Skip to content

KAROL SAMSEL

Praktyki. 13

 

kwiecień 2026

Za Hanuszkiewiczem: ulica wygrywa z literaturą, a współcześni pisarze w większym stopniu przypominają dzieci ulicy niż dzieci pióra — ale ulicy nie da się nakłuwać tak, jak duszy… Western, baśń, krótkie formy takie, jak opowieści bizarne — to w zakresie form metafizyki wyłącznie łaskotanie — warte, niestety, równie niewiele, co kopanie leżącego. Odczłowieczone uczłowieczenie, tym jest współczesna literatura, proponuję zamiast tego: uczłowieczone odczłowieczenie. Myślę, że to, co nam pozostaje, to, by docenić człowieka i skomplikowanie losu, który ze sobą przynosi, kanonizować awangardę. To jej czas… Dziś niestety — bez awangard nie zrozumiemy tragizmu i całego tragicznego zamieszania, jakie wnosi ze sobą „człowiek w cywilizacji”, w całej konstytucji duchowo-religijnej, a zarazem uprzedzeniowo-światopoglądowej. Współczesny człowiek intelektualny jest — „wyzbrojony uprzedzeniami”, w maksymiliańskiej „zbroi uprzedzeń”: homo sapiens propens, jeżeli nie homo sapiens prejudicens. Żeby go emancypować, trzeba czegoś dużego, właśnie, myślę, satanicznej siły literatury, w której wyraża się awangarda, ale również jej język, jej czysta możliwość wypowiedzenia — wypowiadalność i niewypowiadalność w sprzężeniu, nie sama komunikatywność. Ulica nie ma pojęcia o tym, co niewypowiadalne, studenci, których na uniwersytecie uczymy, są właśnie jej dziećmi — to daje się odczuć na zajęciach z mistyki romantycznej, może najbardziej Słowackiego genezyjskiego. Holoubek w Komediantach z kolei pisze o międzywojennym zakazie „niekontrolowanego obyczajami” pojawiania się — aktorów w przestrzeniach publicznych. O narodzinach telewizji ten sam pisze: „wszystko zbudowane przez niego z takim trudem, cała kunsztowna budowla została zalana przecież wcale nie na jego życzenie prywatnym, instynktownym, niekontrolowanym nim samym”. Również o tym jest Autodafe 1-9, o konieczności, wręcz przymuszeniu do sekretyzmu, do ekshibicjonizmu — i o porzuceniu literatury tajemnicy. Dalsza walka toczyć się ma o to, by odsłonięcie ocaliło swój niedopowiedziany charakter i nie stało się prostytucją, to znaczy obnażeniem — nie chcę żyć wśród noumenalnej pornografii, noumenów rozebranych — do genitaliów. Jeżeli będzie taka konieczność, zbuduję jednak koncepcję logosu oraz poetykę tajemnicy — nawet! — na genitaliach. Nie wierzę komplementom, bo nie należy im w ogóle wierzyć: przypominają wyklaskiwanie, które miało miejsce w teatrach w 1981 i 1982 roku, wypieranie oklaskami niewygodnych awangard z powrotem tam, gdzie ich miejsce — na „niepoświęconą ziemię”. Czy słowa, którymi święcimy ludzi i przedmioty, mogą posiadać charakter typowo grafomański? Dzisiejsza twórczość poetycka i powieściowa również ma właśnie taki, „wyklaskujący”, charakter. Czy liturgia, kiedy przyłapuje się ją na grafomanii, staje się teurgią? Liturgiczność wymaga estetyki? A teurgiczność jest czymś — dowolnie — pozaestetycznym? Czy metaestetyka powinna więc łączyć namysł nad liturgią i teurgią, by oddawać obraz całości — patrzącym lub przynajmniej chcącym patrzeć?

Pies pasterski nie nawyknie do obyczajów piesków ogrodowych, wie bowiem dość dobrze, że uprawianie savoir-vivre’u w dżungli, obozie koncentracyjnym, jest co najmniej głupie. Pies pasterski jednak może być najęty do strzeżenia ogrodu i całą swoją pasterską agresję jako kreację wykorzystywać w celu obrony ogrodu — w tym sensie odpowiadam — literaturze agresywnej natury Myśliwskiego literaturą agresywnej kultury — przeciw takim pieskom… Savoir-survivre, savoir-persistere, o to chodzi w świecie obozu, nie — o savoir-vivre… Jestem psem pasterskim kultury najętym do strzeżenia ogrodu natury przed (by tak powiedzieć) zanieczyszczającymi go, salonowymi turystami. Ktoś pod częścią Praktyk zawierającą całościową krytykę postaw Myśliwskiego nazwał mnie „nowym Drzeżdżonem”. Myślę o tym, że doskonałość jest użyteczna społecznie w bardzo określonych granicach. Jednoznacznie określa je często warsztat. Oczywiście — jeżeli zależałoby nam na uznaniu, należy być dobrym wyłącznie do pewnych granic doskonałości. Od określonego punktu bowiem — gdy mówimy o czymś dobrym literacko, zaczyna się coś, co można nazwać „żartobliwym nieporozumieniem”: jesteśmy czymś niewystarczająco niedobrym dla literackiego społeczeństwa. Coraz więcej myślę o wdzięczności: uczymy się jej najpóźniej, wymaga bowiem wytworzonych i opracowanych zasobów naszej wielkoduszności.

Pisarz, zwłaszcza jeżeli jest homo duplex, tak jak ja, tworząc na pograniczu nauki i sztuki, lub Myśliwski, działając na pograniczu mowy i pisma, żyje podobny dziecku z wnętrznościami na wierzchu. Jeśli pozostajemy wystarczająco odważni i jesteśmy w stanie sprostać imperatywowi ekshibicjonizmu, robimy to, co do nas należy, niezależnie od miejsc pracy, a także odpoczynku. Wnętrzności na wierzchu miast stylizacji, niemożliwość tkanin wizytowych, czyli niemożliwość Piety. Niemożliwość Piety, czyli niemożliwość społeczeństwa. Nie urodziłem się na to, aby być „niezłomnym halabardnikiem” na obce życzenie, nawet jeśli mieliby mnie za to oskarżać o oportunizm.

Dziś widać bardzo wyraźnie, że współpraca z telewizją i radiem jest częścią tzw. kompleksu warszawskiego. Warszawscy artyści i intelektualiści przywykli kojarzyć bojkot mediów z sygnalizmem i etycznym deklaratywizmem. Nawyk pozostał do dzisiaj i dlatego pójście do radia w latach 2015-2023 uważano za znak toczącego od środka trądu. Gorzów, Bielsk, Lublin, Jelenia Góra — wszędzie tam, gdzie narkotyk mediów dobrych i złych, właściwych i niewłaściwych, nie dociera, okazywały się miejscami, do których także nie docierał narkotyk bojkotu. Lepiej nie chodzić, lepiej ocalić swoją bezpieczną intelektualną szarość — oraz w cieniu tej szarości — uprawiać naukę. „My w Warszawie mamy spaczoną optykę”, mówi ironicznie o swoich bojkoterach Hübner. Dzisiaj bardziej niż w 1981 i 1982 roku, powiedziałbym, bojkot, moim zdaniem, jako pojęcie — straciło całkowicie swój „eksplikatywny” charakter. Trudno mi w podobnej sytuacji przejmować się tym, czy można stawać się w oczach krytyków literackich. Czy w każdym powiecie — obok ratusza, dla przykładu — postawić stos? Niech płonie raz na miesiąc? Ale po co?

Tyle ze świętym oburzeniem mówi się o tym, jakim wampirem pochłaniającym nasze talenty jest literatura, ale już o życiu zakopującym te ewangeliczne talenty w ziemi się nie mówi. Nie dostrzega się obcości całej energii życia, która nas pochłania, przypuszcza na nas inwazję, wmawiając obłudnie, że jesteśmy jego, życia, częścią i mamy się poddać temu dokładnie, co się nam należy, do czego mamy prawo i na co jesteśmy skazani. Następnie ci wszyscy domorośli apostołowie życia toczą wojnę z apostołami literatury, wyzywając ich od sadystów, benedyktynów, od eremitów. Nie, i niech to „nie” wybrzmi w obronie tej energii, którą się pomiata — energii literatury. Literatura nie jest wampirem, lub inaczej, jest takim samym wampirem, jak życie, jak społeczeństwo, jak sieć życiowa i sieć społeczna. Krótko mówiąc, jest Ja — z wszystkimi tego Ja obciążeniami. Lecz jest również wolność Ja — tej wolności Ja powinno bronić, trzymając własną pozycję między życiem a literaturą — przed życiem i przed literaturą, czerpiąc z życia i z literatury w symbiozie… Powiem szczerze, gdybym ja miał wybierać, którą Sodomę ocalić, a którą zgładzić, mając przed sobą dwie Sodomy: Sodomę kabotynów i Sodomę łajdaków, zgładziłbym tę pierwszą. Wolę więc łajdaków od literatury niż kabotynów od życia… Wolę nieudaczników niż kolosów na glinianych nogach spoczywających na barkach swoich lokajów…

Po wytrysku mam poczucie, jakby mój penis wypełniał się od środka bandażami, a bielizna również przypominała gąbczasty, ale niewypełniony okład. Daje mi to uczucie spokoju, jakie towarzyszy, gdy opuszczają mnie płyny, większe na dziś dzień niżeli gdy opuszcza mnie ból. Wkrótce zakończę trzeci tom Praktyk i to W poszukiwaniu straconej sprawiedliwości się wreszcie skończy. Chociaż powinienem to nazwać dużo prościej, W poszukiwaniu sprawiedliwości. I niech to będzie proustowskie, jeżeli już ma takie być. Dziś teoria literatury to przystrajanie kwiatami starego łożyska. Stare łożysko poetologii jest, oczywiście, wielkie — ale to filozofia literatury jest macicą wszelkiego źródła — żyjemy w korycie zmumifikowanego łożyska, które niekiedy nazywamy społeczeństwem, niekiedy — salonem, a niekiedy — państwem. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić intelektualizm, również bez starego łożyska. Żyjemy w łożysku pornografii, niekiedy, oczywiście, udając wszystko inne — na przykład to, że żyjemy w łożysku Biblii, bądź że jesteśmy Biblią — wszelkiego łożyska. Układamy książki grzbietami w kierunku czytelników, jakbyśmy bez zastrzeżeń godzili się na to, by każdy widział od razu całkiem odsłonięte wszystkie nasze wysuszone łożyska.

Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści