JAROSŁAW KLONOWSKI
Ballada o Buddym B.
Buddy był dzieckiem swojego miasta, ale nie przypominał innych czarnoskórych dzieci. Miał piękne oczy z przedziwnym błyskiem, mocno zarysowaną szczękę, niczym amant z amerykańskich filmów, które miały dopiero nadejść. I szerokie barki, niczym zawodowy bokser. Lecz przede wszystkim Buddy czuł Nowy Orlean jak swój organizm. Przebiegające przez miasto szyny tramwajów były arterią w jego własnych żyłach, doprowadzającą czarną krew do nocnych barów, tak jak doprowadzana jest krew do przedsionków serca. A samo serce? Rozbrzmiewało muzyką kolorowych, grzmiącą, chaotyczną, niczym mroczne rytuały voodoo, urządzane gdzieś na zamglonych bagnach. Duszą tej muzyki był Rag, kościelne hymny i cały ten jazgot, towarzyszący paradom Mardi Grass…
Płucami miasta byli nałogowi palacze, muzycy, którzy nocą schodzili się do rozświetlonych blaskiem czerwieni spelun na Storyville, tuż za Dzielnicą Francuską i wzdłuż całej Basin Street, pokarmem Burbon Sezerac i gęste jak Luizjana Gambo, mroczne i pełne owoców morza oraz smaku, równie głębokiego co zaułki miasta. A jego szkielet stanowili prawdziwi kolorowi, których wypluła Era Niewolnictwa i emigracja po rewolucji na Haiti. Których obawiali się zarówno mieszańcy, Kreole, jak i Cajuni.
Buddy zawsze czuł, że jest częścią tego prawdziwie czarnego Nowego Orleanu. I pragnął, aby tak zostało. Dlatego został trębaczem. Dlatego opowiadał obcym przybyszom, że swoją trąbkę znalazł kiedyś na Iberville Street. A tam? Zostawił mu ją sam diabeł. I dodawał, że wymodlił tę trąbkę od diabła po to, aby grać najlepiej i aby któregoś dnia zostać królem jazzu. Aby wygrywać tak niesamowite takty, by słyszano je po drugiej stronie rzeki Missisipi
Czy była to prawda? Oczywiście, że nie. Ale Buddy chciał, aby wierzyli w nią wszyscy przyjezdni. Bo strach to najlepsza dla czarnego forma sławy.
W tancbudzie „Belle Epoque”, w której grywał, bajeczki Buddy’ego urosły do miana legendy, a on snuł je dalej, tak, jakby samemu chciał w nie uwierzyć.
Wkrótce go dostrzeżono. Stał się najgłośniejszą trąbką Nowego Orleanu. Ludziska się śmiali, że jak grał na swoim kornecie w Johnson Park, niosło się na kilka mil. Mówili, że „wzywał w ten sposób swoje kurczaki do domu”. To dzięki niemu nawet dziś ulice miasta rozbrzmiewają głośnym, dzikim jazgotem. Ale jego samego już się nie pamięta. Choć to on pierwszy użył słowa jass. Nakarmił tym słowem miasto, tak jak dotąd karmiono je rakami i Gumbo. Tak silna i mocna potrawa odmieniła miasto na zawsze. Jazz stał się tu jedną z potraw. Chaotyczną, głośną, rozbrzmiewającą w dzień i w nocy.
*
Oczywiście, za powolnym upadkiem Buddy’ego Boldena stała pewna czarnoskóra laleczka. No bo jak inaczej mogło być? To miasto zawsze kochało dramaty.
*
Do „Belle Epoque” chodzili sami kolorowi. Tam Buddy czuł się Bogiem. Tam czuł się częścią organizmu miasta. Oklaski, które zdobywał, uściski kobiet, duszny zapach ich perfum, ciężkie spojrzenia i ciężkie piersi… Czy miał szansę wydostać się z ich ramion? Były i drinki stawiane wolną ręką przez wszystkich, w gęstych oparach papierosów oraz cygar. To była część snu, który chciał przeżywać co wieczór i z którego nie chciał się budzić, żeby powlec się, wpółżywy jak zombie, z powrotem do domu, do przeciętnej żony, mieszkającej na kupie z teściami.
A jednak czuł się czasem jak ten robak utopiony w Tequili. Bezwolny wobec woli potwornego Miasta. I choć marzył, aby te noce trwały w nieskończoność, aby nigdy nie minęły oklaski ani smak szminki pomieszanej z burbonem… To znów czuł się coraz bardziej jak linoskoczek, zbyt pijany, aby odbyć do końca swoją drogę po naprężonej linie.
A Nowy Orlean także to poczuł. Wyczuł słabość swojego syna. I choć na razie nadal pozwalał Buddy’emu na dotyk kobiet, na niekończące się śnienie na jawie, na wyskoki i jazz, Miasto poczuło, że Buddy nie czuje już tańca tramwajów, nie dostrzega skrzących się zygzakami świateł linii trakcyjnych, nie widzi piękna mansardowych dachów i kutych balkonów. Że przydługi i pijany romans między muzykiem a światem, który go otacza, dobiega końca. A bilet do sławy stał się biletem w jedną stronę.
I jak często w takich przypadkach, Nowy Orlean zdecydował się zesłać karę, która na początku sprawiała wrażenie jeszcze większej nagrody. Bo jak mówią, najdłużej i najboleśniej spada się z wysoka.
*
Był to poranek, jakich wiele. Miasto nadal wydawało się tańczyć w rytm wypitych wczoraj kolejek, w głowie Buddy’ego nadal pobrzmiewały uderzenia werbli. Ale to nie tylko święci tańczyli, ale każdy fragment miasta wydawał się pobrzmiewać muzyką, zwiastującą koniec pierwszego Króla Jazzu.
Paradoksalnie, jadąc tramwajem St. Charles w górę, do mieszkania jednej z wielu kochanek, Buddy czuł się częścią Miasta. I tylko drobna cząstka, zepchnięta w samą piwnicę umysłu, cicho szeptała słowa ostrzeżenia. „To miasto pragnie twojej duszy, to miasto chce, żebyś uścisnął prawicę diabłu”. Ale Buddy uśmiechnął się tylko pod swoim cienkim wąsem, który tak ubóstwiały wszystkie jego kobiety.
Zobaczył ją w tłumie innych kolorowych, stojących w zatłoczonym wagonie. Jej oczy były niczym dwa skarabeusze, a drobna twarz zapowiadała grzechy rodem z doliny Nilu. A może doliny Missisipi? Był zbyt pijany, żeby jakakolwiek myśl wydała mu się jasną.
Miała może z osiemnaście lat i urodę tak świeżą, jak poranek po dobrze przespanej nocy (czy miał od roku choć jedną podobną noc? Wątpił). Uwagę Buddy’ego zwróciła jednak najpierw dopasowana do ponętnie dziewczęcego ciała, kwiecista sukienka, wyglądająca jak biała mapa, pełna czerwonych plam od ciosów zadanych wąskim ostrzem noża. A może to były zwykłe maki?
Musiał do niej podejść. Potrącił przy tym ze czterech innych pasażerów i prawie wywołał bójkę. Ale wysiedli już we dwójkę. I tylko to się liczyło.
A Miasto przyglądało się tej dwójce i na razie milczało. Choć dobrze było mu znane, w którą stronę się to spotkanie potoczy.
*
Miała na imię Jolie i nie skończyła jeszcze osiemnastu lat, ale to wiedzieli tylko jej rodzice i Miasto. Tylko też oni wiedzieli, jak bardzo przykładała się do lekcji języka angielskiego, marząc o lepszym życiu dla siebie i swoich bliskich. Chciała zostać pielęgniarką, by opiekować się chorymi i starszymi osobami, dokładnie tak, jak zajmowała się swoją Meme.
Pragnęła dla siebie czegoś więcej. Dla siebie i dla tych dzieci, których jeszcze nie urodziła. Dla męża, którego jeszcze nie poznała.
Była cicha i czytała mistrzów literatury. Była mądrzejsza niż wszystkie jej koleżanki razem wzięte. Okazywała to osobliwym milczeniem, gdy one trajkotały o muzykach i zakazanym smaku pocałunków, gdy języki spotykały się i tańczyły, jakby to był Mardi Grass.
Całe życie nikt nie rozumiał małej Jolie. Ale w jakimś sensie wszyscy łaknęli tego, co obiecywał każdy jej ruch, każdy dźwięk jej głosu i każde spojrzenie.
Ale najbardziej łaknął jej Bolden.
Jej oczy wypełniała powaga, gdy szła przy boku dużo wyższego i dużo starszego mężczyzny. A może była w nich zapowiedź tego, co się jej przydarzy?
Jolie bała się. Lecz całe jej ciało drżało nie tylko strachem, ale i ekscytacją.
Bo obojętnie jak mądra byłaby dziewczyna, to żadna nie mogła się oprzeć wdziękowi Buddy’ego Boldena. Każdej miękły kolana, gdy tylko poczuła na sobie uwagę i spojrzenie Króla Jazzu i mrocznego życia.
Porozmawiali, gdy odprowadzał dziewczynę do domu. Prosiła, żeby się rozdzielić przecznicę dalej. Bała się, co powiedzą rodzice, sąsiedzi. A on? Udawał jak zwykle grzecznego i ułożonego.
Choć najbardziej pragnął jej ciała, rozciągniętego na jakimś posłaniu poplamionym setką wcześniejszych uniesień w jakimś zapluskwionym hotelu niedaleko. Chciał wycisnąć z tego ciała cały pot i wszystkie inne płyny.
A Miasto słuchało jego pragnień i w ciszy rozlegał się złowróżbny chichot.
*
To nie tak, że nie bronił się przed tym uczuciem. Lalunia miała dopiero siedemnaście lat i śmiałe plany na resztę życia. Zamiary, które on miał pokrzyżować, zniszczyć, spalić w piecu własnego oddechu. Słyszał w samym środku nocy, gdy coś z wnętrza trąbki mówiło: „Zostaw tę małą, nic dobrego z tego nie przyjdzie”. A potem pastował buty i szedł na kolejne z nią spotkanie. Odwlekając uniesienie z czystej potrzeby wyżywania się na niej i sobie. Bo wiedział, że już za drugim razem była tam, na dole, wilgotna. Prawie to czuł, jak zapach krewetki, skwierczącej na grillu.
„Zostaw tę małą, nic dobrego z tego nie przyjdzie”, mówiło coś z wnętrza kieliszka. „Zawładniesz jej duszą, zawładniesz jej oczami, które nie będą chciały widzieć niczego innego, a potem zniszczysz jej życie”.
Ale Buddy nie chciał słuchać, bo i serce nie słuchało rozsądku.
Zamiast tego oszukiwał się. Widział oczami duszy i oczami własnego serca piękne twarze dzieci, chodzących do szkoły. Dbających o naukę języka angielskiego. Widział siebie, jako przykładnego obywatela.
Porzuciłby burbon, porzuciłby bary, ba, zostawiłby innemu potępieńcowi swoją trąbkę, pozwolił komuś innemu ją znaleźć. I łudził się tak przez jakiś czas.
A Jolie? Mała, bystra Jolie utopiła się dawno w głębi jego oczu, w wężowych splotach jego męskich ramion, które trzymały tyle innych ślicznotek…
Już wtedy nie było wyjścia dla niej ani dla tych dzieci, które się nigdy nie narodziły.
Młoda dziewczyna utonęła w bagnie jego spojrzenia. W basie jego głosu, a on w jej objęciach, bo nie mogło być inaczej. Bo diabła zawsze ciągnie do najjaśniejszej istoty, na którą padnie jego diabelskie spojrzenie.
I zamiast jednej ofiary, Miasto, Nowy Orlean, owo przedpiekle Czarnej Ameryki, odkryło, że może mieć dwie ofiary, jedną słodszą od drugiej.
*
Psuł ją powoli. Jeden, drugi, trzeci bar.
Co?
Nie spróbujesz tego? To tylko trochę proszku. Uniesie cię wysoko, wysoko ponad dachy tego miasta. W sam raz na taką wysokość, na jaką wznosimy się co noc…
Tam, gdzie mieszka jazz.
Co?
To tylko mój kumpel. Bunk jest okej. Spodoba ci się.
Co?
Chad chce się przyłączyć. Pamiętasz, jak ostatnio było nam błogo?
Wiem, że trochę dziwnie się uśmiechają, ale to porządne chłopaki.
Chodź z nami.
Co, nie pójdziesz z nimi?
Pięknie dziś grałem, prawda?
Wiem. Było w tym coś niepokojącego. Ale to tylko dlatego, słodka Jolie, że grałem dziś dla ciebie, a nie dla tej kobiety o ciężkich włosach, o którą jesteś zazdrosna cały czas.
Widzisz, ona jest mambo. Stąd te tatuaże. Ale nic nas nie łączy, naprawdę. Nic tak ważnego jak to specjalne uczucie, między mną a tobą, moja słodka Jolie…
Ona… Może mieć każdego, ale nie mnie.
Mnie możesz mieć tylko ty.
Nie pójdziesz z nimi?
To moi kumple, nic ci nie zrobią.
Podotykają cię tylko trochę, bo widzisz… Ja dziś… chyba nie mam ochoty. To chyba przez burbon i proszki.
Czym jest niewinność?
Dziewczyno, to Miasto pełne jest takich jak ty i takich jak ja.
Ono żyje tylko w chwili, kiedy dwa ciała się łączą.
Pomyśl, jak bardzo ożyłoby, gdyby połączyło się ich więcej.
— Ale ja nie mogę! Buddy! Ja jestem w ciąży.
Wykrzyczała mu to w twarz, a potem zaczęła szlochać, z rękoma złożonymi jak do modlitwy, skrywającymi twarz. A on tylko spoglądał, jakby nie rozumiał, co powiedziała.
Potem wyszedł bez słowa. A odgłos jego wypastowanych butów brzmiał niczym oklaski na sam koniec tragedii w kilku aktach. Choć dla niego pewnie to była zwykła farsa.
*
Przepłakała prawie całą noc. Ich życie miało przypominać taniec. Ale on był zbyt zapamiętany w tym tańcu. A i sam taniec coraz bardziej przypominał te orgie na bagnach, gdzie pewnego razu zabrał swoją małą Jolie.
A oczy Buddy’ego stawały się z każdym dniem coraz ciemniejsze. Spoglądały na nią z jakąś dziwną nutą narcyzmu i niezawierzania.
Tej nocy błąkała się po Storyville, udając, że szuka ojca swojego nienarodzonego dziecka. W końcu zabłądziła nad rzekę. Gdy ją zobaczyła, gdy poczuła ostrą woń szumowin i usłyszała odgłos żab, w tej dokładnie chwili poczuła się zbrukana, jak zgubiona w bagiennym gąszczu czyjaś zepsuta lalka.
A później pozwoliła się pochłonąć odmętom.
Tymczasem Miasto pochłonęło pijanego obłędem Buddy’ego Boldena.
*
Buddy Bolden grał mniej więcej do 1906 roku. Potem zaczęły się jego problemy psychiczne. Nie poradził sobie z presją kariery, z popularnością i całym tym chłamem, z którym musi sobie radzić czarnoskóry muzyk. Alkohol, dragi. Zawsze miał skłonności. Pogorszyło mu się około 1905 roku. Wtedy to z mieszkania Boldena na First Street zginęły nagrania na cylindrze Edisona, których dokonał ze swoim pierwszym zespołem. Pod wpływem tego zdarzenia Buddy przestał komukolwiek ufać. W każdym upatrywał wroga. Ale najbardziej nienawidził Miasta. Bo nowy Orlean dał mu wszystko po to tylko, aby mu to podstępem wydrzeć.
Jarosław Klonowski (ur. w 1981 r. w Bydgoszczy) — pisarz, publicysta, autor scenariuszy teatralnych i słuchowisk teatralnych, aktor-amator. Pomysłodawca i redaktor prowadzący charytatywnej antologii 24.02.2022, założyciel „Studia Grozy” i pomysłodawca konwentu grozowo-teatralnego „Dreszczówka”. Publikował m.in. w „Magazynie Fantastycznym”, „Opowieściach Niesamowitych” i licznych antologiach. Wydał książki: Długowiecznik Królowej Tary (2010), Tajemnica świętego Wormiusa (2011), Ognie świętego Wita (2011), Miriam (2012), Labirynt w Sierra Madre (2012), Głos Morza (2016), Cały ten Jazz (2017), Noc w Ogrodzie Ciemności (2018), Zimna Fala (2019), Motyle Zła (2020), Stowarzyszenie Przyjaciół Morderców (2023), Konary (z Patrykiem Boguszem, 2026).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved