Skip to content

MACIEJ KOWALSKI

wycinki dziennika. 6 [Białystok 2025]


14 września

Poszedłem spać ok. godz. 2.30. Obudziłem się samodzielnie o godz. 8.39. Dwie senne wizje. W pierwszej chodzę szeroką, zieloną i spokojną ulicą z nowym, rodzinnym budownictwem. Szukam kobiety, która prawdopodobnie znęcała się nad psem. Widzę go w drzwiach jakiejś opuszczonej rudery. W drugiej zablurowanej marze stoję przed R. On mówi, że znowu się tak zachowałem.

Przed godz. 9 zaczynam kąpiel. Wyjątkowo Sommer u Pytla, bo nie ma nic ciekawego. Po myciu jem jeszcze śniadanie — parówki, bułeczka i reszta pomidora. Specjalnie do dwóch posiłków wczoraj włączyłem mikrofalówkę. Lekka spina, ale wszystko robię na czas. Plus jeszcze wynoszę śmieci. Pogoda deszczowa, ale nie kropi jakoś szczególnie. W Żabce kupuję litrową Muszyniankę. Okolice godz. 11.21. Szczęście! Akurat, jak schodzę na dół, podjeżdża autobus! Podjadę sobie zatem i będę wcześniej. Pada.

Mój pociąg Podlasiak będzie o godz. 11.36. Odjeżdża z toru 2., na peronie 2. Cały czas trwa remont. Zrobili już podziemne przejście! Nie było tu do tej pory czegoś takiego. Zjadam wszystko, co przygotowane: dwie duże bułki z majonezem, szynką i papryką, jedno jabłko (wzięte z pracy; drugie, kupione, też wziąłem, najwyżej zjem na miejscu), jeden banan, jogurt skyr z granolą. Ten ostatni zjadam tuż przed godz. 19. Wody tylko kilkanaście łyków, aby odsunąć perspektywę toalety, choć i tak raz idę. 40 stron: 20 Marka Słyka i 20 Samanthy Harvey. Jedna krzyżówka. Do Warszawy Głównej siedzę (okno nr 25) obok postawnego mężczyzny. Wiek tak do 29 lat. Twarz pełna, choć jeszcze młoda i bez zarostu. Czarna koszulka, szara bluza, schludne dżinsy, krótka fryzura. Mięśnie, opalone ramiona, gładkie dłonie. Podobny do S.W. Za Warszawą stopniowo zaczyna trochę padać. Mamy godzinę opóźnienia!

Dojeżdżam zatem do Białegostoku tuż przed godz. 20. Pada, przed dworcem, przy Kolejowej, taksówki, ale rezygnuję, bo zobaczę, może pójdę pieszo. Dużo lamp, świateł, ruch uliczny, samochodowy, normalna aura metropolii wieczorem. Dochodzę do zbiegu ulic św. Rocha oraz Bohaterów Monte Cassino. Zachodzę do Żabki, ale nie znajduję swojego „ślepaka”. Idę Poleską. Przechodzę przejściem pod wiaduktem Dąbrowskiego. Trasa: Poleska — Botaniczna — Poleska — Bohaterów Getta — Poleska — Włókiennicza — Poleska — Rondo św. Faustyny. To tutaj. Skręcam w prawo. Dochodzę do przystanku, gdzie chwilę odpoczywam i znów analizuję mapę. Obok mnie siedzi dwóch fajnych, nastoletnich Ukraińców. Coś pokazują na telefonie. Po chwili jednak odchodzą. Muszę wrócić.

Hotel znajduje się na rogu. Cały czas pada. W części jadalnej ciemno. Budynek wygląda na opuszczony. Nastrój jak w horrorze. Nawet pogoda pasuje. Zamknięte. Na drzwiach kartka z kontaktem. Dzwonię. Pan daje mi kod, więc wchodzę przynajmniej do ciepłego, suchego pomieszczenia. Tam bezobsługowa recepcja w postaci monitora z niebieskim ekranem. Można przebierać w językach. Do wyboru m.in. niemiecki, duński, czeski i hiszpański. Trzeba wpisać kolejny kod. Tym razem z Bookinga. Telefon. Wszystko cyfrowo. Na koniec jeszcze muszę złożyć interaktywnie podpis! Automat wypluwa dwa paragony z prawej strony (jeden poświadczający o zapłacie na terminalu, drugi informacyjny, witający), a z lewej wysuwa kartę do pokoju. Mam nr 4. Kosmiczne!

Przenoszę się do hotelu. Znów chwilowe zamieszanie, bo wpisuję kod, ten co na początku, ale nie działa. Zmieniam na numer pokoju i przytykam kartę. Wchodzę! W środku oldskulowo (najluźniejsza konotacja nasuwa coś pomiędzy Agathą Christie a Dołęgą-Mostowiczem). Schody w spiralę. Nawet też trzeszczące. Trochę obrazów na ścianach. Tutaj są pokoje 1-9, ale zauważam, że nie ma 6. Wietrzę. Rzeczywiście grzeje stęchlizną (tak jak było — w komentarzu).

Gaszę światło i siedzę po ciemku, rozkraczony, wtulony w wygodny, miękki fotel. Przeglądam to, co w telefonie i popijam wodę, której butelkę wyjąłem z pokojowej lodówki, na dole, w szafie. Nalałem płyn do eleganckiego, stosunkowo dużego kieliszka, przygotowanego razem z filiżankami do herbaty. Uzupełniam dziennik. Włączam telewizor. Najpierw World War Z, Teściowie i Johnny Wick. Dobra scena z pobiciem syna. Leci. Oglądam bez większej uwagi. Jem kupioną wczoraj gumę Donald. Historyjka na lodzie. Sentymenty (także te na poziomie społecznym) są opłacalne. Piję też jeden cykl herbat (trzy). Wyjątkowo pozwalam sobie ją posłodzić. Wsypuję trochę cukru. Dla smaku. Kran ze złota! Drzwi rozsuwane jak rolety. Braun dzisiaj nad Jelenim Stawem w Kijewie!! Co tam robił? Już mam wszystko wyłączać, ale niestety coś mnie podkusiło i uruchamiam TV ponownie (niby na przekór schematowi). Znajduję na dwójce Teorię wszystkiego, co przedłuża moją aktywność do ok. 1.15.


15 września

Budzę się o godz. 7.15, czyli ok. 6 h snu. Biorę Broncho-Vaxom i szykuję się na śniadanie. Po raz pierwszy widzę człowieka na terenie obiektu! To kierowniczka/właścicielka/osoba decyzyjna. Pyta mnie o numer pokoju. Łapię się na półotwarte drzwi.

Śniadanie to bufet szwedzki, ale dużo skromniejszy niż w Gdańsku. Nie wspominając o Campanile w Wawie. Gdy wparowuję ok. trzy minuty przed ósmą, jest tylko jedna starsza para, która chwilę później wychodzi. Siedzę sam. Do momentu, gdy przybywa jakaś ukraińska rodzina (kobieta, babcia i córka, małoletnia, wlepiona w tel.). Drobne zamieszanie, bo opłacają posiłek (myślały, że jest w cenie noclegu). Trzymam się do 10., czyli do końca. Na początek biorę owocową herbatę w filiżance i z umiarkowanym zaciekawieniem lustruję wnętrze. Nie przygniata rozmiarami. Kilka stolików. Każdy elegancko udekorowany kwiatami i dopełniony kolorowymi, usztywnionymi siedziskami. W rogu wielocalowy, płaski telewizor. Zabytkowe meble, zegar ze złoconą tarczą, walizki — z wyglądu żywcem wyjęte z opowieści o repatriantach lub filmów o szabrownictwie. Na ścianie certyfikat jakości. Lustra. Zasuszone hortensje w szklanym wazonie i ludowe malowidła na ścianach. Trochę wędlin i serów na drewnianych podstawkach, sałatek, jaj na twardo, sałaty, past, dżemów, płatków musli, pieczywa, jabłek i jedno danie na ciepło. Przycupnąłem tuż przy dużym oknie z widokiem na ulicę. Sznur aut — budzi się życie dnia. Nieco bliżej czarne, rozłożyste parasole z napisem Pepsi. Popijam, podpatrując przy tym ten złowrogi pejzaż. Biorę trzy paróweczki (te grubsze), dwa jajka, plastry pomidora i ogórka (rozłożone na dwa talerze, co najmniej). Oprócz herbaty piję jeszcze trzy filiżanki kawy (w tym dwie latte). Biorę do tego słodką, podłużną bułeczkę na talerzyk.

Po powrocie do pokoju odpoczywam i słucham wczorajszego Saloniku Politycznego. Piję jeszcze. Wychodzę tuż przed godz. 12. Inicjacja.

Zapoznawczy spacer po tej zachciance Witolda. Oddycham głęboko. Pierwsze, co przykuwa mój wzrok, to walnięty na całą elewację fragment „Wiecznika Białostockiego”. A w nim rozmowy między Komitetem Centralnym i Radą Żołnierską oraz przekazanie Piłsudskiemu pieczy nad państwem przez Radę Regencyjną. Szkoda, że Kakowski, Ostrowski i Lubomirski nie są tak eksponowani w edukacji. Najbardziej jednak interesujący wydaje się napis w prawym, dolnym skraju: „Tania, a mimo to doskonała — jest pasta do zębów”. Krok mój nieśpieszny. Jurowiecka — Sienkiewicza. Dochodzę do Rynku Kościuszki. Surowy wzrok marszałka góruje nad innymi i bacznie spogląda, czy wszyscy na tej historycznej (czyli ważnej) przecież arterii „zachowują się jak trzeba”. Zupełnie inaczej niż rozmodlony ksiądz Jerzy, który ze spuszczoną głową nie widzi, co się wokół niego dzieje. Tylko kwiaty (i dwa znicze). Nie wiem, czy to stosowne, ale robię zdjęcia. Stamtąd idę od razu do Pałacu Branickich. Dzisiaj dużo mundurowych na terenie obiektu, ale można wejść. Wenecki dziedziniec.

Przechodzę obok dawnej siedziby NKWD ([auto]przypomnienie: perypetie Franciszki Ramotowskiej). Mickiewiczem do Galerii Alfa. Przy okazji obchodzę ją w środku i załatwiam się w toalecie. Ciekawe połączenie przeszłości z przyszłością: beckerowskiej cegły ze szklaną bryłą i zwycięską pozą Merkura. Następnie planty i bulwar Kościałkowskiego. Łapię się na willę Nowakowskiego (oraz pomnik, teraz za kratą), a także pałac od strony ogrodu i pawilonu chińskiego. Stamtąd dochodzę do Kawelina, z rodziawioną, jak u żaby, paszczą. Potem Skłodowskiej-Curie i w prawo na plac Zrzeszenia NSZ. Tutaj Pomnik Teatralny (w postaci grozy uniwersalnej, czyli maski — domeny nie tylko tej wynędzniałej sztuki, ale również wszelkich pozorów i skrywanych lęków; na szczycie małoletni król kukiełek, tzn. przechodzących i krzyżujących swoje drogi z Jego rzeźbionym spojrzeniem; tuż obok, zupełnie jak Koloseum, stoją auta) i Bohaterów Ziemi Białostockiej (który skrzy się pięknie na ogrzanym od chwały wzniesieniu niczym kościół na zapadłej wsi). Do tego ostatniego podchodzę bliżej, na parę chwil. Robię zdjęcia i sonduję okolicę. Bardzo dobra pogoda. Ciepło, słonecznie. Potem Lipową, do Kościoła św. Rocha. Urzekający (i jakże inny od pozostałych świątyń). A jak Roch, to od razu kamienica Moesa. Niedaleko już dworzec. Szedłem tam wczoraj wieczorem. Chwila refleksji, co dalej. Wracam. Lustruję oszczędną wystawę Lasów Państwowych. Wszystko ma swoją historię. Zaszedłem do antykwariatu oraz księgarni, ale nic nie kupiłem.

Obiad w barze Merino na Grochowej 6. Nie ma już zestawu dnia. Biorę barszcz ukraiński, ziemniaki (uformowane gałkownicą; pani sama z siebie nie daje koperku!), mielonego i białą kapustę. Plus kompot. 32 zł. Godz. 15.31, przy kasie. Po posiłku, który kończę tuż przed 16., druga część spaceru.

Idę Klemensa Branickiego (mundurowych coraz więcej przy pałacu; w pobliżu oglądam też kolorową mapkę metropolii) na Dojlidy, gdzie jest dużo starej, przedwojennej zabudowy drewnianej. Przy jednej z takich chatek widzę stosunkowo nowy samochód osobowy. Mam wrażenie, że oddalając się od centrum, jednocześnie porzucam czas. Teraźniejszość traci swoje niewidzialne kontury. Mój spacer spowalnia, ale wszelkie didaskalia dramatu (pod postacią choćby wozu konnego z posępnym woźnicą, czy lichej, nie zaś markowej, odzieży, kresowych naleciałości, dominujących w powietrzu zamiast wtrętów z angielszczyzny) nie materializują się. Wyjście poza przyjęty i już ukształtowany tempus jest zatem niepełne. Tylko te domy i zieleń nieco przerzedzona. Przesadzona pod wpływem planów rozwojowych miasta. Karty z Pokémonami. Wymieniam się nimi w szkole. Z innymi chłopcami, którzy je zbierają. Szacuję moc każdego. Przed i po transformacji. Bez potyczek. Mam kilkanaście lat. Głos Pawła Tucholskiego, który ma barwę dzieciństwa. Niech dźwięki płynącej wody opuszczą moje serce i myśli.

Dochodzę do pałacyku Hosbacha. Podziwiam majestacik zza ogrodzenia. Ochrona z drzew, ale fotografię da się zrobić. Teraz jest tutaj coś innego. Stamtąd, ulicą bardzo już niemiejską, cichą, mimo wjazdowych dróg, Suchowolca i parkiem Lubomirskich z prawej strony, do Kościoła NSM (przedostaję się na chwileczkę na teren parafii, podziwiam w milczeniu wieżę, od strony chodnika niknącą za rozłożystą koroną drzewa i czytam epitafia, poświęcone Suchowolcowi, Zychowi i Niedzielakowi) oraz Cerkwi Proroka Eliasza. Wokół świątyni cmentarz. Wchodzę przez otwartą bramkę i zbliżam się do sakrum. Robię jej/mu zdjęcie. Słońce. Pogoda (w tej chwili) jest nieustannie dobra. Czy wiesz, że: wyświęcenie powyższej cerkwi nastąpiło 1 sierpnia 1970 roku? 26 lat po Powstaniu Warszawskim i niespełna 5 miesięcy przed obaleniem Gomułki. Jestem już bardzo daleko od centrum. Szturcha mnie drobne zagubienie. Mam nadzieję, że nie padnę w tym miejscu na udar. Kontynuuję marsz ul. czerwonego harcerza Jacka Kuronia (spoglądam na ul. Proroka Eliasza, gdzie widzę pojedynczy blok mieszkalny, wyglądający na stary, przed nim zaś kłębią się przy klatkach ludzie, zwłaszcza dzieci, w tym chłopcy; podniecenie związane z takimi opuszczonymi, samotnymi miejscami, przypominającymi biedę). Idę nią długo (obok m.in. Browaru) aż do Mickiewicza. Skręcam w prawo.

Przechodzę obok imponujących budynków Sądu Rejonowego oraz Archiwum Państwowego. Przed bogatymi wejściami obu powiewają polskie flagi. Potem równolegle z dwójką i przez skrzyżowanie ruskiego Ciołkowskiego. Przy ul. św. Pio skręcam w Podleśną. Obchodzę z lewego brzegu milczące Stawy Mickiewicza (drewniane pomościki, roślinne atole), a kawałek dalej podchodzę do ZOO Akcent, które jest już zamknięte, bo do 18. Dochodzę do szkoły muzycznej (chyba ojciec prowadzi dziecko ze sprzętem), filharmonii i Pomnika Katyńskiego. Stamtąd Skłodowskiej (z małym wypadem pod pomnik Siedzikówny „Inki”, który jest bardzo ładny i poetycki: kruche, dziewczęce ciało sanitariuszki z przepaską biało-czerwoną, pełne dziur, jakby ran wojennych, jątrzących nastoletnią duszę; piękne i smutne jednocześnie, a to przecież najwznioślejsze połączenie dla tematu egzystencji). Potem Legionową i Sienkiewicza.

Rynek Kościuszki. Na chwilę do sklepu z pamiątkami, ale póki co, nic nie kupuję. Już ciemnawo. Lampy przejmują rolę po świetle dnia. Na koniec zachodzę do Galerii Jurowiecka. Wykorzystuję okazję, że w galeriach jest darmowa toaleta. Robię rozpoznanie, jak to wygląda wewnątrz. Punkt Inmedio, gdzie mogę zorganizować prasówkę, np. jutro. I empik, gdzie również wstępuję. Jeszcze Żabka na Jurowieckiej 22. Kupuję dwa piwa bez alkoholu (muszę się oszczędzać), paczkę migdałów oraz paluszków sezamowych na wieczór. 20,99 zł. Godz. 19.52. Po 20 jestem w domu. Mój dzisiejszy spacer to łącznie ok. 7,5 h. Odpoczywam, padnięty. W telewizji Niezniszczalni 2 z van Dammem. Oglądam fragment. Scena zasadzki z Chuckiem Norrisem, autoironiczna. Też chyba niedługo odejdzie. 20 stron lektury — po 10 Słyk i Harvey. Moje spostrzeżenia na temat życia miasta: dużo sex shopów, mało sygnalizacji świetlnych na pasach dla pieszych, zielone przystanki z kwietnikami i bluszczem, szerokie, przestrzenne ulice i zupełny brak biletomatów. A tak to schludne, czyste miasto. Idę spać ciuteńkę wcześniej, ale nie włączam laptopa.

Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) – doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści