Skip to content

KRZYSZTOF WACŁAWIEC

Osiem dni w jedną ponurą noc [fragment 5]

 

5

Pijak oparł się jedną ręką o drzewo, pod którym wcześniej spał, a drugą ulżył sobie, ujmując ciśnienia pęcherzowi. Zapiął rozporek, omiótł wzrokiem okolicę, ustalił podstawowe współrzędne, zawinął zamaszyście nogawką i opuścił miejsce chwilowego odpoczynku. Droga powrotna wydała mu się już nie taka kręta. „Trzeźwieję, o zgrozo, ale w piwnicy coś jeszcze znajdę”, pomyślał półprzytomnie i uspokojony tą myślą ruszył pochylony do przodu. Przy kiosku z lodami znalazł banknot stuzłotowy. Uradowany, włożył go do kieszeni. Zaraz też wzięło go na torsje. Wytarł twarz rękawem marynarki, wyprostował się, chwilę postał, po czym dziarsko ruszył Raciborską pod górkę. Zgasło ostatnie okno przy skrzyżowaniu. Po niespełna dziesięciu minutach, gdy po pijaku, ostatnim przechodniu tej nocy, zostało już tylko wspomnienie, wysoko na niebie zajaśniała cienka biała linia. Biegła na wskroś od jednego końca horyzontu do drugiego. Nie był to satelita ani spadająca gwiazda, linia była geometrycznie prosta, nie poruszała się i nie gasła, przebiegała równo i celnie wyznaczała geograficzne północ i południe. Rozwarstwiła niebo, dzieląc je na dwie sferyczne półkule. Przez wąską szczelinę wdarły się czarne jak smoła pierzaste wiry, wypełniły wąski prostopadłościan aż do ziemi i stężały. Krystaliczna ściana zasłoniła jedną połowę świata, po chwili spłynęły na nią błyszczące drobiny gwiezdnego pyłu. Uformowały skomplikowane geometryczne figury, które stopniowo jaśniały, aż zanikły. Rozwinięte liście krzewów i drzew rosnących przy kiosku z lodami zmalały i wrosły w gałązki. Zeszłoroczne, poczerniałe i leżące na ziemi zabarwiły się na żółto i czerwono, wzleciały, zieleniejąc przyczepiły się do gałązek drzew, a potem, tak jak poprzednie, zniknęły w gałązkach. Osłupiałe ze zdziwienia drzewa i krzewy rosnące poza obrysem prostopadłościanu nie zmieniały się wcale. Zdawało się, że cykl ten będzie się powtarzał w nieskończoność i nabierał pędu. Pędy zakwitały i więdły. Trawnik trawiła ta sama wariacja, ktoś znający się na rzeczy nazwałby ją odwróconą wegetacją, źdźbła na przemian schły, ożywały zielenią i malały do korzeni. W śmietniku coś się poruszyło, za chwilę z papierowej torebki wyskoczył niebieski kanarek, odfrunął, zanim skarlał, przebił się przez ścianę prostopadłościanu. Szybko dysząc, usiadł na skraju rynny kiosku. Nastroszył piórka i wyczyścił skrzydełka, kilka drobin srebrzystego pyłu opadło na trawę, która zapłonęła żywą zielenią. Wewnątrz kiosku w zamkniętych termosach topiły się i na powrót zamarzały lody. Osobliwa machina rozpędzała się, metamorfozy cykl po cyklu następowały coraz szybciej. Prostopadłościan, który przecinał na pół kamienice przy skrzyżowaniu i pokrywał cały kiosk z lodami, jarzył się zieloną poświatą. Niespodziewanie zaskrzył się i ponownie wypełnił geometrycznymi bryłami. Kiosk zwinął się jak kartka papieru i znikł, nie pozostawiając najmniejszego śladu. Skwer, na którym stał, pokrył się gruzem, z ziemi sterczały ceglane mury osmalone sadzą. Nagle utonęły w językach ognia od piwnic aż po osmalone kikuty. Osobliwemu zjawisku towarzyszył niespotykany dźwięk, coś jak brzęczenie, szmer tysiąca małych zegarowych trybików. Nagła implozja wessała zrujnowaną anomalię. Na skwerze, gdzie przed momentem stał kiosk, stanął w ogniu dwupiętrowy dom z ogromną dziurą pośrodku i szyldem nad witryną: „Krawiectwo Antoni…”, reszta zamazana. Języki ognia strzelały z nieba, a dom, zamiast niszczeć od płomieni, powstawał z gruzów. Czarny, kłębiasty dym zamiast ulatywać do góry, spływał w dół. Z dziury wycofała się wojskowa ciężarówka, ogień, który trawił dom, został wchłonięty do jej ładowni, dziura zasklepiła się cegłami. Ciężarówka wycofała w ulicę Raciborską i jadąc tyłem, podążyła ku rynkowi. Obszczekały ją dwa psy, pętające się przy pijalni wódki Potacznia. Biała linia na niebie zadrgała, zmieniła się w przerywaną, jak na wykroju krawieckim, a potem znikła.

Krótko po wojnie rosyjskie wojsko okupacyjne, które stacjonowało w rybnickim lesie pomiędzy dzielnicami Paruszowiec a Kamień, pomagało w utrzymaniu porządku i rozminowywaniu miasta. Ich głównym celem był jednak rabunek wszystkiego, co im się przydało czy spodobało. Łup wojenny wywozili do matuszki Rosji. Jeden z wielu transportów wyruszył z rybnickiego rynku. Oprócz maszyn, bielizny, szaf, łyżek, misek, zegarów i porcelany znalazł się w nim pokaźny skład amunicji. Czy sołdaci odpowiednio zabezpieczyli transport? Jak się okazało — nie. Na pewno byli pijani, bo przecież ciągle byli, ot sołdacka dola. Ciężarówka ZiS-5 z ogromną prędkością wypadła z drogi i uderzyła w dom na skrzyżowaniu ulic Raciborskiej i Dworek. Ładunek przesunął się, szafa upadła na zegar, zegar trącił zapalnik. Eksplozja rozerwała ciężarówkę, łup, sołdatów i narożny dom wraz z zakładem krawieckim. Dom długo leżał w zgliszczach, w końcu resztki gruzowiska rozebrano i uprzątnięto, żeby na jego miejscu utworzyć skwer z ławkami. Wkrótce postawiono tam kiosk, w którym pani Drabiniok latem sprzedawała lody. Śmieszna rzecz: gdy odbierała pieniądze, wąsko składała wargi i wydmuchiwała odrobinę powietrza, jakby puszczała niewidoczne bańki, wydając przy tym ciche: pyk, pyk. Krawiec Antoni otworzył nowy zakład przy ulicy Marchlewskiego, naprzeciw bramy kościelnej. Po wojnie specjalizował się w reperowaniu i przenicowywaniu znoszonych ubrań. Z czasem kupił nowe maszyny i materiały, zatrudnił kilku czeladników i szył ubrania, ale jego warsztat słynął z tego, że właściciel hodował w nim kanarki, w wolnych chwilach rozmawiał z nimi, gwiżdżąc. Wiele lat później w krawieckiej wolierze zamieszkał nawet niebieski kanarek.

W tym czasie Alfred i Wera zajmowali się sobą, nadrabiając utracony czas. Odmłodnieli i korzystali z tej młodości. Nie wyglądali za okno, mało jedli, niewiele spali, choć czas spędzali głównie w sypialni. Anomalia, pęknięcie sfery niebieskiej, na krótko wykroczyła poza ich kamienicę. Jeszcze długo w różnych zakątkach miasta i na polach odkrywano skutki tego zjawiska: doskonale wycięty pas dojrzałych słoneczników górujący pośród innych, dopiero co kiełkujących; równy pas łanów dojrzałego żyta i pszenicy, falujący na wiosennym wietrze; rachitycznie poskręcane, szare, uschłe i przekwitłe pędy rzepaku, samotnie oczekujące na letni zbiór. Przed starą willą na ulicy Dworek przekwitłe kwiaty na rabatach, a tuż obok świeże pąki tych samych. Komuś ukradziono pszczoły z ula, komuś wodę i wszystkie ryby ze stawu, a ktoś inny znalazł martwą krowę. Było jeszcze wiele innych dziwów, które krótko po wojnie nikogo specjalnie nie zaskakiwały. Tymczasem w kamienicy czas systematycznie acz nieregularnie się cofał. Zakres działania magicznego zegara trudno zrozumieć, a tym bardziej wyjaśnić. Inni ludzie, mieszkańcy i goście, którzy przewijali się przez kamienicę jak w kalejdoskopie, nie zdawali sobie sprawy z zachodzących zmian, w jakiś sposób one ich nie dotyczyły. Pojawiali się i znikali jak rekwizyty, jak relikty wracającej historii i przemijali razem z nią. Ich życie szło do przodu, a czas biologiczny Alfreda, Wery, kamienicy i co najwyżej kilku dotkniętych anomalią zwierząt zawracał.

Poczucie upływu czasu wynika z obserwacji rozciągłości zdarzeń. Z tego doświadczenia pochodzi świadomość przemijania. Kochankowie doświadczali czegoś zupełnie innego, czas rwał się skokowo i niespodzianie cofał fragmentami, po czym wracał do regularnego biegu. Skoki obejmowały coraz dłuższe okresy i coraz częściej pojawiały się po nich nieprawidłowości i odchylenia.

Krzysztof Wacławiec (ur. w 1971 r.) — pisarz. Mieszka w Rybniku. Publikował m.in. w: „Czasie Literatury”, „e-eleWatorze”, „eleWatorze”, „Epea”, „Polu”, „Stronie Czynnej”, „Tekstualiach” i „Twórczości”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści