RAFAŁ HILLE
trzeci listopada
mówisz że jesień składa się z wszystkich kolorów RGB
kwiatów w książce które oddały ostatnie tchnienie
między Barbarą i Bogumiłem w twardej okładce
w pudełku po wiśniach wykąpanych w spirytusie
ciężkie od wspomnień listy bez podanej daty
przydatności do użycia czekają by znowu zapłonąć
obserwuję danse macabre liści w swojej ostatniej
podróży na Ziemię; sam jestem jak one
nabieram kolorów na chwilę przed upadkiem
podłóżmy ogień pod papierosy z filtrem na zakochanie
znamy się wszak na miłości jak bocian na ornitologii i
mapach wojskowych w podróży do domu pod koniec listopada
maligna plaży
plaża składa się z kobiet
przysypanych piaskiem
na ręcznikach zawieszonych
pod ażurowym niebem
w oddali wzgórki
zamazuje rozgrzane powietrze
wilgotna delta rzeki
zamieni się wieczorem w potok
drobiny piasku piszą dalej
swoje historie
zmierzają ławicami
do ukrytego celu
układane wiatrem
przynoszą kształt człowieka
nikt nie wie
kogo dziś usypią
zwierzę nocy
jestem zwierzęciem nocy
żywię się padliną podrzucaną
w kanałach cyfrowych
gołymi rękoma grzebię
w zerojedynkowych bohaterach
wywracam ich na drugą stronę
zawsze znajdzie się coś
całego w dziurawym
w co można zanurzyć zęby jadowe
poluję na koniec świata
w tym roku wyjątkowo nie nadszedł
już drugi raz w tym miesiącu
znów przyjdzie mi spędzić
resztę życia w przyszłości
inne zwierzęta w klatce
pukają się w czoło
jak można zostawiać
tyle śladów
pamięciowych awatarów
odcisków klawiatury
wczoraj po dzielnicy grasowało
kilka drapieżników
mieli nakazy na papierze
nieważne kto gdzie teraz idzie
na końcu i tak wszyscy będą
leżeć podliczając żywych
ogień
ta historia dzieje się na kartce papieru
dwoje narysowanych długopisem ludzi
tak długo patrzyło na siebie bez jednego
grymasu aż zaczęli się w końcu uśmiechać
leżącą obok woskową kredką dorysowali
domek z nierównym płotem przy lesie
psa przy budzie i leniwego kota w oknie
skrzynkę z nigdy nieodebranymi listami
a potem namalowali ognisko domowe
które miało ogrzać naszkicowany dom
oraz ich kredkowego psa z leniwym kotem
ale ogień okazał się zbyt prawdziwy
spalił papierową kartę wraz z nimi
patologia chmury
nie wiem do kogo należał scyzoryk pachnący
tanim dymem tytoniowym znaleziony na ławce
gdy siedziałem w krótkich spodenkach i
przesuwałem patykiem leniwe chmury na niebie
walczyły tak samo dzielnie jak dywizja
żołnierzyków z połamanymi rękoma i kręgosłupami
w papierowej torbie pod tapczanem
czyje są te obłoki dzisiaj i czy któryś różniłby
się w tej chwili chociaż trochę gdybym
tamtego dnia nie stopił szkłem powiększającym
kilku okruchów smoły zostawionych przez
dekarzy którzy już dawno umarli na raka tak
jak metaliczny chrząszcz który wspinał się
po mojej nodze licząc na spotkanie ze swoją
dziewczyną która odpoczywała w kieszeni
zawinięta w pomiętej chusteczce
parę myśli w głowie nie wiadomo czyich
może są moje a może wcale nie i tylko
czekały w kolejce by stworzyć kilka zdań o
obłokach które nigdy już nie powtórzą
swojej kompozycji i żuku zapatrzonym w
niebo
podróżnik mknący nie wiadomo gdzie
na kawałku bezdomnej skały oklejonej
insektami o które nie troszczy
się żadna chmura zajęta swoimi sprawami
rzucony między sklepem nabiałowym
a kioskiem z cygaretkami z każdym łykiem
słodkiego dymu bliżej gołych ciał niebieskich
Rafał Hille — poeta, prozaik. Mieszka w Poznaniu. Studiował psychologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Wiersze publikował m.in. w: „Dwutygodniku”, „Krzywym Kole Literatury”, „Lampie i Iskrze Bożej”, „Metaforze”, „Toposie”.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved