Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień ósmy

Poranek zachmurzony w dalszym ciągu. Przelotny mokry śnieg. Na ulicach go niewiele. Wysiadam na Friedrichstrasse, przesiadam się po raz pierwszy na metro U6 i dojeżdżam do stacji Hallesches Tor, gdzie na Blücherplatzu ma być księgarnia angloamerykańska. Pomyłka, to ogromna biblioteka, chyba amerykańska fundacja, a nie księgarnia. Ruszam bez celu ulicami i uliczkami, które wymieniły tamte zbombardowane i zamieszkałe niegdyś, jeśli wierzyć Christopherowi Isherwoodowi, przez ubogą ludność. Frau Nowak, u której rodziny mieszkał, pochodziła z Prus Wschodnich. Jak ja lubię iść wolny, patrzący, myślący swobodnie poeta-mistyk-reporter chwil! Kazik-łazik! Trochę ludzi, trochę sklepów, restauracji, aut; zamiast śniegu zaczyna padać deszczyk. Prawdziwe kamienice. Ostańce? Cmentarzyk przy Mehringdamm. I co dostrzegam? Półokrągły kamień grobowy, granitową stelę z wygrawerowanym motylem i inskrypcją (nie wiem, czy dobrze odszyfrowuję zatarte litery):

E.T.W. Hoffmann
geb. Königsberg in Preussen
Dem 24 januar 1776
gest. Berlin dem 25.Juni 1822

Kamer Gericht Rath
ansgezeichet
Im Amte
als Dichter
als Tonkünstler
als Maler
Geruidmet von seinen Freunden

Opodal skromny nagrobek pisarza, nieznanego mi członka grupy literackiej 47:
Reinhard Letten
*10.9.1929
+17.6.1996

Poszedłem sobie dalej zadowolony z tego przypadkowego odkrycia grobowca tego słynnego Hoffmanna (prawie że krajana, gdyż z Królewca!), który był urzędnikiem w podbitej przez Prusy Warszawie. Szeroka ulica Mehringdamm zapełniła się przechodniami. Skręcam w Bergmannstrasse w lewo. Więcej galerii antykwarycznych, sklepików, barów, restauracji (przede wszystkim orientalnych). Handel winem. Ludzie się nie spieszą, atmosfera przyjazna, domowa, dzielnicowa. Pojawiają się duże kościoły. Ponownie cmentarze. Pogrzeb. Na grobowcach całkiem dużo polskich nazwisk. Zapisuję egzotyczne nazwisko, aby zapamiętać tę cmentarną wielonarodowość tutejszą (znaki chińskie, na pewno istotne, muszę pominąć):

Chien Chun Wag
1.8.1957 — 8.4.1992

Zawracam przy zwalistym kościele. Gneisenaustrasse prawie pusta. Jakieś tureckie sklepiki i osobnicy. Główne skrzyżowanie, bryła nowoczesnego ratusza dzielnicy Kreuzberg, po drugiej stronie kościół, dalej ulicą Yorckstrasse, która staje się coraz bardziej obskurna, do stacji metra. Mam w plecaku jak zwykle rozmówki polsko-niemieckie, szczegółowy plan Berlina, notes i pisak. Notes jest moim kolejnym dziennikiem, zacząłem go prowadzić 23 sierpnia 2005 roku. Pierwszego wpisu w moim pierwszym dzienniczku, takim wąskim i cienkim, oprawionym w czerwonego koloru plastikową okładkę, który podarowała mi mama przed wyjazdem na kolonie letnie, dokonałem w lipcu 1962 roku, a odnosił się on do „obrony Basi” (mojej siostry) przed kolegami, a drugi do „budowania schronu w lesie”. Pod koniec tego roku miałem skończyć 10 lat. Notes ten, wypełniony w klasie siódmej dwoma wierszami (jednym patriotycznym, drugim rewolucyjnym — wpływ lektur szkolnych), służył mi do początku liceum, kiedy w wieku 16 lat nagle zacząłem pisać wiersze i potrzebowałem więcej miejsca, więc i nowego zeszytu (formatu aż A4!). Od tej chwili pisałem codziennie albo prawie codziennie, do 1998 roku uzbierałem z dziesięć stukartkowych tomów (nie zapisywałem w nich już wierszy, lecz codzienność, lektury, przemyślenia, obserwacje). Wszystkie je spaliłem w 2006 roku w ognisku rozpalonym na działce ogrodowej koło Starego Olsztyna, chcąc w ten sposób jakoś bardziej definitywnie pożegnać się z przeszłością.

Kolejką jadę na północ. W „starym” Berlinie było sześć głównych dworców, w skrócie zwanych Lehrter, Potsdamer, Anhalter, Stettiner, Görlitzer. Teraz w komunikacji liczą się nade wszystko lotniska (Tegel, Schönefeld, Tempelhof), ale ze wszystkich czynnych czterech dworców kolejowych w tej chwili na pierwsze miejsce (po mitycznym i opisywanym wielokroć Bahnhof Zoologischer Garten, Dworzec ZOO), przynajmniej z powodu atrakcyjności architektonicznej, usytuowania, splotu dróg komunikacyjnych, wysuwa się modernistyczny Hauptbahnhof, skąd wszędzie do centrum na piechotę blisko. Jadę do Pankow. Byłej dzielnicy enerdowskich wysokich funkcjonariuszy państwowych i partyjnych (dwa w jednym). Tutaj pada i nawet poleguje sobie spokojnie mokry śnieg na ulicach i placach. I znów więcej ludzi o wyglądzie „prowincjuszy” (czyli z byłego NRD/DDR) oraz chyba Turków. Jakiż ten Berlin wielki, zmienny, złożony, rozległy, niejednoznaczny i bogaty pod względem społecznym, urbanistycznym, tożsamościowym, a nawet klimatycznym! Państwo w państwie! Multi-kulti! Wałęsam się z pół godziny po centrum, w chińskim sklepiku kupuję wodę mineralną i ulubiony czosnek (tu z nikim nie przebywam, więc mogę sobie zdrowo śmierdzieć). Lekko zadziwiony patrzę na staruszkę, która na półkach szuka polskiej czekolady, to Niemka, może i dawna mieszkanka tej dzielnicy, kiedy polska czekolada była lepsza, a może lepsza i tańsza niż enerdowska lub enerefowska? Młodziutka Chinka uprzejmie odpowiada jakby przepraszającej za swoje pytanie staruszce, że nie ma „polnische Schokolade”.

Z Pankow jadę U2 do Alexanderplatz. W wagonie młodzi ludzie swobodnie ubrani oraz swobodnie siedzący z różnymi kolczykami w różnych miejscach. Kto to wymyślił szybką kolej miejską i metro (tutaj S-Bahn i U-Bahn)? Pierwsza kolej podziemna powstała jeszcze w XIX stuleciu w Londynie. W 1900 roku w Paryżu. A w Berlinie pierwsza linia? (Dopisek późniejszy po wizycie w salce komputerowej — w 1902, częściowo jeździ nią teraz linia U1; do 2007 roku wybudowano 144 kilometry metra). Nie wiem, czy jest poza eposem Döblina jakieś dzieło, w którym miasto to, jak Praga Kafki, jak Warszawa Tyrmanda lub Konwickiego, jak Gdańsk Grassa, jak Paryż Baudelaire’a, Balzaca, Hugo i Zoli, jak Wilno Mackiewicza, Miłosza czy Venclovy, jak Lizbona Pessoy, jak Wiedeń Musila i Doderera, jak Moskwa Bułhakowa, jak Lyck (Ełk) Lenza, stałoby się podmiotem, bohaterem, mitem opowiadanej historii (małej i dużej). Nie chodzi o współczesne utwory, ale o te dawniejsze. Nie chodzi też o opis miasta, o miasto w tle wydarzeń, lecz o portret miasta-bohatera, o sam Berlin jako temat. Jak to było w przypadku Dublina w Ulissesie Joyce’a, z którym Döblin (Dublin — Döblin!) zapoznał się podczas pisania swojej epopei, pomimo że zaprzeczał, iż lekturze tej zawdzięczał pomysły na wprowadzenie takich, a nie innych formalnych innowacji (rola podświadomości, miasto jako współczesny mit, kolaż). Bolał natomiast, że nie zauważono krytyki społecznej w niej zawartej (odrzuconej przez opiniotwórcze środowiska komunistyczne jako nieproletariacka i nieprawomyślna ideowo). Zdaniem germanistów przed Döblinem jedynie dziewiętnastowieczny pisarz pruski Theodor Fontane zmierzył się z sukcesem z tematem berlińskim (nowoczesnym i wymagającym nowych technik pisarskich). Do pisarzy współczesnych autorowi Berlin Alexanderplatz, którzy w twórczości ukazywali perypetie psychospołeczne mieszkańców życia metropolii, należeli Erich Kästner, Hans Fallada, Hermann Kesten.

Alexanderplatz na cześć Aleksandra I, cara Rosji, pogromcy Napoleona, powstał w 1881 roku. Od 1 lipca 1913 roku zainstalowano przy kolejowym dworcu pierwszą nitkę metra. Alexanderplatz z powieści Döblina poddawany jest kapitalnemu remontowi, przebudowie, która doprowadzi do tego, że już w 1932 roku będą tutaj przechodzić pod ziemią, poza pociągami regionalnymi i dalekobieżnymi, trzy linie metra. W 1998 roku dworzec ten został oddany do eksploatacji po kolejnej przebudowie. Lubię wałęsać się po tej ogromnej hali, na której zatrzymują się zwykłe pociągi, przelatują Intercity i ICE. Trzy linie metra, które tu się krzyżują, to U2, U5, U8. Jest też szybka kolej S-Bahn. Istny nerw śródmieścia w dawnej części wschodniej. Pasaż handlowy, zawsze coś się tu dzieje, tłum pasażerów, luzaków i łazików.

Oto opis Berlina z ostatnich stronic powieści. Bo zawsze jest duży plan wydarzeń oraz mały plan wydarzeń, które się splatają, tworząc topografię powieści totalnej. Przestrzeń jest równie ważna co wydarzenia, czas dziania się akcji i opisani ludzie. Franz Biberkopf, szary, miejski człowiek, śledzony przez wszechwiedzącego narratora, uwolniony zostaje z oskarżenia o współudział w zabójstwie, opuszcza więzienny szpital psychiatryczny. Franz Biberkopf zdrowieje. Jest już 1929 rok: „Berlin. 52 stopnie 31 minut szerokości północnej, 13 stopni 25 minut długości wschodniej, 20 dworców dalekobieżnych, 121 dworców podmiejskich, 27 przystanków na linii obwodowej, 14 na linii śródmiejskiej, 7 stacji rozrządowych, tramwaje, kolej naziemna, autobusy… (…). Franek chodzi po mieście. Jest tutaj wiele rzeczy, które mogą człowieka uzdrowić, jeśli tylko serce jest zdrowe. Przede wszystkim Alexanderplatz. On wciąż jeszcze istnieje. Nie widać tu nic szczególnego, przez całą zimę był przecież straszny mróz, więc nic nie robili, pozostawili wszystko, jak było, wielki kafar stoi teraz na Georgenkirchplatz, zgarniają gruzy domu towarowego Hahna, wbili tu dużo szyn, może zbudują dworzec…”.

Zakończenie powieści wzbudziło skrajnie odmienne reakcje, np. Walter Benjamin widział w rejestrowanych wcieleniach bohatera kolejne stopnie jego upadku moralno-społecznego, natomiast mniej liczni widzieli w jego losie wizerunek prostego człowieka, który nie poddaje się losowi i z każdego upadku wstaje do dalszej walki o życie. Powieść pomyślana jako „książka-film” wydobyła chaotyczność, krzykliwość, płynność, momentalność życia ulicy, miasta molocha, nowoczesnej metropolii. Czytając ją, uświadamiałem sobie dziewiętnastowieczne jej związki z takim felietonowym, odcinkowym pisaniem o nowoczesnym mieście jako specyficznym przedłużeniu romantycznej tajemnicy (kultura=natura; miasto=dżungla), które rozwijał Eugeniusz Sue w Tajemnicach Paryża oraz z „socjologicznym” sposobem analizy wielowarstwowej rzeczywistości kapitalistycznej Balzaca (odwieczne typy ludzkie a nowa walka o przetrwanie) oraz naturalistycznym, „beznamiętnym” opisem życia przez Zolę jako diabolicznej maszynerii. U Joyce’a, tego irlandzkiego Rabelais’go (wielka rola humoru, pochwała życia!), było już wszystko, co zastosował Döblin, może poza najważniejszym: mrocznym charakterem bohaterów i mrocznym charakterem samego Berlina. Jestem przeświadczony, że wybitna epika miejska Döblina bliższa jest (dzięki zastosowaniu techniki filmowego montażu, opisu socjologicznopolitycznego wydarzeń) Manhattan Transfer Dos Passosa niż Ulissesowi Joyce’a, który postawił sobie jako czołowe zupełnie inne zadanie niż artystyczne odwzorowanie, nawet jak najtrafniejsze, chaosu nowoczesnego, miejskiego życia w kontekście krytyki społecznej świata przedstawionego.

Alexanderplatz uświadamia mi, że dawniej kolej zachodnia musiała mijać część enerdowską. Przelotne stacje we wschodniej części miasta były zamknięte, nadzorowane przez komunistyczne wojsko, więc skład jechał dalej bez zatrzymywania. Aha, i jeszcze jedna rzecz, która mnie niegdyś, bo w Naumburgu w 1981 roku właśnie, zadziwiła: w NRD oglądano zachodnioniemiecką telewizję! I to normalnie. Władze nie poradziły sobie z tym, chociaż początkowo próbowano coś tam zrobić. Tolerowana schizofrenia.

Mokre płatki śniegu. Idę do węgierskiego instytutu, gdzie na pierwszym piętrze w café Geissler jem kremową zupę pomidorową, wypijam berlińskie piwo, popatrując na ładną kelnereczkę z ładnym biustem, na młodą parę Francuzów rozmawiających zupełnie w tym samym ożywionym stylu o turystycznych drobiazgach, co ich bohaterowie filmowi; przyglądając się betonowej wieży telewizyjnej, przejeżdżającym tramwajom, autobusom, nielicznym przechodniom, spoglądając na ceglany kościół Mariacki. Odpoczywam i czuję, jak się starzeję, świat młodnieje, a przeklęte problemy życia pozostają nierozwiązane, bo chyba nie mogą. Żółte tramwaje, żółte autobusy (są i piętrowe), beżowe taksówki (chyba dobrze rozpoznaję kolory?) przemykają ulicą zabitego komunisty Karla Liebknechta (od 1888 roku do zakończenia wojny ulica ta, zaczynająca się od Szprewy, nosiła nazwę Kaiser-Wilhelm-Strasse; po upadku NRD Karl-Liebknecht-Strasse pozostała niezmieniona, nawet w swoim socjalistycznym, pseudonowoczesnym wyglądzie). Na skwerze czuwa dwóch ubranych po mieszczańsku panów: Marks i Engels. Patrząc na nich, uświadomiłem sobie, że to Niemcy odpowiedzialni są za komunizm i hitlerowski faszyzm. Faszyzm sami sobie wprowadzili, a własny komunizm po 1918 roku sami zwalczyli nadzwyczajnymi środkami, wcześniej wywożąc Lenina do Rosji w zaplombowanym wagonie. Kolejną wersję socjalizmu państwowego wprowadzili pod stalową i przyjacielską opieką zwycięskich wojsk ZSRR. Marks, niemiecki Żyd, uważał, że rozwijający się kapitalizm doprowadzi klasę robotniczą do nędzy, a okazało się, że to komunizm klasę tę bardziej wyniszczył, a złowrogi kapitalizm (z wolnym rynkiem i demokracją) zapewnił dobrobyt (na tej rywalizacji systemów autentycznie zyskała klasa pracująca krajów zachodnich).

Marks i Engels razem z brązu na placu zwanym Forum Marksa i Engelsa. Beton pokrywa berlińską starówkę, centrum przedwojennego miasta. Podobnie jak w Kaliningradzie, betonowy plac i rachityczny skwer z pomniczkami rosyjskich artystów pokrywają zabite, niemieckie stare miasto Królewiec. Jeden stoi (Engels), drugi siedzi. Jest taki o tym pomniku dowcip: „Marks: Ileż to wszystko musiało kosztować! Engels: Lepiej usiądź, zanim ci powiem ile”. Wzruszająca para przyjaciół. Engels, syn kapitalisty i sam burżuj pracujący wiele lat w angielskim oddziale niemieckiej firmy ojca Ermen-Engels, utrzymywał Marksa, żeby ten w Londynie pisał w spokoju swój Kapitał. On na pewno Marksa uważał i traktował jak prawdziwego przyjaciela. Marks niezupełnie. Nie był biedny, ale jego żona (ostatecznie córka barona) i rodzina (córki i zięciowie) chcieli żyć i przyjemnie, i na poziomie. Engels wysyłał mu połowę tego, co sam zarabiał w firmie, i jeszcze był rugany, że mało. A kiedy Marks spłodził dziecko swojej służącej, to Engels zajął się niechcianym dzieckiem, a nawet dał dziecinie swoje nazwisko. I tak Kapitał powstał, a Engels przeżył Mistrza, skutecznie upowszechniając jego idee, nie przestając dalej używać ze smakiem dóbr stołu i łoża. Jako że Kapitał Marksa znów jest czytany z zapałem w Niemczech, to można się spodziewać reaktywacji ideologii marksistowskiej w źródłowym kraju komunizmu. Ponownie jakiś kapitalista będzie przyjaźnił się i żywił antykapitalistę (przepraszam: alterglobalistę, a rewolucja i tak wybuchnie z dala od RFN). Przyjemniaczki medialne w czerwonych szaliczkach.

Jednak nic nadzwyczajnego w tym, że Marks i Engels stoją sobie spokojnie w centrum Berlina. Do wybuchu rewolucji bolszewickiej w 1917 roku niemiecka klasa robotnicza była najliczniejsza, najsilniejsza w Europie (a może i na świecie) i w niej upatrywano przodowniczkę europejskiej rewolucji proletariackiej. Walczyła o swoje też i później, ale z mniejszym skutkiem, co ocaliło II Rzeczpospolitą przed zagładą z jej rąk i rąk sowieckich. Dokończyli robotę narodowi socjaliści niemieccy i komunistyczni socjaliści radzieccy w 1939 roku. Tak czy owak towarzysze broni.

Paul Lafargue (jeden z zięciów Marksa) w 1883 roku wydał prekursorską książkę Le droit à la paresse (Prawo do lenistwa), pasującą do klimatu rodzinnego (poza samym pracoholikiem teściem). W 1911 roku w wieku 70 lat popełnił samobójstwo, aby uniknąć losu zniedołężniałego starca, w ślad za nim to samo uczyniła Laura, żona, córka Marksa.

I tak sobie dalej patrzę i widzę z rzadka idących turystów z kolorowymi plecakami, ze wzrokiem utkwionym w niespodziance przestrzennej. Atrakcyjna blondynka (dlaczego blondynki są atrakcyjne, a brunetki pociągające?) z końskim ogonem i grzywką spadającą zalotnie na oczy. Rowerzyści w czapkach, beretach, skafandrach, marynarkach, szalikach wokół szyi. Samotna i czarnowłosa Japoneczka w czarnych okularach, czarnym płaszczu, w białej, śmiesznej uszance z włóczki. Nie przestają padać pojedyncze płatki mokrego śniegu. Mewy i gołębie przesuwają się szybko i koliście ponad zadrzewionym skwerkiem za kościołem. Betonowa wieża po NRD wygląda jak zamrożony penis, który pionowo przeszywa zamglone teraz niebo. Z wysokości restauracji i punktu widokowego popatrywali na wolny i bogaty Zachód turyści polscy z głębokiego PRL-u oraz tutejsi mieszkańcy odcięci murem od niedalekiego raju. Na fontannie przysiadywali młodzi ludzie wyglądający ciekawiej niż przyzwoici i szarzy obywatele NRD. W pewnej odległości krążyli miejscowi milicjanci, kontrolujący sytuację.

Milczący Kościół Mariacki NMP z cegły i kamienia, którego biała po części wieża kontrastuje z zielonkawą barwą hełmu i czerwienią dachówek hali. Gdzieś tam dalej stoi Rotes Rathaus („czerwony ratusz”, z powodu koloru cegły, a nie ideologii). Francuska para przekomarza się co do istoty i mocy ich miłości. Jej brązowe oczy niekiedy widzę zza jego pleców w swetrze. Porozrzucali po krzesłach swoje rzeczy osobiste. Są swobodni i głośni. Jakiś drapieżny ptak szybuje obok kościoła. Sokół? Trzy miesiące temu skończyłem 54 lata. Wszystko jest na zewnątrz, ja jestem wewnątrz. Śmierć ma moje otwarte szeroko oczy.

Wieczór. Na wyprawę berlińską wziąłem ze sobą oczywiście Dőblina Berlin Alexanderplatz, jednotomowe dzieła wybrane Simone Weil, grubą powieść Harry Mullischa Odkrycie nieba oraz bardzo cenny przewodnik wydany w 1861 roku w Berlinie w wydawnictwie F.-A. Herbiga, wydanie 19, wersja francuska: Guide Reichard Le Voyageur. Część I Allemagne du Nord et du Centre. Le Rhin. Hollande et Belgique. Voyage à Paris, Londres, Copenhague, Stockholm, Varsovie et St-Petersbourg. Cz. II Allemagne du Sud, Autriche, Tyrol, Suisse, Italie Septentrionale. Voyage à Cracovie, Ofen (Bude), Pesth etc. Razem prawie 1000 stron, liczne mapy, plany miast, coś niezwykłego, jeśli lubi się przeglądać atlasy, mapy, plany, a ja od dzieciństwa je uwielbiałem, przejął tę pasję syn Miłosz, który wymyślał w dzieciństwie w smutnych latach 80. fantastyczne historie fantastycznych państw. Ta poważnie zużyta księga nosi na sobie ślady historii: należała do pokaźnej niegdyś biblioteki jednego z przedstawicieli ziemiaństwa polskiego na Kresach Wschodnich, który w 1919 roku uciekł przed bolszewikami do centralnej Polski. Jej numer przynależności 495 wypisano ołówkiem, sygnatura nazwiska dawnego właściciela jest nie do odczytania. Przewodnik, kupiony okazyjnie od leciwej damy, mam od niedawna. Rozkładam od czasu do czasu misternie narysowane mapy, czytam opisy miast, w tym Berlina, Wiednia, Paryża, Warszawy, Wrocławia (to Breslau) i Krakowa, podziwiam sieć kolejową, hotelową, kąpieliskowo-uzdrowiskową i po chwili zapominam, że na tych planach i mapach nie ma Polski.

To jest profesjonalny przewodnik dla warstw wyższych, dla których Europa stała otworem, a paszporty nie były potrzebne. Ale, ale, coś nie tak z tą pruską życzliwością, bo na stronie pierwszej czytam: „W cztery godziny po przybyciu należy przedłożyć paszport u lejtnanta dzielnicowej policji. Jeśli cudzoziemiec pragnie pobyć więcej niż 24 godziny w Berlinie, musi przedłożyć swój paszport w prefekturze policji Polizeipräsidium, Műhlendamm 31, w celu otrzymania zezwolenia na pobyt (10 sgr), które jest dobrze nosić przy sobie”. Z zaciekawieniem przyglądam się podkreśleniom ołówkiem: hotel de Rome, restauracja I klasy: Meser (Café Prince-royal), Unter den Linden 23; Eggert 33, Schulzendorff 27 (wszystkie na Unter den Linden, Pod lipami, po francusku Sous les tilleuls). Spragniony gość szukał piwiarni, bo podkreślił kilka najlepszych: piwo bawarskie w Wallműller, Mohrenstrasse 37a, Wagner, Charlottenstrasse 48; najlepsze, jasne piwo berlińskie (w „cabaret à brière”) w Clausing, Zimmerstrasse 80, Volpi, Stechbahn 3, Gross, Markgrafenstrasse 105. Zaznaczone są ponadto miejsca, gdzie można spokojnie wypalić cygaro, rozerwać się w cyrku M. Otta przy Friedrichsstrasse 141a, pójść do ogrodu zoologicznego. Podkreślono bank Mendelssohn and Com., wielki magazyn mody braci Gerson na Werderscher Markt, no i wreszcie coś dla ducha: zwiedzanie zamku królewskiego, nowej kaplicy, das alte Museum, (tu podkreślono zaledwie dwa obrazy, najbardziej typowe i ikonowe, w tym Madonnę z Dzieciątkiem Rafaela). Autor tych podkreśleń musiał całkiem sporo podróżować po ówczesnych Prusach, Niemczech i Austrii (w tym do modnych uzdrowisk). Postawił poza tym swoje znaki przy opisach Warszawy, która zupełnie sporo miała zabytków do odnotowania-zwiedzania. Na zamykającej dzieło Eisenbahn-Karte von Mittel-Europa łatwo dostrzec już w połowie XIX stulecia sieć linii kolejowych na terytorium niemieckim. Allenstein/Olsztyn nie ma jeszcze połączenia kolejowego, musi poczekać jeszcze kilka lat. Jest linia kolejowa, która biegnie wzdłuż Wisły do Gdańska i w Tczewie (Dirschau) odbiega ramieniem przez Malbork (Marienburg) do Königsberga (Królewca), a stąd do Kowna. W okupowanej Polsce, którą w zaborze rosyjskim czeka powstanie styczniowe, widnieje jedna nitka drogi kolejowej z Wiednia do Warszawy; w budowie jest jej przedłużenie do Sankt Petersburga. W Skierniewicach zaznaczono, że planuje się budowę linii w kierunku Włocławka i Bydgoszczy przez Łowicz (tu już jest) w celu połączenia z linią kolejową osi Berlin-Gdańsk. Z Krakowa do Przemyśla (a może i do Lwowa, tu moja mapa nie sięga) można też już dotrzeć koleją. I oczywiście wrócić do Opola (Oppeln), Wrocławia (Breslau), Poznania (Posen).

W 1709 roku Berlin, kiedy został stolicą Prus, liczył 61 000 mieszkańców, w 1861 — 428 500; w 1912 — 2 072 000 (z tego 60% mieszkańców stanowili robotnicy mieszkający na północy i wschodzie miasta — ja na swojej drodze jako „niespieszny, obcy przechodzień” w ogóle nie spotkałem robotników, w każdym razie nie rozpoznałem); w 1920 — 3 803 000; w 1943 — 4 489 700 (najwięcej w historii stolicy), na początku 1945 (efekt bombardowań oraz ucieczek przed bombardowaniem i zbliżającym się frontem ) — 2 807 000. W 1961 roku w całym Berlinie na obszarze prawie 90 000 km² mieszkało ponad trzy miliony mieszkańców, z tego ponad dwa w zachodniej części, a nieco ponad milion we wschodniej; natomiast w 1985 r. odpowiednio — 1 860 084 oraz 1 215 586. Berlin Zachodni, mimo gospodarczej pomocy rządu federalnego („okno Zachodu na Wschód”), stale się wyludniał, a enerdowski powolutku zaludniał.

Kartkując po raz kolejny Berlin Alexanderplatz Döblina, starałem się przypomnieć moją pierwszą lekturę tej powieści (w 1979 lub 1980 roku) i powody mojego nią zauroczenia. Powodem nie był na pewno jej bohater, Franz Biberkopf, postać z kręgów lumpenproletariackich, a nie artystycznych lub inteligenckich; żaden Stefan Dedalus lub Hans Castorp. Rzezimieszek, kryminalista, ale nie do końca zepsuty, który usiłował wyjść na dobrą drogę, chociaż bez powodzenia. Zresztą to nie mus kochać bohatera, to zbyt łatwe. Istotą panoramy zdarzeń jest odpowiednie wykorzystanie plebejskiego bohatera; bohaterem w XX stuleciu, w epoce kultury masowej, w epoce masy i władzy, jest każdy, kto znalazł się w centrum wydarzeń, w kamerze fotoreportera, w kronice kryminalnej (jak teraz w telewizji), w kolumnie maszerującej na front. Każdy i nikt. Ten i tamten. Koniec z bohaterami z wyższej półki! Jak u Musila lub Manna.

A więc podziw u mnie wywołała umiejętność pisarska polegająca na uchwyceniu na wielu poziomach i za pomocą wielu środków literackich (głównie typu kolażu-montażu filmowego) dziania się nowoczesnego życia w najbardziej nowoczesnym środowisku — metropolii europejskiej w okresie historycznych wydarzeń. Można wręcz powiedzieć, że to Berlin jest jedynym tematem tej epiki — buzujące nieustannym wirem, chaosem, ruchem miasto i jego piekielny wpływ na mieszkańców. Tu losem człowieka, takiego łotrzyka, rządzą nie bogowie, lecz tętniące chaosem nowoczesności Metropolis, Babilon, Babel. W tej jednostkowej i zbiorowej historii oraz w komentarzach narratorskich odnaleźć można ton moralizmu stoickiego, coś może i w rodzaju mądrości Koheleta (jest czas narodzin i jest czas umierania): jak mało zależy od człowieka.

Oczywiście, Döblin miał świetnych protoplastów i w Europie, i w Ameryce, ale może najciekawszym jego pomysłem było wprzęgnięcie (ale za Joyce’em!) do powieści (jako rozdygotanego nerwu czy struny współczesności) modemu Gazety (newsy, atakujące informacje ze świata i miasta; w Berlinie wychodziło mnóstwo prasy, niektóre dzienniki miały trzy wydania: w południe, wieczorem i w nocy) jako nośnika wylewającego się poza dotychczasowe normy chaotycznego świata. Pulsowanie rzeczywistości w mózgu miasta. Nadmiar bodźców prowadzący do stępienia serca. A niekiedy do odwagi, aby wziąć w tym wszystkim udział do końca, stopić się z całością. Z Metropolis.

W XIX stuleciu odkryto miasto fabryczne, kapitalistyczne, robotnicze, półświatek, walkę o byt i zbyt. Ruch, handel, walka interesów, walka kapitału, walki klasowe. Rozwarstwiające się społeczeństwo w szponach pieniądza. Miasto romantyczne, miasto pozytywistyczne, miasto demon, miejsce przyszłej apokalipsy. Początek XX stulecia — rozpętanie mechanicystycznych żywiołów, podświadomych nastrojów, apokaliptycznych przeczuć. Miasto. Masa. Maszyna. Ruch, Rewolucja, Rozpad. Tłum. Krzyk. Strzał. Wojna. Nienawiść. Śmierć. Braterstwo. Marsz. Ojczyzna. Rewolucja. Gwałt.

„Berlin! Berlin! Tragedia na dnie morza, łódź podwodna zatonęła, załoga się udusiła. A skoro się udusiła, to nawet pies z tego powodu nie zaszczeka, wielkie rzeczy, było nie było. Marsz, marsz. Spadły dwa wojskowe samoloty. Spadły, więc leżą, i nawet pies nie zaszczeka, co umarło — umarło i koniec”.

W polskiej literaturze międzywojennej, którą namiętnie czytywałem na studiach, co najmniej Wygnańców Ewy (1932) Tadeusza Kudlińskiego zaliczyć by można do utworów zbliżonych ambicją narracyjną do Berlin Alexanderplatz, których zadaniem było jak najlepsze odtworzenie tkanki społecznej, psychologicznej, empirycznej przełomowej epoki nowoczesnego miasta —dramatycznego bohatera.

A jeżeli miasto to kapitalizm, jeżeli kapitalizm to pieniądz. W powieści Döblina pieniądz jest równorzędnym bohaterem co i miasto, bo każda sprawa, w tym kryminalna, wokół niego się kręci. Wokół tej fortuny finansowej dającej dobrobyt, błogostan, dostęp do wszelkich uciech. W panoramie losów człowieka i pieniądza niezrównany był Balzac (może i nieprześcigniony?), ale też Hugo w Nędznikach, Zola w Pieniądzu, Gide w Fałszerzach czy Mann w Buddenbrookach. Cóż, nasza Lalka Prusa też należy do tego typu arcydzieł.

 

dopisek późniejszy:
DVD film Rainera Wernera Fassbindera Berlin Alexanderplatz (oryginał z 1980 roku, 14 epizodów, w 2007. remasteringowany) z udziałem charakterystycznego, zwalistego aktora Güntera Lamprechta. Jest sugestywnie mroczny i „mrocznie” (ekspresjonistycznie) kręcony, bardziej kameralny, skupiony na skomplikowanych problemach międzyludzkich; bardziej egzystencjalny niż oryginał. Świetnie zmontowany i wkomponowany w niegdysiejszy Berlin. Film mocno teatralny, z licznymi zbliżeniami twarzy, grą barw, światła, cieni. Fassbinder dokręcił własny epilog, jakiś taki fantasmagoryczny, oniryczny, w duchu bardziej naszego Bruna Schulza niż samego Döblina. Pojawiają się (męscy) aniołowie, chociaż tak naprawdę więcej w tej powieści uczestniczyło (męskich) diabłów. Czytając powieść nie rozumiałem, dlaczego Franz nierozumnie pokłada tyle bezbronnej (głupiej raczej) ufności i wiary w osobie rzezimieszka Reinholda, który stał się jego nieszczęściem (m.in. mordercą jego przyjaciółki). Fassbinder zajął bliższe jego opcji seksualnej stanowisko, że przyczyną takiego, a nie innego, postępowania Fritza było (nieuświadomione?) uczucie homoseksualne. Co prawda Fassbinder w notatkach do kolejnego wydania powieści podkreślał, że między Fritzem a Reinholdem nie zauważył podtekstów homoerotycznych, że to była czysta miłość platoniczna. Ale mnie nie przekonał. Zaznaczał też mocno, że epos ten to pierwsza w powieści niemieckiej próba zastosowania psychoanalizy oraz eksponował rolę wzorowanego na dialekcie berlińskim języka tej prozy, której rytm wyznaczały przejazdy tramwajów przed kamienicą Döblina.

 

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści