PAWEŁ ALBO POCZYTALION
Kwiecień ‘26
1.
Przyznam szczerze, sięgałem po tę książkę nie bez oporów. Do czego przyczyniła się jeszcze prowokująca, „śliczna” okładka. Obaj chłopcy — „Zośka” i „Rudy” — siedzą na niej obok siebie na tle czerwono-różowym. Co sprawia wrażenie, jakby biały kolor z polskiej flagi zastąpiono różem właśnie. A wiadomo, z czym się róż kojarzy, gdy mowa o międzyludzkich relacjach.
No tak, pomyślałem sobie, patrząc na te okładkowe wizerunki bohaterów Kamieni na szaniec — ikonicznych postaci polskiego mitu walki o niepodległość — Kornelia Sobczak poszła na ostro. I nie tylko nie kryje, co jest jej książki tematem i myślą przewodnią, ale już na wstępie macha nam nimi przed oczami niby różową płachtą. Wiadomo: teza, iż wielka przyjaźń „Zośki” — Tadeusza Zawadzkiego — i „Rudego” — Janka Bytnara — podszyta była homoseksualną miłością, budzi irytację i sprzeciw. Co wiadomo od czasu, gdy podniosła tę sprawę — w roku 2013 — Elżbieta Janicka, pierwsza autorka tezy, iż legendarni konspiratorzy byli gejami. Podniósł się wówczas wielki hałas. Protestowali nawet ci, którzy są wobec homoerotyzmu tolerancyjni czy życzliwi. Po czym sprawa na wiele lat ucichła.
Sięgając po książkę autorki nie kryjącej swoich feministycznych poglądów, a i homoerotycznych wyborów życiowych, spodziewałem się więc, że Sobczak będzie mnie wkurzać nie mniej niż Janicka, a może i bardziej, jeśli do tematu wraca. Po to zapewne, by iść w zaparte i bronić koncepcji swojej poprzedniczki.
Proponowany przez genderowe autorki dyskurs od początku wydawał mi się zresztą grubym nadużyciem. Nie tyle nawet „szarganiem świętości” (które akurat lubię, bo takie szarganie przyczynia się do zdarcia pomnikowej patyny z ludzi prawdziwie, naturalnie pięknych), ile szachrajskim naciąganiem, biciem piany. Szkodliwym nie tyle dla samego mitu, ile dla powagi tematu, jakim jest — mówiąc ogólnie — wojenne bohaterstwo pokolenia Kolumbów.
Zaczynałem więc lekturę ostrożnie, z lekka najeżony, ale kontynuowałem ją z rosnącą ciekawością. Zwłaszcza że swoją walkę o nowe spojrzenie na „te sprawy” zaczyna Sobczak od podniesienia przyłbicy. Tu pozwolę sobie na dłuższy cytat: „»No i co, b y l i czy nie…?« — to pytanie zadawano mi chyba najczęściej, kiedy mówiłam, że piszę o Kamieniach na szaniec. Tylko niekiedy pytano naiwnie, w oczekiwaniu, że udzielę jednoznacznej, twierdzącej lub przeczącej odpowiedzi. (…) W większości przypadków było to jednak pytanie podchwytliwe: jak sobie poradzę z tym skomplikowanym tematem? Czy nie wpadnę w pułapkę anachronizmu (…) lub prezentyzmu, czyli rzutowania dzisiejszych pojęć (jak na przykład »homoseksualność«) na przeszłą rzeczywistość, w której one nie istniały, albo nie były powszechnie używane. (…) A może z brawurą podniosę tęczowy sztandar i zatknę go na narodowym pomniku?”.
Uczciwe postawienie sprawy. A i trafne rozpoznanie pola bitwy.
Jaki zaś owej bitwy wynik? Cóż, nie ze wszystkim chyba udało się autorce „poradzić”. Można się na przykład zastanowić, czy faktycznie nie popada czasem w anachronizmy. Jak zresztą wielu jej podobnych, próbujących o ludziach sprzed lat pisać z dzisiejszej perspektywy. Znane są choćby „homo” zakusy na Chopina. Bo listy do serdecznego przyjaciela nie raz kończył słowami, że „całuje go w usta”. No cóż, afektacja to dość typowa dla tamtej epoki. A Frycek kochał kobiety.
Sobczak na szczęście nie jest genderową fanatyczką. I nawet kiedy stawia swoje tezy, ustosunkowuje się zawsze do uświadamianych przez siebie samą ograniczeń, a na twardo stawiane pytania udziela wprawdzie odpowiedzi zgodnych z własnym przekonaniem, ale pozostawia na ogół miejsce dla wątpliwości i tez alternatywnych. Nie fascynuje się też seksualną kwestią związku „Zośki” i „Rudego” — a nawet odrzuca zbyt intymne rozważania na ten temat — koncentrując się na tym, co nienazwane, ukryte, podświadome, a szerzej: kulturowe i obyczajowe.
Nie jest to więc opowieść w modnym dziś stylu „geystory” — ukazana na typowo męskim tle — kiedy to namiętnie się ściskają kowboje albo hokeiści — już raczej śmiała, lecz subtelna analiza psychologiczna. Zapis relacji między dwoma młodymi ludźmi, bliskimi sobie bardzo, rzec więc można, że na swój sposób (właśnie: bardzo swój, ale i typowy w tamtym czasie, romantyczno-heroicznym) wzajem w sobie zakochanymi. Zapis bez wykrzykników oraz kropek nad „i”, z wieloma za to przecinkami, pauzami, znakami zapytania. Dowodzący, że sprowadzanie miłości do erotyki — a jakże często dziś utożsamianej z seksem jedynie — to trywializacja. Zubożanie złożonego i mocnego, a kruchego zarazem uczucia.
Pisze więc Sobczak o swoich wrażliwych, skomplikowanych wewnętrznie bohaterach z wrażliwością właśnie i zrozumieniem dla owych komplikacji. Co zaś ważne, nie odbiera im przy tym niczego z ich męstwa, dzielności i determinacji, z jakimi wykonywali konspiracyjne zadania. Chociaż zwraca uwagę, iż pojęcie „męstwa” — wpisane w samo słowo — zawłaszczone zostało w naszej kulturze przez mężczyzn. A co z kobietami, pyta, co z dziewczynami z Kamieni na szaniec?
Jej książka jest zresztą czymś więcej niż historią dwóch przywołanych w tytule bohaterów. Zapowiada to już podtytuł, mówiący, że to opowieść O miłości, przyjaźni i Polsce. Właśnie w takiej kolejności, ale też z przenikaniem się owych haseł, jako że jest to przyjaźń chłopaków i dziewcząt, dziewcząt z dziewczętami, konspiratorów i harcerzy z Wawra, Szarych Szeregów i Grup Szturmowych AK. A miłość bywa też tradycyjną sympatią i głębokim uczuciem między rówieśnikami obu płci. Przy czym Sobczak nie waha się tu podejmować tematu seksu, demistyfikując zarówno wyobrażania o cnocie młodych żołnierzy i żołnierek podziemia, jak i o ich — niby to skrywanym po wojnie — rozpasaniu. Ukazuje też ją jako miłość do Ojczyzny. Nie uznającą kompromisu, wierną po grób, lecz mądrą, dojrzałą.
Mówiąc kondensująco, jest to w ogóle opowieść o dojrzewaniu tamtego pokolenia, czy też — dokładniej — jego elity; elity nie w znaczeniu pozycji społecznej (choć bohaterowie Kamieni na szaniec pochodzili w większość z naprawdę dobrych, nawet bardzo dobrych domów), ale w sensie walorów etycznych i potencjału inteligencji tamtej młodzieży. Dojrzewaniu obywatelskim, lecz i życiowym. A opowiada o tym bez przekłamań, śmiało, acz z dystansem, gdy niektóre fakty okazują się szokujące. Któż na przykład wie (ja nie wiedziałem), że „Rudy” miał w szkole — słynnym gimnazjum im. Batorego — związki z arcyprawicowym ONR?!
Straszne w tym wszystkim jest co innego. To, że było to dojrzewanie nie do życia, a do śmierci. Przecież nikt z siódemki słynnej „Pomarańczarni” — gimnazjalnej drużyny harcerskiej z gimnazjum im. Batorego — wojny nie przeżył.
Pięknie upomina się też autorka o dziewczyny — zapomniane, zmarginalizowane w Kamieniach na szaniec przez Aleksandra Kamińskiego. Bo „Kamyk” (o nim Sobczak też dużo i ciekawie pisze) powierza im w swojej legendarnej książce — do dziś biblii patriotyzmu polskiego i lekturze szkolnej — role drugoplanowe, czasem statystowanie tylko przy chłopcach, którzy przeniknęli do naszej świadomości bohaterską akcją pod Arsenałem. Znamienne, że wiele z tych dziewczyn nie tylko żyło po wojnie, ale i dożyło dnia dzisiejszego prawie, a któż się o nie upominał? Kto pamiętał o siostrze „Rudego”, czyli „Duśce” Bytnarównie, o „Hance” Zawadzkiej — siostrze „Zośki”, o „Halinie” Galińskiej — jego dziewczynie, o „Dance” Zdanowicz, też nalężącej do tej wspaniałej paczki (Sobczak pojęcia „paczka” używa świadomie i trafnie, przybliżając tę grupę naszym czasom), a także o innych nastolatkach i młodych kobietach na stronach Kamieni na szaniec bezimiennych, a służących Polsce nie mniej odważnie niż chłopcy ze Stenami. Intrygująco pisze też Kamila Sobczak o dziewczęcym harcerstwie przed wojną i podczas okupacji; organizacji wyjątkowej — również na europejskim i światowym tle — oraz całego związanego z nią ruchu kulturowo-oświatowego; formacji uczącej życia — wpisanych w nie obowiązków, lecz i zasad równouprawnienia — lepiej niż współczesne odmiany feminizmu, z ich zimno-teoretycznym genderem. Dobrze świadczy o Kamili Sobczak, jako feministce, że potrafiła to dostrzec i docenić.
Tak, czerwono-różowa okładka książki Sobczak jest myląca. Zośka i Rudy… — rzecz pomyślana jako nowe spojrzenie na kultowe Kamienie na szaniec — to w gruncie rzeczy publikacja mądra, rzeczowa, choć pełna też ognia i empatii, a choć poważna w tonie polemicznym, to pisana lekko. W konwencji bezpośredniej — autorka mówi do czytelników wprost — za którą nie przepadam, lecz u niej nie brzmi to pretensjonalnie.
To rozprawa o pokoleniu, któremu przyszło żyć w czasach skrajnie trudnych. I nie tylko ze względu na wojnę, bo i z uwagi na lata przed nią, będące okresem szalejącego antysemityzmu i społeczno-politycznej nietolerancji w ogóle. Panowało przecież getto ławkowe dla Żydów, a bójki w szkołach i na uczelniach, nawet pogromy i zabójstwa, były czymś „normalnym” — stanowiąc echo antyżydowskich haseł popularnych w prasie, na ulicy, więc i w szkolnictwie. Sobczak podaje tu informację doprawdy zaskakującą: otóż to prof. Zawadzki — ojciec „Zośki” — rektor Politechniki Warszawskiej — usankcjonował na uczelni (dla uspokojenia nastrojów!) podział miejsc na sali wykładowej: Żydzi mogli siadać tylko na im wyznaczonych.
W takich warunkach kształtowały się charaktery chłopców i dziewcząt, o których uczą dziś w polskich szkołach. Niestety, bez głębszej refleksji i szerszego kontekstu. Prawdziwi, bo żywi bohaterowie wpisują się więc w naszą pamięć jak postaci z czytanki. Pomniki z plastiku i styropianu. Dobrze, że nowa książka o nich tak pełna jest życia, ciekawości poszczególnych losów i empatii dla rozumienia świata. Świata tak podobnego, niestety, do naszej współczesnej rzeczywistości.
[Kornelia Sobczak, Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2026]
2.
To mogła być pasjonująca książka. A przy tym bardzo ważna dla naszej wiedzy historycznej. Nie tylko wiedzy faktów dotyczącej, ale i — może przede wszystkim — świadomości, jakie motywy, uwarunkowania i okoliczności tworzyły ludzkie charaktery po II wojnie światowej i doświadczeniach Zagłady.
Z tylnej strony okładki książki Marka Łuszczyny Bękarty Polski. Opowieść o żydowskich łowcach nazistów bije w oczy blurb: „Kiedy skończyła się wojna, jedynym, czego pragnął Tadeusz Jasiński, była zemsta. Jako ocalały z Holocaustu chciał wziąć odwet na tych, którzy zgotowali piekło jego pobratymcom. Wstąpił do Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku, choć nigdy nie był komunistą. W podaniu napisał wprost: »Krew za krew«”.
Można by pomyśleć: dla kogoś, kogo interesuje prawdziwa historia wojny i lat po jej zakończeniu, Bękarty Polski… to lektura obowiązkowa.
Jeśli dodać do tego okładkową rekomendację cenionego reportera historycznego Macieja Siembiedy, że „Marek Łuszczyna ujarzmia polskie plagi i demony z pomocą swojego dojrzałego warsztatu, zdolności narracyjnych, a przede wszystkim odwagi mówienia prawdy”, pojawi się refleksja, iż lektura to nie tylko obowiązkowa, lecz i fascynująca. Nie zdarza się bowiem często, by los pojedynczego człowieka był nie tylko atrakcyjny jako źródło opowieści, ale i symboliczny dla wielu postaw, a przy okazji mógł stanowić materiał do refleksji na wiele, nie tylko historycznych, lecz i wciąż (niestety) aktualnych tematów, takich jak zemsta właśnie, jej metody i granice, przemiana ofiar w katów, etyczne i prawne aspekty tzw. sprawiedliwości dziejowej, ale też odpowiedzialności osobistej.
Rzecz w tym, że książka Łuszczyny zapowiada jedynie owe pożytki z lektury, a że okazuje się porażką — przy takiej wadze tematu — więcej przynieść może strat niż korzyści. W czym bardzo będzie jej pomocny tytuł. Nie wiem, czy przez autora wymyślony, czy przez wydawcę raczej; u Łuszczyny nie ma bowiem w praktyce żadnej refleksji, która mogłaby go uzasadnić, za to wpisana weń atrakcyjność — poprzez nawiązanie do głośnego filmu Tarantino Bękarty wojny — jawi się tu jako niesmaczny chwyt reklamowy.
Jako że bohater książki, człowiek nieoczywisty, ale rzeczywisty — przed zmianą nazwiska: Tuwja Friedman — nie ma nic wspólnego z postaciami z filmu, wymyślonymi przez reżysera i scenarzystę, owszem, na potrzeby udającej rzeczywistość narracji, lecz pokazanymi w sensacyjno-pastiszowej konwencji filmu o żydowskich mścicielach czasu wojny, którzy zamierzyli sobie zamach na Hitlera. Co więcej, tytuł książki sugeruje, że chodzi tu o jakieś uniwersalne, choć trudne polskie losy (Polskie Drogi), tymczasem opowieść Łuszczyny dotyczy doświadczeń żydowskich przede wszystkim — tak, w polskie drogi wplecionych, ale te drogi, które prowadziły po wojnie ku Palestynie i państwu Izrael.
Nie chcę się tu rozwodzić nad szczegółami dramatycznego, choć w dużej mierze spełnionego przecież życia Tuwji Friedmana (w jego przypadku zemsta okazywała się przecież naprawdę słodka, nawet jeśli nie dokonywał jej osobiście — że wspomnę tylko o jego udziale w schwytaniu Adolfa Eichmanna) — dość powiedzieć, że koszmar Zagłady uczynił zeń człowieka, do którego miano Łowca Nazistów przylgnęło po wojnie nie bez przyczyny.
Tyle że nasza rodzima perspektywa w patrzeniu na jego powojenne losy — nie tylko dlatego, że były to losy czynnego i raczej bezrefleksyjnego „ubowca”, ale i dlatego, że są w jego powojennym życiu epizody (np. napad rabunkowy w Radomiu) oraz postawy (nieskrywana niechęć do polskiego podziemia po roku 1945 i podejmowana w związku z tym działalność), o których powiedzieć „dyskusyjne”, to nie powiedzieć nic. I jedno, i drugie można, oczywiście, próbować — zwłaszcza po latach — zrozumieć, a nawet usprawiedliwić, lecz książka Łuszczyny nie tylko w tym nie pomaga, ale i przeszkadza zgoła.
Główny błąd autora polega, zdaje się, na tym, że dla unaocznienia, przybliżenia emocjonalnego opisywanych w książce wydarzeń zastosował chwyt beletrystyczny. To znaczy prowadzi narrację z perspektywy swojego bohatera.
Zgoda, taka perspektywa działa tu czasem na emocje — wydarzenia widzimy z bliska, dzieją się one szybko, więc tego, co robi Tuwja-Tadeusz z zimną krwią (bo „krew za krew”), nie mamy czasu — czasem okazji — oceniać ani poddawać analizie, brnąc przez gąszcz pytań. Tyle że całą trudną historię Friedmana-Jasińskiego sprowadza to do ciekawej, bo mrocznej, ale zarazem niezbyt łatwej, bo dość mętnej, relacji uczestnika, a niekiedy świadka. A sprawy to tak skomplikowane przecież, pełne przeszkód i pułapek, jakie piętrzyła na polskich drogach powojenna historia.
Marek Łuszczyna chętnie i obficie korzysta z materiałów archiwalnych UB (również zeznań samego Tuwji) czy IPN, co nadaje opisowi groźnego realizmu, ale że prześlizguje się w gruncie rzeczy po całym tym materiale, a całości daje bardzo wątłe ramy historyczne i naukowe, tworzy to obraz bezładny i często zwyczajnie niespójny. Tymczasem fakt, że miał to być opis tego okresu historii Polski, który był „pełen moralnego chaosu” (określenie z okładki), nie usprawiedliwia raczej chaosu samej opowieści. Przeciwnie, jej chaos dodatkowo go uwypukla.
I nie chodzi mi bynajmniej o to, że Łuszczyna — jak nie przymierzając Cormac McCarthy (ten od Drogi i innych powieści, demistyfikujących Dziki Zachód) — chce swoją książką unaocznić nam, współczesnym, brutalność i nierozpoznawalność etyczną tamtego, powojennego świata. Nie, Łuszczyna chyba nie takie miał ambicje (choć byłyby to, owszem, spore ambicje), tytuł książki sugeruje zresztą, że jakaś moralna ocena przez jego zapis przebija. Chodzi o to raczej, że zachłysnąwszy się możliwością opowieści krwawej i niejednoznacznej, pozbawił ją — prawie zupełnie — wartości, którą powinny się charakteryzować opracowania stricte historyczne. A Łuszczyna jest tu przecież reporterem historykiem, nie powieściopisarzem.
Co gorsza, pod koniec książki wszystko mu się już miesza i o etapie szpiegowskim (de facto) działalności Friedmana w Wiedniu (gdy pomagał Wiesenthalowi w śledzeniu i łapaniu niemieckich katów) opowiada już zupełnie byle jak. Powierzchownie, płytko i na zimno, skupiając się na paru szczegółach i dokumentach oraz domysłach własnych. Lektura staje się przez to tak nudna, jak nudne byłoby pewnie streszczenie jakiejś powieści Johna le Carré.
Szkoda, miał przecież Marek Łuszczyna do dyspozycji autobiografię Tuwji Friedmana The Hunter (żal, że nieprzełożoną na polski), która mogłaby być dla niego punktem wyjścia do intrygującej książki, w której fakty można by połączyć z interpretacją psychiki i poglądów Łowcy. A wyszło, jak wyszło.
[Marek Łuszczyna, Bękarty Polski. Opowieść o żydowskich łowcach nazistów, Znak Litera Nova, Kraków 2026]
Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved