Skip to content

MACIEJ KOWALSKI

wycinki dziennika. 4 [Przemyśl 2024]

 

1 lipca

Wydawało się, że o tej godzinie swobodnie wyjdę i poczekam na dworcu. Jednak nie. O godz. 18.55 skończyłem pisać e-maile, więc szybko, spakowałem się w pół godziny! Wyszedłem o godz. 19.35 i biegnę z torbami, ile sił. I czuję, że dostaję zadyszki. Menel, idący chodnikiem, kawałek za Domem Kultury, dopinguje mnie, po swojemu: „szybko, szybko, bo pociąg ucieknie”. Upiorna błazenada. Cały czas biję się z myślami, czy tym razem zdążę. Oczyma wyobraźni widzę mgliście, jak jadę kolejną linią. Gdy wchodzę na perony, pani zapowiada już przyjazd mojego pociągu: Przemyślanina. Jeszcze tylko schody. Już blisko. Z daleka widać, jak nadjeżdża. Cały zmachany kieruje się do wagonu nr 16. Zastanawiam się, czy dostanę zapalenia płuc. Jestem mokry, a lekko wieje. Siadam na swoim miejscu, czerwony. Obok mnie, przy nrze 31, siedzi chłopiec, na oko może 13 lat, zajęty swoim telefonem, cały czas uderza w klawisze. Ma białą koszulkę, szare spodnie dresowe i adidasy z niebieską wkładką. Ciemne włosy, grzywka opada zawadiacko na czoło. Uśmiecha się do komórki. Wąska, szczupła buzia, prawie anemiczna. Sięga co jakiś czas do dużego kubełka KFC, który leży na miejscu pasażera obok. Torebka i sosy musztardowe. Jego sąsiad (właśnie skądś przyszedł) dla odmiany jest krótko przystrzyżony, niebieska koszulka i spodenki. Wyjmuje słuchawki bezprzewodowe i podaje jedną towarzyszowi. Razem oglądają coś na swoich urządzonkach. Niebieski ma srebrną bransoletę na prawej ręce, jakby nieco zużytą. Wierzch telefonu drugiego jest pełen naklejek. Posiada torbę, podobną do mojej, tylko z czerwonymi wzorami. Pierwszy ma jeszcze kubełek frytek, których nie dostrzegłem wcześniej. Niebieski rozkracza powoli i ponętnie nogi. Adidasem zahacza o poręcz krzesła. Za oknem: Grzędzice. Domy bogatych. Pot po mnie spływa, ale nie sięgam po chusteczki, bo nie widzę w pobliżu i sam wysycham. Trzeba tylko trochę poczekać. O szybę uderzają strugi deszczu. „Pogoń Szczecin Stargard wita”. Biały pociera palcami usta i opiera o policzek. Wygląda przy tym uroczo. Coś przeżuwa nieustannie, jakby kosztował własny język. Przede mną wstaje inny młodzieniec, z przyciętymi włosami, zaciągniętymi lokiem przez czoło. Czarna bluza i dżinsy. Wysiada w Stargardzie. Stargard — pada deszcz, błoto, nieczynny sprzęt. Coś robią tu cały czas. Niebieski zgniata torbę i wkłada ją do kubełka pierwszego. Trochę ludzi wysiadło w pewnych odległościach. Nosek tego, co na początku, jest prosty. Nie wybija się przed szereg w naturze twarzy. Niebieski pije pepsi z dużej butelki. Za Białym usiadła jakaś dziewczyna. Długie blond włosy, przyciemnione przy skórze. Różowe okulary nasadzone we włosach. Czarne trawersy, dżinsy oraz niebieska koszula rozpinana, na guziki. Biały ma zabawny wicherek z tyłu, dość wąskie te usteczka i drobne oczy, z których przebija tajemnica i skromność. Dopiero będzie się uczył wszystkiego. Cały czas jakieś frytki tam są. Potem Choszczno. Elektra po lewej stronie. Biały wygląda za kompanem. Niebieski opiera nogę na nodze. Jem wypiek kupiony w Lidlu. Jeszcze wcześnie. Jem, póki odpowiedni czas. Za Witkowem. Strzebielewo — gęsta, ciemna chmura, roztacza się na lewej części horyzontu. Burzowo zatem. Prawie że osiada na ziemi. Przeglądam telefon! Morzyca — całkiem chyba suchy. Dolice — ożółcone pagórki, aleje drzew, na niewidzialnej drodze za nimi, przemyka samochód. Chmura okręca się lekko niczym tornado. Na wysokości Choszczna — czytam teksty Krytyki Politycznej o Braunie (jak zwykle nieprzychylne) oraz wczorajszych wyborach we Francji. Jem wafla ryżowego o smaku chili — Słonice (wcześniej zjadłem croissanta, o smaku orzechowym). Kontrola jest o godz. 20.42. Niebieski pokazuje legitymację szkolną. Kontroler zwraca uwagę, że nie jest podpisana (skąd ja to znam?), więc szukają długopisu. Widzę perspektywę styczności, bo mogę pożyczyć, ale znajdują jakiś czerwony (dostrzegam tylko imię Adam i rok 2009 r.). Sprawdzam mapę Przemyśla w necie, jak dojść do mojego hostelu. Pan mówił, że to kwestia 10 minut. Nawet nie warto brać taksówki, bo oni oszukują, jadą okrężną drogą. Godz. 20.50 — esemesuję z K. Gdynia i tak odpada, bo muszę być dyspozycyjny. Mijamy farmę fotowoltaiczną przed Dobiegniewem. Kobieta o rudych włosach, z dwiema dziewczynkami, spogląda na przejeżdżający pociąg. W tle harcuje chłopczyk. Być może syn. Przy postoju — ożywają rozmowy. Ktoś przede mną wspomina stare, dobre czasy. Chłopcy obok mają problem z zasięgiem. Godz. 21.05, Mierzęcin — obserwacja krajobrazu. Godz. 21.11, Podlesiec — już ziewam. Godz. 21.14, Drawiny — z tyłu facet zaciąga po ukraińsku. Trochę rozwiązuję krzyżówki! Strona 146. Godz. 21.18, Krzyż, 21.29, Drawski Krzyż (Młyn?), 21.33, Miały, 21.44 — z wymiany zdań wnioskuję, że młodzi pasażerowie jadą do Poznania. Ktoś ogląda skecz Neonówki. Gust. Krzyżówki nienajgorzej mi idą. Chłopcy rozprawiają o kolorze skóry któregoś z bohaterów. Wronki — już się ściemnia. W tle świeci napis molocha — Amica. Coraz więcej świateł. 21.57, Szamotuły — coraz ciemniej! 22.08 — czytam krytyczny tekst o nominowanym na głównego inspektora sanitarnego dr. Pawle Grzesiowskim. Przypominane są jego wybryki w okresie reżimu covidiańskiego. 22.19 — Poznań Główny. Pełno świateł, jak na metropolię przystało. Chłopcy tutaj wysiadają. Podobnie jak inni. 22.26 — stoimy dalej w Poznaniu. Jem drugiego wafla i wyrzucam papier do koszyczka na dole. Dojadam burkiem truskawkowo-budyniowym. Godz. 22.32, wstaję trochę rozruszać kości. Do przedziału wchodzi grupa obcokrajowców. Może to ci od Scholza. Pomagam dziewczynie włożyć na półkę walizkę koloru moich spodni, choć bardziej seledynowego. Wyczekuję tego momentu, aż ktoś się do mnie dosiądzie. Jak na wyrok, w Dniu Świra. Akurat w sekundzie tej myśli jakiś mężczyzna z brodą mówi mi, że ma tu miejsce. Przesiada się jednak do przodu. Ale tylko na chwilę, bo zaraz przychodzi kolejny obcokrajowiec, z towarzyszką. Ów potencjalny imigrant proponuje mojemu sąsiadowi nieco rumu, ale ten nie pije. „Już nie pije”? Obcy twierdzi też, że będzie wojna za pół roku. Odczuwam drobne zmęczenie, a nie ma jeszcze nawet północy! Z magicznego, niekończącego się pudełka Biały wyciąga jeszcze parę bitesów. Niebieski rozmawia przez telefon. Chyba z kolegą. Mój sąsiad wrócił po dłuższej nieobecności. Chyba z warsu. Wyciąga bagietkę czosnkową oraz paczkę nugetsów i na zimno zjada kilka, zagryzając pieczywem. Prosto z pudełka, którego górną folię lekko tylko rozdarł. Staram się na to nie patrzeć. Wygląda niesmacznie. Samemu zdarzało mi się jeść takie rzeczy, ale podgrzane w piekarniku lub mikrofali. Jak na dłoni widać zatem różnicę w odczuwaniu, między gorącym, a zimnym pożywieniem, w domyśle nieprzygotowanym do końca. Słucham cierpliwie komunikatu, który zapowiada zbliżanie się do Leszna. Lektura Dzienników Kafki, które wziąłem na drogę. Rozmowa Georga z ojcem. 23.54 — drugie sprawdzanie biletów. Też Gustav Blenkelt.

 

2 lipca

00.36, Oborniki Śląskie. 00.56, zbliżamy się do Wrocławia Głównego. 01.17 — wyjazd z Wrocka. Wsiada pasażer najgorszy z możliwych: kobieta z dzieckiem. W dodatku Ukrainka. Przede mną również podobna konfiguracja. Moi chłopcy wychodzą, bo nie mogą znieść darcia się malucha z tyłu. Mnie też zaraz głowę rozsadzi z przemęczenia. Groźnie pomrukuje, niczego nieświadoma, chorwacka dusza. Ale, gdy obaj opuszczają wagon — maleństwo momentalnie uspokaja się, też pod wpływem zabiegów matki. 1.43 — na wysokości Brzegu wraca jeszcze Niebieski, aby zabrać wszystkie bagaże, wraz z kubełkiem. Wtedy przez krótką chwilę malec znów płacze. (Wcześniej: w dodatku jakaś zakrwawiona kobieta, wyglądająca na chorą psychicznie, wchodzi do przedziału i szuka miejsca. Potem dołącza jej kompan, który wygląda na średniej klasy menela. Konduktor zwraca uwagę, że nie mają biletu. Dyskusje z jakąś panią — czy zwracać się do niego panie Rafale, czy Rafi [raczej to drugie, bo pierwsze mu się źle kojarzy]; o godz. 2.02 przychodzi do tej nietypowej pary ochrona wraz z wcześniejszym konduktorem. 2.20, Opole Główne. Parka „romantyczna” [określenie mojego sąsiada] zostaje wyprowadzona w noc), 3.04 Pyskowice. 3.13, Gliwice. Tu lekkie opóźnienia. 3.52, przechodzi jeszcze Niebieski — i znika w kolejnym przedziale. 3.56, zbliżamy się do Katowic. Wraca. 4.18, Mysłowice. 4.26 — trzecia kontrola: młody, nawet w miarę przystojny, wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Ten konduktor też ma kłopoty. Tym razem z jakimś nawalonym prostym robolem, który rozwalił się na dwóch siedzeniach moich chłopców. Też wzywana jest ochrona. Ta sama procedura. Wyprowadzają na najbliższej stacji. Jaworzno-Szczakowa. 4.41, Trzebinia. W tle słychać KMN; i znów zaczyna padać; szyby ociekają deszczem. 4.49, już zaczynają się leśno-górzyste obszary. 4.53, Krzeszowice. Przejeżdżam Rzeszów. Byłem tutaj trzy lata temu. Dziwnie się czuję, wiedząc, że tym razem jadę jeszcze dalej. Jakby poza świat. Udaje się. Nie było w sumie tak źle. Przeżyłem. Na ostatnim odcinku wyglądam uważniej przez okno. Wszędzie zieleń i pola. Miasto wygląda zza szyby jak zabiedzone, stare osiedle w górskiej dolinie. Pani obwieszcza końcowy. Wysiadam. Wlokę się do przejścia. Ostrożnie i ciekawie oglądam krajobraz. Rozglądam się trochę na dworcu. Kupuję kawę w automacie. Dużo ludzi, wyglądających obco, nie po polsku. Wchodzę do Restauracji Perła Przemyśla. To ona jest tak pięknie urządzona. Obrazy na ścianach. Na ladzie ciasta i croissanty, zakryte szkłem, i dwa wazony ze świeżymi kwiatami. W ogóle dużo elegancko posadzonych roślin. Czekacze. Dziewczęta uwijają się. Tutaj jem śniadanie w postaci owsianki na mleku z kawałkami banana oraz winogronami, odpowiednio doprawionej dla smaku. Do tego herbata w czajniczku. Płacę 26 zł. Jest godz. 9.13. Przy zamawianiu pytam kelnerkę, czy wszystkie malowidła przedstawiają Przemyśl. Niestety nie wie tego, więc nie może odpowiedzieć. Gdy kończę, chcę wyjść, ale niestety pada i to mocno. Chwilę stoję przed dworcem i spoglądam na plac Legionów. Obok mnie rodzina. Wyglądają na Romów. I dwóch małych chłopców, harcujących na schodach. Jeden biega bardzo żywo. Zbliża się nawet do rynny, z której cieknie woda. Uśmiecham się do nich. Oni do mnie chyba też (grymasy dzieciaków nie są takie łatwe do deszyfracji). Sądząc, że deszcz będzie padał dłużej, wracam do restauracji i zamawiam tym razem herbatę zieloną. Niepotrzebnie, bo po chwili przestaje padać. Płacę 10 zł. Godz. 10.21. Dzwonię do właściciela hostelu. Mówię, że przyjdę po 11. Będzie na mnie czekać. Trochę flanuję w poszukiwaniu Ratuszowej, ale w końcu się udaje. Pytam się pani w salonie kosmetycznym, gdzie wejście do hostelu, i wskazuje mi drzwi obok. Znów dzwonię. Otwiera właściciel. Wygląda niezbyt przystępnie, w brudnej koszuli, ale pogodny wyraz twarzy. Nie chce wpuścić mnie dalej, poza próg. Tylko bierze ode mnie bagaż i prosi, aby przyjść o 13. Robię zatem wstępny rekonesans okolicy. Idę na rynek, który ma kształt lekkiego wzniesienia. Dostrzegam pomniki wojaka Szwejka, Mickiewicza i Sobieskiego, ale nie widzę fontanny z niedźwiedziem. Okrążywszy całość, wstępuję do Kawiarni Kardamon, niedaleko wieży zegarowej. Właścicielka robi sympatyczne, ale też nieco zdystansowane, surowe wrażenie. Budzi we mnie rodzaj niepokoju i rygoru. Najpierw idę do toalety, tylko dla klientów. Potem zamawiam świeżo wyciskany sok grejpfrutowy oraz ciasto — krówkę. Pytam pani, które bardziej poleca. Zależy, czego oczekuję. Ale zachwycony nie jestem. Płacę 27 zł. Godz. 11.31. Przeglądam przewodnik i mapę, które przed chwilą dostałem od właściciela. Co warto zobaczyć w tym mieście? Mówię, że nie widzę niedźwiedzia i fontanny. Odpowiedź: ja niczego nie potrafię sama znaleźć w internecie. Przeczucie mnie jednak nie zwiodło, bo okazuje się, że fontanna jest w remoncie, a niedźwiedź w renowacji. Przekazuje mi to młoda kelnerka, a potem pan w IT. Zwierzę ma stanąć, wypoczęte, w pełni sił, pod koniec miesiąca. Potem idę jeszcze kawałek, pod zamek i Kapitulną, ale zawracam, bo już zbliża się 13. Jeszcze wstępuję do księgarni przy Moście Orląt Przemyskich. Po 13. ostatecznie wracam, tym bardziej, że właściciel już dzwoni. Ze wszystkim się zapoznaję. Chwilę siedzę w pokoju, bo pada. Czytam kolejne parę stron Kafki. Gdy deszcz ustaje, wychodzę na obiad, bo już jestem bardzo głodny. Kupuję pięć pocztówek i płacę 7,50 zł. Godz. 15.36. Jem w Pizzerii Margherita, do której wejście znajduje się na schodkach, przy maleńkiej, wąskiej uliczce Serbańskiej, nieopodal rynku. W trakcie oczekiwania na posiłek — rozmowa z B. Napięcie. Kręcę się po lokalu. Jem pizzę, dużą Montanaro oraz wypijam herbatę. Płacę 39,50 zł. Godz. 16.13. W Żabce, przy Jagiellońskiej (w ogóle zauważyłem, że w Przemyślu jest mało Żabek), kupuję jeszcze: wodę mineralną, małą, Sokoliki oraz banana i jabłko. Płacę 9,92 zł. Godz. 17.00. Potem wracam do domu. Pogoda dzisiaj ponura. Ponieważ już nieustannie leje, kładę się wcześniej spać, aby odespać zarwaną noc. Godz. 17.16. Momentalnie zasypiam. Budzę się godz. 20.50, na chwilkę, spoglądam w ekran telefonu i znowu zasypiam, a potem budzę się o godz. 22.28. Nie śpię. Czytam Kafkę. Kładę się spać, trochę przed godz. 4, w okolicach godz. 3.40.

Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) – doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści