KRZYSZTOF WACŁAWIEC
Osiem dni w jedną ponurą noc [fragment 6]
6
Światło księżyca, lekko przymglone, lekko zielone, zaczarowane w mrozowe kwiaty malowane na pofałdowanej szybie, wpadło do sypialni i zostało na deskach podłogi. Z czasem powędrowało wyżej, zaczepiając o lustro toaletki stojącej przy oknie, refleksem odbiło się od niego i całkiem już osłabione zagasło w hebanowej komodzie. Później podeszło bliżej łóżka, zaczepiło o prześcieradło i wspięło wyżej, na pościel, w którą srebrzyściebiało wniknęło. Wera oderwała usta od ust Alfreda. Wciągnęła powietrze przez nos, odchylając głowę, cicho jęknęła. Lepki oddech ogrzewał usta. Rozkosz przebiła ją na wskroś i wstrząsnęła ciałem. „Że też nie można trwać tak wiecznie. Wiecznie nienasyconym, zawsze młodym, we dwoje skrytym w tym domu przed światem, zapomnianym przez boga i ludzi”. Myśleli o tym samym, w półśnie, w rozterce i oczekiwaniu na to, co przeczuwali, że wkrótce musi nastąpić.
— Twoje wąsy są jakieś miększe — zauważyła.
— Jestem coraz młodszy — wymamrotał.
— Niepokoi mnie to wszystko — odpowiedziała Wera, zerwała się i usiadła na skraju łóżka.
— Mnie też — westchnął i otworzył oczy. — Im bliżej końca, tym bardziej.
— Jutro pójdę kupić sobie kapelusz — oznajmiła stanowczo. — Nie mam żadnego, a muszę jakoś wyglądać.
— Nie będzie ci potrzebny. Jutro, najdalej pojutrze, wszystko się skończy. Zresztą lepiej, żebyś nie wychodziła.
Podeszła do okna, wskazała na witrynę sklepu kapeluszniczego przy Marchlewskiego.
— Ten czerwony mi się podoba.
Alfred zarzucił jej szlafrok na ramiona.
— To nie problem. Kupię ci.
— Uda nam się?
— Nie wiem.
— Co cię martwi? No wyduś to z siebie.
— Co ci mam powiedzieć? — Zasępił się. Milcząco przyciągnął ją do siebie, wtulił się w jej miękkie ciało i wyszeptał: — Mamy siebie. To i tak wiele.
Rankiem Alfred obudził się jako kilkunastoletni chłopiec. Mimo że jego ciało cofnęło się w latach, umysł pozostał dojrzały. Nawet ta odmiana nie mogła zaskoczyć starego, przygotowanego na wszystko człowieka. A jednak, gdy podniósł się z łóżka, omal nie upadł na podłogę. Werwa, z jaką się poderwał, zdumiała go i ucieszyła. Stanął na równe nogi, na baczność, i podskoczył kilka razy w miejscu, sprężyście jak źrebak. Pobiegł do kuchni. Przy stole siedziała Wera. Wesoło skoczył ku niej, uśmiechnął się i dopiero teraz zauważył różnicę wieku. Jego radość opadła. Była od niego starsza o dobrych siedem lat. Teraz była nastoletnią panną, a on dzieckiem. Jednak młodzi ciałem, byli starcami i nie mogli tego przed sobą ukryć. „Wpadliśmy w pułapkę. Co ja najlepszego narobiłem?”, pomyślał Alfred.
— Jesteś dzieckiem — zauważyła zaskoczona. — Czemu jesteś młodszy ode mnie?
Alfred nie odpowiedział.
— Zbyt często wychodziłam… Czy to dlatego? — próbowała odgadnąć jego myśl.
Usiadł za stołem naprzeciw niej, wziął kanapkę i ze smakiem ugryzł. „Choćby tylko dlatego było warto, dla tej kanapki i dla tych pięciu upojnych nocy, pomyślał i napił się ze szklanki. Dla tej herbaty i zwariowanej podróży w czasie. Warto było!”.
— Smakuje ci. — Chwyciła go za rękę, gdy odstawiał szklankę.
— Dziękuję… — odparł, a rękę cofnął. Popatrzyli po sobie. — Pojutrze o tej porze wszystko się okaże. Tymczasem cieszmy się życiem.
— Tak — odrzekła.
— Cieszmy się sobą — powiedział dziecięcym głosem.
— Tak. Ale, w środku… — przerwała, a cierpki grymas przebiegł po jej twarzy. — Jestem stara, jak mam się cieszyć?
Kęs kanapki urósł mu w ustach, przepełniła go gorycz: „Znalazł się drugi Twardowski, zakpił w myślach. Tak się kończą igraszki z diabłem”. Przełknął z trudem i uśmiechnął się kwaśno, a znalazłszy przygnębienie w wyrazie jej twarzy, wykrzyknął, udając niski głos:
— Kupię ci ten czerwony kapelusz! Zrobię ci prezent. Pieniędzy mamy dosyć! Pójdziemy razem, ty kupisz, bo ja… — Wstał zza stołu, wyprężył się i zwrócił ku sobie dłonie w rewiowym geście. — Widzisz, jak ja wyglądam? Dziecku nie sprzedadzą kapelusza. Ale czekaj, jak ja w ogóle pójdę do ludzi? Nie mam co na siebie włożyć, te stare rzeczy, które wczoraj zdjąłem, są za duże. Te gacie i podkoszulka są jak od starszego, duuużo starszego brata. — Naciągnął gumę w kalesonach.
Wybuchła śmiechem. „To zawsze działa, pomyślał. Trzeba zmusić się do radości, choćby nie wiem co, trzeba być wesołym”, śmiał się razem z nią.
— Chodźmy! Chcę stąd wyjść, dłużej tu nie wytrzymam — wyrzekła.
— Chodźmy i niech się dzieje, co chce! — zawtórował łamanym głosem. — Nie martw się, jesteś piękna, coraz piękniejsza.
— Co ja mam z tobą zrobić, ty mój mały, stary komiku?
— Teraz to już niczego nie rozumiem. — Zrobił minę mędrca. — A może jakimś dziwnym trafem to wszystko jednak się uda? — Uśmiechnął się do niej zachęcająco. — Znów jesteś młoda i piękna.
W sercu Wery już na dobre zagościł niepokój. Gdy Alfred był mężczyzną, czuła w nim oparcie, gdy zmienił się w chłopca, łuski z oczu opadły. Tłumiona obawa wyszła z ukrycia, rozejrzała się wyniośle i szyderczo obnażyła jej nadzieję.
— A jeśli łudzimy się? — zapytała. — Jeśli niechcący wywołałeś coś, czego byśmy nie chcieli?
— O czym ty mówisz?
— Jeśli zostaniemy przeklęci?
— Strachy na lachy — kwęknął piskliwie jak dziecko. Spoważniał i po dłuższym namyśle wyjaśnił: — Świat tak nie funkcjonuje, nie ma czegoś takiego jak przeklęci. Wszystko działa w ściśle powiązanych zależnościach, według określonych zasad. Znam je, panuję nad nimi, wszystko idzie… Wszystko szło po mojej myśli. Ale to drobne odchylenie. — Spuścił wzrok i po chwili dodał: — W jednym tylko się pomyliłem.
— W czym?
— No, właśnie w tym. — Rozejrzał się dookoła, jakby próbując znaleźć coś konkretnego.
— Nie rozumiem.
— Tego jednego nie mogłem przewidzieć. Obudziłem chaos. Wielką dziurę, w której, jak w kotle, wszystko się miesza bez ładu i składu. — W głowie zabłysły dziesiątki myśli. — Czas można cofnąć… Da się przywrócić nawet nieżyjące stworzenia. Ale, ale… Jeśli się to raz ruszy, to wszystko dzieje się nieprzewidywalnie i coraz dalej od zamiarów. — Spojrzał na nią. — Im dalej w las, tym ciemniej. Rozumiesz?
Pokręciła głową. Zatopił wzrok w talerzyku na stole, policzył okruszki chleba, ocenił kształty tłustych śladów po mortadeli i mówił dalej:
— A jeśli się coś spełni, to na chwilę, i zawsze nie do końca tak, jakby się chciało! — W dziecięcych ustach słowa te zabrzmiały zabawnie. Spojrzał jej w oczy, ściszył głos. — Nic nie muszę ci tłumaczyć. Wszystko dobrze rozumiesz, wystarczy, że spojrzysz za okno i już wiesz. Tu, w domu, wszystko pozornie wygląda w porządku, ale na zewnątrz panuje galimatias. Nie uwzględniłem nas. — Spojrzała na niego zaciekawiona, powtórzył: — Nie uwzględniłem nas jako zmiennych. Im bardziej zaznaczamy, ty i ja, swoją obecność, tym więcej przypadkowości w procesie. Raz uruchomiony zegar biegnie równomiernie do tyłu, ale we wszystkim coraz więcej jest przypadkowości, a im dalej, tym gorzej. Postęp odwracania czasu wykrzywia się i wypacza wprost proporcjonalnie do odległości od centrum, to jest od zegara, i staje się coraz mniej stabilny. A im dłużej to trwa, tym gorzej. Wszystko się sypie jak zamek z kart.
— Może teraz też się mylisz — powiedziała, próbując go uspokoić. — Zmieniłeś się, jesteś niecierpliwy, chcesz wszystkiego od razu, może stąd to zwątpienie?
Wstał i wolno podszedł do okna.
— Nie mylę się. Tego nie przewidziałem, w sumie tego nie mogłem przewidzieć!
— Jesteśmy dodatkowymi zmiennymi w układzie zamkniętym, wcześniej przez ciebie nieuwzględnionymi. Czy dobrze rozumiem? — zapytała.
— Tak. Nie da się przewidzieć przebiegu tego procesu. Biologia na to nie pozwala — wyrzucił z siebie. — Raz uruchomiona, pączkuje w nieregularny sposób. Życie nie może wykluć się na nowo. A jeśli nawet jakimś przypadkiem tak, to jak niby miałoby się to spełnić, skoro nasze matki już nie żyją?
— Musisz to przerwać! Bo wyjdzie z tego jakaś poczwara! — Wstała i odeszła od stołu.
— Teraz już nie mogę, samo się musi skończyć, wypełnić w z góry ustalonym rytmie… Będzie, co będzie. A teraz chodźmy stąd. Już nie mogę tu wysiedzieć, chciałbym wreszcie wyjść na powietrze!
— Zatrzymaj to już — poprosiła go jeszcze raz. — Przecież jesteśmy razem, możemy już teraz żyć z sobą, aż do śmierci.
— Jeszcze nie mogę, póki on gdzieś tam jeszcze jest, to o niego chodzi, to on nas rozdzielił i gdy się zjawi, spróbuje jeszcze raz. Musimy go…
— Już to raz zrobiłam.
— Tak, wiem. A potem poszłaś do więzienia. Posłuchaj, musimy doprowadzić to do końca. Inaczej wszystko weźmie w łeb.
Krzysztof Wacławiec (ur. w 1971 r.) — pisarz. Mieszka w Rybniku. Publikował m.in. w: „Czasie Literatury”, „e-eleWatorze”, „eleWatorze”, „Epea”, „Polu”, „Stronie Czynnej”, „Tekstualiach” i „Twórczości”.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved