Skip to content

PAWEŁ NOWAKOWSKI

WPW1

Wszyscy przeciwko wszystkim. Wczoraj, dzisiaj, jutro.

Neferusobek nie czuła mięty do linorytów Mozarta, nawet wtedy, gdy ten azbestową matrycę patroszył ukruszonymi kośćmi podudzia człowieków z Cro-Magnon. Nie czuła też bananów, gdy przesuwała opuszkami palców po wyschniętej papirusowej odbitce, próbując zrozumieć, dodać do siebie i odjąć od innych, nierozłączną parafizjologiczną parę tytułu i przedstawienia, formy i treściowości, skrótu myśliwego i kartograficznego obrazowania. Była wściekła, gdy już wydawało się jej, że chwyciła Wolframa Amadeusa za róg, że połączyła dwa końce kijka z szorstkowca Fortunego, tworząc coś à la rozgwiazdę na zasłoniętym chmurzyskami niebie, że zrozumiała aluzyję piętnującą okrutne traktowanie śledzi przez stada namiotowców na polach i polanach, ale niestety, całość okazywała się ułudą, chwilowym zauroczeniem, przepasańcem oczodołów człowieka z żelazjum i kamienium, i niezbyt widzącym zaułkiem poetycznościowym „papryka”. Mozart za to zaprzeczał wszystkiemu i wygrał mecza w dogrywce, przez podwójnego Mendelsona, stukającego w brokuł środkowym kopytnikiem.

Czterej pancerni i bies dezaprobatowali brygady pazerne, koncypowane w budzie i znoju, generowane w pocie czołgów, wyczarowywane z palców wskazujących na bezużytecznościową południową północ, powoływane do szycia przez krawieckich federalistów kosmologicznych, a wszystko to w strukturze zdradzieckiego mariażu. Bo lubili rady, ale tylko te od Cioci „dobra petarda”, która, dzieląc ich biczami z nanowolframu, wpajała zapisane na zwojach z Kurkumy prerogatywnościowe sentencje. Brygady nie były im dłużne. Konie z drugim rzędem zjadły rząd pierwszy i wynajęły awokado na gołębiego serca warunkach, na procent od kary, za to bez nadymanych diet i kosztów dojazdów i noclegów. Mijały lata, a wszyscy stali tak jak stali, rdzewiejąc lekko pod pachami, matacząc jedynie zmechacącyma kartyma na stole ze stali prawienierdzewnej. Pisany im rozejm solidarnie repulsjowali.

Helena Majdaniec żywiła odrazę do kołysanek wykonywanych przez Helenę Trojańską, szczególnie tych z okresu spartańskiego, gdy ta, włócząc się pijana z włócznią z Clacton-on-Sea, do spółki z włócznią Świętego Maurycego, bo dwie ręki miała i tylko jeden gardziel, śpiewała, growlując na lewo i prawo, nie zważając na zapis nutowy w bezpruderyjnych aktach notarialnych z czasów gigantów, gdy kreda i jurność były dostępne na każdym straganie. Niskie, mało wartościowe insekty, rezonansujące z wibrującymi mizerykordiami, przecinały wolframiczne przestrzenie, gdzie „nie” było podwaliną, a „tak” kalenicą nienaturalnych form szansonetek. Dla jednej Heleny słowa były najkardynalniejsze, dla drugiej bit i dysonalistyczna melodyka, tyle że bez prostackiej kakofoniczności, prosto od Verrocchia, tego sensualistycznego gnoma. Pewnego razu obie spotkały się pubie, siedząc bokiem wi za wi i popijając wi fi ze słicza, machały trzewikami, jak zwykły trubadur na partyjnych jasełkach. Ich wzrokowości się nadziały na bestialską wzajemność, wstały z zydelków i z impetem zasnęły, śniąc o karetkowalności na sygnale usznoocznym, przemierzającym krainy antagonizmów, nieliniowe obwody omhów rezystujących w architekturach sa i ss, okolice introspekcji i trójkątne macierze liter. Tymczasem przybyła karetkowalność i odjechawszy na sygnale usznoocznym, przemierzała krainy antagonizmów, nieliniowe obwody omhów rezystujących w architekturach sa i ss, okolice introspekcji i trójkątne macierze liter. A przyrodzonych im władz umysłowych nie było końca.

Swego czasu Ślepy Wojtek versusił wolframistycznie Panią Rollison [ale to już zupełnie odrębna heca]…

Karol Młot za to z całkowitowościową zaciekłością wetował Empedoklesa. Zmieszanie się mieszkań, mięsa, mieszków, zamieszków, miętówek, miesięcy, mięczaków, miedziorytów, międzyczasów itp., uważał za androna trzy po trzy, razem piętnaście, oczywiście do dziewiątej, potem trzydzieści siedem, a wieczorem cztery i pół. Rozdzielenie materii i siły nie mieściły się Karolowi w młocie, członki nie łączyły się w przypadkowe zdarzenia, tylko temperamenty świdrowały włosy i łuski. Empedokles odwrotnie: ciął listowie na skos, szturał eleatów biologicznym zegarem i odtulał psychologiczność, jak coś imitującego bezbarwną czerń. Jedynie wieczorne stany ogniste obu światoburców były porównywalne, wtedy to, na własnościowych wolframicznych szczytach, czytali w sanskrycie wedy. A nie jakieś filozoficzne ecie-pecie o życiowościowej tężyźnie.

Tak było, jest i będzie. Wczoraj, dzisiaj, jutro.

Paweł Nowakowski — nie ma nic przeciwko temu, że ktunś ma coś przeciwko kumuś innemuś.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści