowozu wyskoczyli czterej milicjanci z bronią gotową do strzału. Blaszany kołpak, który oderwał się od koła radiowozu, odbił się od krawężnika, zawirował, zagruchotał i zatrzymał się na chodniku przed kioskiem z lodami. Ciszę przerywał już tylko odgłos obcasów dobiegającego sierżanta. Przednie drzwi pasażera otworzyły się, kilka cichych stąpnięć po bruku i trzask dwóch pojedynczych strzałów. Z drzwi wypadł zakrwawiony mężczyzna.

— Panowie, ratujcie… — wyszeptał w ostatnim tchnieniu.

Nim Henryk Smolak do niego dobiegł, facet już nie żył.

— Po coście strzelali? Trzeba było przesłuchać! O wspólników zapytać!

Podszedł do samochodu, mierząc z pistoletu, kolejno przyjrzał się pozostałym. Obejrzał swoje dzieło spustoszenia, uśmiechnął się szyderczo.

— No, nie ma co zbierać.

— A czego ta szkapa jęczy? — zapytał, zaciągając, jeden z szeregowców. — Dobić?

— Ostaw, nie nasza zadacza — odpowiedział inny równie śpiewnie.

Z wywalonych drzwi domu ostrożnie wyszedł szewc Skrzypiec w umazanym klejem skórzanym fartuchu.

— Panowie, co tu? — zapytał.

— Nic, obywatelu. Złodziei, wrogów ludowych złapaliśmy.

— Nie żyją?

— Nie! — odparł niecierpliwie Smolak. — Wejdźcie do siebie. Tutaj jest niebezpiecznie — dodał pojednawczo. — A kozaki żony już gotowe? — zapytał.

Szewc nie zrozumiał albo nie usłyszał pytania. Stał w drzwiach i rozglądał się. Cały dygotał ze strachu. „Tego też trzeba by przesłuchać. Skąd ma tyle pieniędzy? Jeszcze się do niego wróci”, pomyślał sierżant. Rozpierały go duma i energia. Sam jeden przechwycił wrogów klasowych. „Teraz to już na pewno zostanę odznaczony. Nie tak jak wtedy, kiedy dorwałem tego szpicla, wspomniał wydarzenia sprzed dziesięciu lat, a awans i medal nie wiedzieć czemu cofnęli. Teraz to już na mur dostanę”. Nagle uczuł głód i zapragnął wrócić do domu, na zupę, czuł jej zapach dolatujący z okna jego domu, choć to niemożliwe.

— Już! Do domu! Obywatelu! — ryknął nadgorliwy szeregowiec.

Do miejsca zdarzenia dowlokła się nyska. Z samochodu wylegli następni milicjanci, zadowoleni, że to już koniec pościgu. Gratulowali wesoło kolegom ustrzelenia uciekinierów. Ktoś w samochodzie zajęczał, ale nikt na to nie zwrócił uwagi. Sierżant Smolak podszedł do nyski i powiedział do tych, którzy z niej wyszli:

— Ludzie się zbierają. Nie chcę nic mówić… — Wskazał ręką na ulicę. — Ale tam leżą pieniądze. Zauważył swojego syna z kolegą. Znieruchomieli pod jego spojrzeniem, pogroził im palcem, a na jego twarzy zagościł złowrogi grymas, podobny do uśmiechu. Zaraz zabrzmiała komenda:

— Zabezpieczyć pieniądze!

— To się nazywa bitwa — wyszeptał z zachwytem Romek.

— Co? — zapytał Janusz.

— Bitwa! — wrzasnął Romek.

Cofnęli się na chodnik pod kamienicę. Jeszcze ogłuszeni strzałami i oniemiali z wrażenia patrzyli na milicjantów zbierających papierki.

— No ja cię pikolę! Tyle kasy…

Ze sklepu zoologicznego ostrożnie wyszedł sprzedawca. Dzwonek u drzwi zwrócił uwagę chłopców. W pierwszym momencie zerwali się do ucieczki, ale gdy tylko ujrzeli znajomego pana od ptaszków, grzecznie się przywitali:

— Dzień dobry, panie Widuch.

— Dzień dobry, chłopcy, a co się tu dzieje?

— Normalna bitwa była, tata zastrzelił o tych tam, w samochodzie. — Wskazał palcem Januszek.

— A co to za jedni?

— Nie wiemy — odpowiedzieli zgodnie chłopcy.

— A pieniądze… A nic, nic.

Widuch rozejrzał się dokładnie. Z domów przy skrzyżowaniu wylegli inni mieszkańcy, u zbiegu ulic Wodzisławskiej i Marchlewskiego zatrzymało się kilku przechodniów. Przejechało kilka samochodów, zwalniały, a pasażerowie gapili się z przyklejonymi do szyb twarzami. Ulica Dworek została zablokowana przez milicyjne samochody. Koń z trudem wstał, woźnica wypiął go z furmanki i poprowadził. Sierść mokra od potu, w pachwinach zebrała się piana, zwierzę kulało na tylną nogę. Przechodzień, który nieomal został potrącony, szedł i utykając, odgrażał się i złorzeczył:

— A niech ich jasna cholera! W biały dzień urządzać strzelaninę. W biały dzień. Nic się nie zmieniło, jak długo żyję, nic.

Chłopcy oparli się o ścianę pod sklepem zoologicznym i odprowadzili wzrokiem okulałych. Romek włożył rękę do kieszeni, złożony na cztery papierek miło zaszeleścił.

— Co tam masz? — zapytał Januszek.

— Nic.

— Aha, pokaż?

— To chusteczka tylko… — wyjaśnił Romek.

Zoolog wrócił do swoich zwierzaków, w terrariach i klatkach wrzało. Zajrzał do klatki w witrynie sklepu. Niebieski kanarek leżał martwy w stertach łupin i ptasich kup. „Taka strata, mogłem go sprzedać za stówkę albo i za dwie. Same straty dzisiaj”, pomyślał. Sięgnął i wyłowił martwe ciałko, przytulił do ucha. „Jeszcze ciepły, cholera! Taki okaz, pierwszy raz takiego miałem. Taka strata!”.

Spojrzał przez okno. Zajechało więcej milicyjnych samochodów. Funkcjonariusze kręcili się na ulicy i poboczach, zablokowano ruch na skrzyżowaniu. Zapakowali martwe ciała na pakę więźniarki, leżały w kupie na brudnej blasze, poszarpane i pogruchotane, we krwi. Warszawę wciągano na lawetę.

— Co z tym zrobić? — zapytał jeden milicjant drugiego i pokazał zmięty plik poszarpanych stuzłotowych banknotów.

— Co się głupio pytasz? Schowaj do kieszeni — zażartował drugi i pchnął pytającego w ramię.

Odwrócił się do trzeciego:

— Coraz głupszych nam przysyłają.

Sierżant Smolak siedział zadowolony przy stole nad trzy razy odgrzewaną zupą, za szafą stygł kałasznikow z pustym magazynkiem. Chłopcy grzebali w zupie łyżkami, Januszek przełykał łzy, siedział bokiem i rozcierał obolały tyłek.

— Proszę pana, a jak się strzela z karabinu? — zapytał Romek.

— Zobaczysz, jak dorośniesz.

— Tato — wydusił z siebie, ciągle jeszcze łkając, Januszek. — A możemy zobaczyć…

— Nie przeszkadzaj tacie — zagrzmiała matka. — I jedz wreszcie tę zupę, więcej nie będę odgrzewała. A drugie danie? Ziemniaki całkiem się rozgotowały! Skaranie boskie z wami!

Wymachiwała chochlą nad stołem, w końcu wrzuciła ją do zlewu.

— Daj szybko drugie, muszę już iść — zakomenderował mąż. — A wy jedzcie zupę, pogadamy jutro.

Zapadł zmierzch. Handlarz kanarków długo ociągał się z zamknięciem sklepu, wyglądał na ulicę zza przeszklonych drzwi witryny, taksował wklęsłości bruku, przydrożne kępy traw i krzaki w poszukiwaniu rekompensaty dzisiejszych strat. Jego uwagę zwróciło pierwsze światło, które zapaliło się w kamienicy naprzeciw na pierwszym piętrze. „To niemożliwe, tam nikt nie może mieszkać”, przeszło mu przez głowę. Wytężył wzrok, w oknie za firaną ujrzał zarys dwóch postaci. Obserwował je z ukrycia. Gdyby ktoś nagle wszedł do sklepu i zobaczył go w tej pozie, pomyślałby, że chce podskoczyć albo że lumbago siekło go w krzyżu tak mocno, że nie może się ruszyć. „To niemożliwe, powtórzył, jak ona miała na imię? Wera? Czyżby to ona i ten jej okropny? Nie, to nie mogą być oni. Musieli dokwaterować tam kogoś innego. Wreszcie! Jak długo mieszkanie może stać puste?”.

 

4

Wera odeszła od okna, żeby zgasić światło. Jakiś ciężki wóz przejechał pod kamienicą, zabrzęczała pęknięta szyba w oknie. Zegar tykał w sieni równomiernie. Żywiczne włókna drewna naprężały się i wykręcały w podłogach i stropach, dom cicho trzeszczał i skrzypiał od posad aż po dach, jak kotka po długiej drzemce. Pęknięcie szyby w oknie zespoiło się w jeden kawałek. Wera zakryła usta i ziewnęła przeciągle, odwróciła się do okna. Alfred ziewnął za nią.

— Zaraziłaś mnie. — Uśmiechnął się i znowu ziewnął.

Spojrzeli za okno, na skąpane w żółci skrzyżowanie i chmury czerwieniejące nad dachem kamienicy sklepu zoologicznego. Tarcza księżyca, przepalona przez słońce, pokryła się zieloną poświatą.

— Znowu zaczyna się — zauważyła Wera.

Brzask wschodzącego słońca skrył się za horyzontem. Wenus, sprytnie udająca gwiazdę, też zgasła. Te prawdziwe zabarwiły się zielono i znikły zupełnie, pozostawiając na niebie czarne dziury. Atramentowa ciemność spowiła miasto, światło smukłych latarni z trudem docierało do chodników. Widuch zamknął drzwi sklepu i z łoskotem zasunął witrynę, karbowane pręty utworzyły ażurową kratę. Rzucił okiem w okno, które wcześniej go zainteresowało. Ciemne jak zwykle — to go uspokoiło. Świecąc latarką, zszedł z chodnika na drogę, zatoczył szerokie koło, potem jeszcze jedno węższe. W drugiej ręce niósł papierową torebkę. Wkroczył między krzaki na skwerze, tam, gdzie rozbił się samochód, kopnął w jakiś blaszany przedmiot na ziemi i omal się nie przewrócił. Zajrzał za kiosk z lodami, wyszedł z jego drugiej strony, zerknął do kosza przy kiosku, pochylił się, poświecił latarką do środka, długo zastanawiając się, czy nie mógłby w nim trochę pogrzebać. Zrezygnował. Spojrzał energicznie za siebie, poświecił dookoła, jakby coś usłyszał. Nikogo nie widząc, uspokoił się. Wrzucił papierową torebkę do kosza i szybkim krokiem odszedł. Drogą przetoczył się czerwony autobus, w nim kilkoro ludzi. Sklejona szyba w oknie mieszkania Wery już nie zabrzęczała. Pijany przechodzień na chodniku przy Marchlewskiego na czas przejazdu autobusu ostrożnie oparł się o latarnię, właściwie przytulił się do niej dla bezpieczeństwa. Gdy pojazd przejechał, ruszył niepewnie, mijając sklep kapeluszniczy, i zniknął za piekarnią. Wszedł przez bramę na plac kościelny, tam dał swoim nogom zupełną swobodę, a one nosiły go z lewa na prawo, zataczając szerokie koła i ósemki, wężyki i zygzaki.

Zapadła głęboka noc, czas utracił zwykły wymiar, wyskoczył z utartych torów. Rozbestwił się jak spuszczony ze smyczy, pozbawiony harmonii i pokraczny. Wera odeszła od czarnego i błyszczącego jak zastygła smoła okna, zwiewna suknia ledwo zakrywała jej odmłodzone ciało. Alfred odstąpił od niej o krok, wygiął się do tyłu i zachłannie objął ją spojrzeniem: wcięcie w talii nad silnymi biodrami, zarysowane pod koronkowym tiulem obfite piersi, wysmukła szyja z kilkoma ledwie zaznaczonymi zmarszczkami, kształtna szczęka z zarysowaną pod nią pulchną fałdką. Wyczuł zapach perfum, przysunął usta do jej ust, przesunął wyżej, do jej czoła i włosów. Wciągnął powietrze. „To kwiaty: lotos, hiacynt i lawenda z nutą rozmarynu”. Przyciągnął ją do siebie. Wera przywarła do niego ciałem. Pocałował ją w szyję, cicho jęknęła z rozkoszy, ich usta złączyły się w zachłannym pocałunku. Pociągnęła go bliżej łóżka. Ukląkł na nim, jego usta znalazły ukryte w tiulu drobne sterczące pąki, a ona wbiła palce w jego gęstą czuprynę. Odsunął głowę, spojrzał jej w oczy.

— Ta suknia, nie obraź się, wisi na tobie jak worek — parsknął śmiechem.

— Chodź do mnie — westchnęła i nieco teatralnie opadła na łóżko.

Za oknem przejechał ostatni tej nocy autobus, całkiem pusty. Pijak zasnął na placu kościelnym pod olbrzymią wierzbą, mrówki wykradały z kieszeni jego marynarki drobiny po landrynkach, które wczoraj przyniósł dzieciom do domu. Nieszpory już dawno wybrzmiały w kościele franciszkanów, braciszkowie szykowali się do snu. Zwariowany zegar po swojemu wybijał godziny. Pająk krzyżak, który uwił sieć przy suficie w rogu kuchni, skurczył się do mikroskopijnych rozmiarów i przekształcił w jajeczko zawieszone w kokonie. Rozwiał je w pył kurant godziny jedenastej. Kiełki ziemniaków złożonych w skrzyni w piwnicy wsunęły się do bulw. O dziesiątej szczury i myszy ukryte w norach skarlały, drobne ciałka, nie znajdując swoich matek, wyschły i rozproszyły się w piwnicznym pyle. Tapety domu wybarwiły się świeżymi kolorami, ubytki i spróchnienia schodów zasklepiły się zdrowym drewnem, wyblakłe drzwi oraz ramy okien wybieliły się żywą, oryginalną barwą. Dom stawał się coraz bardziej okazały. Jedynie zapracowany zegar nie zmieniał się wcale, przybrudzona szybka zakrywała porosłe patyną wahadło. Jednak jego wzburzona dusza wyrywała się ze sprężyn, łożysk, trybów i zapadek, a szafirowe wskazówki wirowały w odwrotnym pędzie.

Alfred opadł na poduszkę, dyszał, na czole i wokół ust zbierały się krople potu. Wera okryła poszewką kołdry swoje nagie ciało, po chwili podniosła głowę i oparła się na łokciach, z uwagą nastawiając uszu. Alfred obserwował ją zaniepokojony.

— Nie słyszę zegara.

— Drzwi są zamknięte, to nie słychać — wyjaśnił spokojnie.

— Nie trzeba go nakręcić?

— Nie — odrzekł bez zastanowienia, a po dłuższym namyśle doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie wie.

— Długo jeszcze? — zapytała Wera.

— Całe życie, kochanie. A potem zobaczymy. Czas tutaj, w tym domu, biegnie inaczej. — Próbował naprędce coś wymyślić, żeby ją uspokoić. — Za oknem życie biegnie do przodu, choć skokowo wszystko się cofa i doprawdy nie wiem, kiedy to się zatrzyma.

— Dobrze, że jesteśmy razem. — Wyszukała jego dłoń na posłaniu i mocno ścisnęła. — Och, jakbym chciała, żeby się udało. — Po chwili zapytała: — Ale wszystko idzie dobrze?

— Tak — skłamał bez namysłu i zaraz zrozumiał, że nie może ukrywać przed nią prawdy. — To zbyt skomplikowane… — zaczął — I nie wiem, czemu akurat dzieją się na nowo te, a nie inne wydarzenia, nie potrafię tego zrozumieć — przekręcił głowę na bok, by zobaczyć jej reakcję.

Twarz Wery nie zdradzała zaskoczenia ani niepokoju.

— Ty to włączyłeś.

(…)

Krzysztof Wacławiec (ur. w 1971 r.) — pisarz. Mieszka w Rybniku. Publikował m.in. w „Czasie Literatury”, „e-eleWatorze”, i „Twórczości”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści