ADAM LIZAKOWSKI
123. Węgrzynek wraca do Polski
Pili przez cały weekend bez
oblewania drogi nie wyruszyłby
w podróż powrotną do ojczyzny
(to taki stary zwyczaj emigrantów)
oszukał jedną biedę czy da radę
jeszcze jedną, dwa dni temu okradał
kolegów dolewając wodę do mleka
rano podbierał kromki chleba na śniadanie
chlipał dużą łyżką nie swoją zupę z garnka
pozostawionego na kuchence
kradł i oszukiwał na wszelkie sposoby
ale przyjaźni ze złodziejem nie da się
kupić za grosik, ani nie leży ona na straganie
jak ogórki czy pomidory, nie wisi jak kiełbasa
w rzeźni na haku
teraz wspólnie piją, stare już się nie liczy
stukają się kieliszkami i zagryzają kiełbasą
Węgrzynek wraca do Polski a
problemy emigrantów tych
nieudaczników w średnim wieku
są takie nieciekawe więc rozmawiają o tym
co on tam będzie robił w tej Polsce
wiedzieli, że ich okrada, ale rozumieli go
wracał i potrzebował jak najwięcej
zaoszczędzić dolarów, zazdroszczą mu
tego, że wyjedzie z mieszkania z oknami
na śmietniki gdzie banda wyrostków biła kogoś
bo ten ktoś sam wpadł im w łapy
miejska dżungla rządziła się swoimi prawami
na ulicy było zimno wiał wiatr
padał suchy śnieg, a stopy chuliganów
zamieniały go w brązowy piasek
blady księżyc, jedna lub dwie gwiazdy
ledwo widoczne
ulica ciemna i cicha
zdewastowane latarnia
jest zimno i późno
jutro gdy wrócą z pracy mieszkanie
będzie puste, Węgrzynek zanim
wyjechał na lotnisko zdążył sprzedać
stół przy którym pili, krzesła na których
siedzieli, lodówkę z której wykradał jedzenie
w łazience na lustrze przykleił kartkę:
jebał was pies i wszystkich tych co wy ich
124. Wciąż wierzą, że w Ameryce dolary rosną na drzewach
Kimkolwiek by nie byli, a nie byli to głupcy
wciąż są przekonani, że Ameryce rosną
dolary na drzewach przylgnęło do nich jak
rzep do psiego ogona, a są to ludzie zbudowani
z kości i ze stali… stacja metro z elektrycznym
oświetleniem, stalowymi filarami
ruchomymi schodami i windami
cementowymi łukami i pociągami —
to był jeszcze jeden dowód na to, że
tutaj muszą rosnąć drzewa dolarowe
wszystko to wybudowali potomkowie
trzech króli, którzy złożyli hołd Jezusowi…
blask świateł miasta oślepia poszukiwaczy
drzew dolarowych tracą poczucie obracającej się
ziemi pod stopami a te prowadzą ich do dzielnicy
gdzie rząd kamienic, zabite drzwi i okna deskami
pusta fabryka z oczodołami wybitych okien
ulice z martwymi liśćmi, martwymi chwastami
starymi gazetami i zardzewiałymi puszkami
ich ulubionej i tak reklamowej w tv coca coli
nadchodzi grupa hien miejskich
w starych ubraniach i podartych butach
która grzecznie pyta:
która godzina proszę pana, czy może pan
poczęstować papierosem, i czy nie ma pan
nic przeciwko temu, że opróżnimy pana kieszenie
pytamy się grzecznie, bo nie lubimy przemocy
pytany wyjmuje papierosy, zostało tylko cztery
lub pięć patrzy kątem oka —
waha się częstuje papierosem…
poszukiwacze drzew dolarowych spotykają się
po dziesięciu czy dwudziestu latach
byli biedni i głupi oczywiście nadal są
biedni i głupi, ale żywi —
czy jest to dowód na to, że jednak istnieje
Ojciec w Niebie!!!
125. Grzeczny i uprzejmy
Nie można powiedzieć, aby miał ciężko,
w ojczyźnie komunistycznej był królem,
a nawet słońcem, wokół niego kręciło się
życie miejscowej ludności, której rozdawał
radość i smutek. Wysoko nosił głowę. Był kimś.
Był sekretarzem partii w powiatowym mieście,
chodził dumny jak paw i z groźną miną, układał
przemówienia, opracowywał ważne plany, rozdawał
klucze do mieszkań, talony na samochody,
decydował o tym, kto ile dostanie pieniędzy,|
jakie zajmie stanowisko, a kogo skazać na zapomnienie.
Czasy się zmieniły, upadła komuna,
przestał być powiatową gwiazdą, schował się
przed ludzkim wzrokiem i językami,
nie miał planów, chciał odejść w niepamięć,
żył swym przyziemnym, nieciekawym życiem.
Jego syn inżynier wyjechał za granicę za pracą,
został taksówkarzem w Chicago,
po kilku latach zaprosił ojca, aby dorobił do renty,
załatwił mu w hotelu pracę odźwiernego.
Ten kiedyś tak dumny, zarozumiały, pewny siebie
i ważny człowiek, od którego tak wiele zależało,
schyla się teraz najniżej ze wszystkich,
pierwszy biegnie ze zmiotką sprzątać.
Najgłośniej krzyczy good morning sir,
thank you sir for your tip, have a nice day sir,
najszybciej otwiera drzwi samochodów
gości hotelowych, nosi najcięższe bagaże
z miną człowieka zadowolonego, szczęśliwego.
Przełożeni lubią go — wiadomo za co,
współpracownicy nie lubią go —
wiadomo za co.
126. Cesarz pierogów, król kiełbasy
Pochodził z trójkąta chicagowskiego
gdzieś pomiędzy Tarnowem, Nowym Targiem
a Sanokiem gdzie w Ameryce z tego rejonu
po dolary nie był tylko pies sołtysa jednej ze
wsi leżącej nad rzeką Dunajec.
W trzecim miesiącu w Chicago gdzie
był bez środków do życia przyśniło mu się
drzewo dolarowe na którym była jedna
gałąź cała ze złota, dwie z pierogami
trzy z salcesonem i cztery z kiełbasą a
jedna z nich była z suszoną kiełbasą żywiecką
(jego ulubioną), która wisiała na gałęzi
jak szyszki, na samym czubku drzewa
jak liście rosły zielone studolarówki
za pniem schowana była dziewczyna
którą i tak rozpoznał była to córka właściciela
sklepiku w którym sprzedano szmelc, zawinięte
w złoty papierek gówno, w zakręcanych
słoikach powidło, pierogi i kadzidło
o aromatycznym zapachu, pod koniec snu
suszona kiełbasa przemówiła do niego
ludzkim głosem (dziwni ludzie mają
dziwne sny), mówiąc mu aby
udał się do sklepu gdzie sprzedają
szmelc, gówno i powidło. Sen
surrealistyczny podpowiedział mu
co ma w Ameryce robić. W sklepie spotkał
swoją miłość życia, a ta dosiadła konia miłości
i nigdy z niego nie spadła.
Budują już dwadzieścia pięć lat
w krainie hot dogów, hamburgerów
frytek, corn dogów, buffalo wings
cheeseburgerów, burrito, nachos
picadillo, salsy, taco, tortilli oraz pizzy
swoje imperium, mają pięć sklepów
z pierogami i kiełbasą na przedmieściach
Chicago. Tam też uczy małpy jak
rozróżnić pierogi z serem od pierogów
z kapustą i grzybami, a te od pierogów
z mięsem, popijają je czerwonym barszczem
nazywając go trucizną. W trzydziestym
piątym roku panowania w dowód
wdzięczności rodacy chcieli wybrać go
prezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej
na stan Illinois, ale odmówił, mówiąc:
miałem sen w którym kiełbasa żywiecka
przemówiła do mnie roztropnie:
nie chcę zostać prezesem, nie chcę, aby moje
pierogi i kiełbasy stały się celem ataków ust
o smaku zazdrości i nienawiści.
Adam Lizakowski (ur. w 1956 r.) — poeta, tłumacz (m.in.: Boba Dylana, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Lao Tse, Walta Whitmana oraz wierszy perskiego poety z XII w., Rumiego), fotograf. Studiował na Columbia College Chicago i Uniwersytecie Northwestern w Chicago. W latach 1981-2016 mieszkał w USA, Meksyku, Austrii. Były wydawca kwartalnika „Dwa Końce Języka” w Chicago oraz były redaktor naczelny miesięcznika „Razem” ukazującego się w San Francisco. Przez wiele lat publikował wiersze w paryskiej „Kulturze”. Ostatnio wydał tomy poetyckie Pieszycka księga umarłych (2022), 56 wierszy polsko-amerykańskich (2025) oraz tom prozy Czesław Miłosz w Ameryce (2024).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved