Skip to content

PAWEŁ ALBO POCZYTALION

Czerwiec ‘26

 

1.

Marszałek Piłsudski układał pasjanse i sporo czytał. Ba, lubił poezję. A szczególnie rodzimych romantyków, z których najbliższy był mu Słowacki. Nie dziwi, że na wileńskim grobie matki, w którym spoczęło też jego serce, znalazł się, wybrany przezeń i wskazany w testamencie, cytat z poematu Beniowski, zaczynający się od słów: „Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu, gniazdo sokole…”.

Następca Piłsudskiego na stanowisku Naczelnika Państwa, legionista i dzielny żołnierz wojny polsko-sowieckiej, marszałek Edward Śmigły-Rydz, poezję lubił do tego stopnia, że… sam ją pisał. O ile jednak jego talent i umiejętności malarskie były dość powszechnie znane, o tyle skłonność do liryki była jego sekretem. Pewnie trochę i dla niego samego, bo nie tylko nie zdradzał się z nią za życia, ale też po prostu wierszy nie pisał. Do czasu, gdy — na wojennej emigracji — stały się dla niego swoistym konfesjonałem. Sposobem na wyrzucenie z duszy tego, co bolało najbardziej…

Plonem tego okresu jest tomik Wiersze 1940-1941, bibliofilskie cymelium, które ukazało się z okazji 140. rocznicy urodzin Marszałka w bydgoskim wydawnictwie Epigram, w opracowaniu i z posłowiem Krzysztofa Ćwiklińskiego.

Skromna edytorsko, ale ładnie i starannie wydana książeczka (książeczka, bo to raptem 53 strony) to prawdziwa gratka nie tylko dla miłośników historii Polski, dla których życie wewnętrzne kontrowersyjnego przywódcy II RP stanowić może cenne uzupełnienie ich wiedzy, choćby na temat okoliczności klęski Września ‘39, ale i dla literaturoznawców, którzy rzadko mają do czynienia z poezją Polaków postawionych przez Historię na tak wysokim piedestale, a potem zeń zrzuconych.

A czarna legenda marszałka Rydza-Śmigłego ma u nas długą tradycję; narodziła się właściwie już w roku 1939, kiedy następca Józefa Piłsudskiego, więc tak jak i on naczelny wódz II Rzeczypospolitej, przekroczył wraz z częścią sztabu, na moście nad Czeremeszem, granicę z Rumunią. Chciał walczyć dalej — u boku Francji i Anglii, a przede wszystkim uniknąć niemieckiej niewoli, w której stałby się kartą przetargową dla najeźdźcy. Ale we wciąż walczącym kraju przyjęto to jako zdradę, a w najlepszym wypadku zwykłą ucieczkę. Rejteradę tym bardziej wstydliwą, że był Rydz-Śmigły symbolem rządzącej przed wojną sanacji, mocnej w gębie, antydemokratycznej elity „pułkowników”, która odgrażała się — ustami ministra Józefa Becka — że Polska nie odda III Rzeszy „ani guzika”, bo do wojny jest świetnie przygotowana, dodajmy: do wojny zwycięskiej.

Dziś już wiemy, że II RP faktycznie czyniła starania — na miarę swoich ówczesnych sił — by stawić wrogowi opór, do czasu, gdy przybędą z odsieczą sojusznicy, lecz wiemy też, że były to starania skazane na porażkę. Zarówno ze względu na słabość owych sojuszników, może bardziej niż Polska do wojny wtedy niegotowych, jak i wobec skali zbrojnej gotowości Niemiec, których siła militarna przekraczała ówczesne wyobrażenia Europy. Osłabia to nieco oskarżenia, którymi przez dziesięciolecia (a w PRL szczególnie chętnie) Śmigłego-Rydza obrzucano, ale jego złej pamięci w zasadzie nie zaciera. A jeśli, to wraz z całą o nim pamięcią.

Owszem, polityka historyczna III RP starała się przez czas jakiś odwrócić owe trendy, z pomocą kilku artykułów i książek mu poświęconych (najciekawsza, Kwatera 139 Cezarego Leżańskiego, ukazała się już w 1993 roku), ale fascynacja tym nowym spojrzeniem na bohatera — symbol wrześniowej klęski — trwała krótko. A on sam popadł w ponowne zapomnienie.

Tak czy owak wpisał się w nasze dzieje w roli tchórza, którym nie ma co sobie głowy zawracać. Że tak się stać może, on sam zdał sobie sprawę dość prędko. Jako żołnierz spróbował więc czynnej pokuty i rehabilitacji; uciekł z rumuńskiego internowania i przez Węgry — incognito — wrócił do okupowanego kraju. Była to skądinąd próba tyleż heroiczna, co daremna, a na dodatek kłopotliwa dla organizującego się właśnie podziemnego ruchu oporu. Bo nie dość, że w porzuconej Ojczyźnie nikt go nie chciał, to z każdym miesiącem stawał się dla niej coraz większym problemem. Toteż kiedy zmarł nagle, w grudniu 1941 roku w Warszawie — jak się dziś przyjmuje oficjalnie — na atak serca, z miejsca pojawiły się pogłoski, że został zamordowany przez swoich.

Wygląda jednak na to, że owszem, zabiło go serce, ale uczyniło tak w ramach romantycznego paradygmatu niejako. Rzec bowiem można, i nie będzie w tym chyba przesadnej egzaltacji, że zabiła go zgryzota i ból, z którymi mierzył się jako zhańbiony żołnierz. Czujący swoje winy, ale próbujący się wobec nich określić — szczerze, lecz uczciwie. Przynajmniej w sferze emocji.

I tego właśnie zapisem są owe wiersze, które w niewielkiej książce przygotowanej przez poetę, dramaturga i eseistę — znawcę polskiej literatury emigracyjnej — Krzysztofa Ćwiklińskiego się znalazły.

Wiersze, będące z jednej strony dokumentem epoki, świadectwem tragicznych polskich dróg, a z drugiej — ciekawym, skłaniającym do refleksji zapisem osobistego dramatu człowieka z pewnością nietuzinkowego, obdarzanego przez lata sławą i podziwem, a potem pogrążonego w niesławie i wzgardzonego, a przy tym inteligentnego i wrażliwego, którego Historia pożarła, a okoliczności przerosły.

Fascynujące są skądinąd dzieje tych jego dwudziestu paru wierszy (w tomie jest ich 19), dokładniej zaś ich drogi do Polski — przez prywatne ręce i liczne granice (to zgoła sensacyjna opowieść pełna niedopowiedzeń i tajemnic), również te historyczne, bo długo znane były tylko emigracji na Zachodzie — ale też granice, by tak rzec, tolerancji czy akceptacji. Pamiętajmy, że Śmigły-Rydz nie miał dobrych notowań i w kręgach Polonii; tak że nawet Jerzy Giedroyc miał opory, czy je drukować w paryskiej „Kulturze”. No bo jak tu przypominać Marszałka, który stał się w naszych oczach karykaturą? Na szczęście zgodzono się, iż zarówno nad Śmigłym, jak i nad recepcją jego życiowej drogi, a w efekcie dramatycznej śmierci, warto się pochylić od nowa.

A pisane przezeń wiersze — w rozpaczy, ale też ze świadomością, czym ową rozpacz należy leczyć — są ku temu doskonałą okazją.

Jakie są? Cóż, bardzo klasyczne. Najczęściej ułożone w czterowersowe strofy, rymowane, pełne melancholii i goryczy, nie brak w nich też wiary w Boga, w którego woli leży los Polski, ale też ich autora. Czuje się w nich dużą kulturę literacką, lecz dominuje ton bardzo osobisty. Żal wobec niesłusznych zniewag i nadzieja, że winy — jeśli były — da się zmazać, odkupić.

Oto jeden z tych wierszy, które napisał Edward Rydz (Śmigły — to był jego przydomek wojskowy z czasu Legionów) kończy się na przykład tak:

„O Boże, jeśli wina ciąży na mnie,
To niech Twa wola sprawiedliwość czyni,
Lecz nie ta szajka ojczyźniąca kłamnie,
I nie ta zgraja kupcząca w świątyni!”.

W strofach większości tych wierszy, niezbyt oryginalnych w treści i formie (jeśli by nie pamiętać o osobie autora, który tak często tu deklaruje, że przyszło mu „bić głową o ścianę”) pobrzmiewają tony Młodej Polski, echa symbolistów, ale i romantyków. Zacytuję tu a propos jeszcze jeden fragment, będący znakiem drogi, którą wybrał — jako romantyk ducha, ale i czynu właśnie — wracając po śmierć do Kraju: „Idę tak, jakby wszystkie drogi w świecie / Stały przede mną otworem i tyle // Mógłbym ich wybrać ile pragnie dusza, / A wiem, że pragnę już tych dróg niewiele, / I że los jedną drogą iść mnie zmusza / I że tak łatwo z nią się nie rozdzielę”.

Nie bez wzruszenia czyta się najlepsze z nich — wszystkie bez tytułu skądinąd (choćby ten zaczynający się cytatem ze słynnej sielanki „Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły…” — a będący bolesnym wołaniem ku Ojczyźnie) — z uwagą zaś cały tomik. Ciesząc się, że się ukazał i jest, ale i wyrażając żal, że tak po cichu, zgoła bezszelestnie się pojawił w swojej szarobiałej szacie. No i zapewne zniknie też prędko na tle barwnego, jarmarcznego dziś rynku książki, niejako przypieczętowując swoim losem los Edwarda Śmigłego-Rydza.

[Edward Śmigły-Rydz, Wiersze 1940-1941, red. i oprac. Krzysztof Ćwikliński, Oficyna Wydawnicza Epigram, Bydgoszcz, 2026]

 

2.

Ostentacja, z jaką Tomasz Majzel, już w poprzednich swoich tomikach (tomikach, nie tomach właśnie) oszczędny w słowach (z każdym kolejnym coraz bardziej), ukazuje swoją — cóż, że za maską „ja” lirycznego chowaną — niechęć do słów wielkich, ale w zasadzie wszelkich, w tomiku najnowszym Święty spokój przybiera formę ekstremalną.

Nie powiem, bym tym piętrowym zdaniem, od którego zaczynam refleksję o tej jego książce, nie wchodził z nim w polemikę (być może mimowolną), owszem, wchodzę, ale to raczej przekora (mam nadzieję, że twórcza) niż niezgoda na głoszone przezeń w Świętym spokoju poglądy na poezję i pisanie w ogóle.

I mnie bowiem bliska staje się z wiekiem (moim wiekiem, nie tym „naszym”, XXI) nieufność wobec słowa, w poezji zwłaszcza, a z nią przychodzą wątpliwości podobne do tych, które ma bohater liryczny jego wierszy. Nazwany tu Sebastianem, a mający chyba wiele cech Tomasza. Cech literackich, choć może i życiowych. Czego pośrednim dowodem dodane do książki foto autora, siedzącego na krzesełku w ogrodzie i najwyraźniej nic nierobiącego (czy może raczej — w zgodzie z filozofią ich obu — robiącego nic).

Z drugiej strony trudno mi jednak uwierzyć, że wspomniana wyżej ostentacja, a z nią lekceważąca obojętność (obojętne lekceważenie) wobec zadań i spełnień poezji — postulowanych mniej czy bardziej jawnie przez innych poetów — jest tu tak do końca serio. Przeciwnie, wydaje mi się raczej prowokacją wobec nich (a i wobec samego siebie), wierzących, czy łudzących się, że słowa — komunikacja za ich pośrednictwem — to istota nie tylko literatury, lecz i życia ludzkiego. Skierowanej (skierowanego) na relację z innymi, wzajemne zrozumienie i porozumienie.

Tomasz Majzel — co zakładam, bo staram się czytać jego wiersze z uwagą — również w to wierzy, i wciąż się złudzeniom poddaje — choć coraz jaśniej za ich pośrednictwem informuje, że już go ta wiara męczy, i że ze złudzeniami się rozstał — wierzy, bo jakiż inaczej miałoby sens trwanie przezeń w nawyku pisania, którego efektem są owe wiersze właśnie, ba, ich kolejny tomik. Opatrzony skądinąd intrygującą okładką, w której wykorzystano kolaż Tomasza Bohajedyna. Jest na niej widmowy portret mężczyzny w kapeluszu — pozbawiony rysów, jednolicie błękitny, podobny sylwetce wyciętej z fotografii — wpisany w mocną zieleń. Okładka ładna sama w sobie (wydawnictwo Forma konsekwentnie takie — poetyckie — okładki promuje, nic sobie nie robiąc ze skłonności innych wydawców do realistycznego kiczu), lecz i bardzo dobrze oddająca charakter książki. Będącej zapisem wiary i niewiary właśnie, wpływających na siebie wzajem; dziennikiem obecności, ale i znikania. Którego ostateczną konsekwencją — co tu kryć, jeśli nie ukryte — powinno być właściwie zaprzestanie uprawiania poezji. Uprawiania słowem.

A czy można ją uprawiać inaczej? Hmm. Święty spokój próbuje się do tego zbliżyć. Na tyle, by wiersze były i nie były. Stąd nieustanne w nich zawieszenia głosu, pauzy, myślniki, po których nie zapisano myśli… Albo zapisano ją tak, że… daje do myślenia innego. Przeczącego założeniom autora. Świadomie zresztą. W wierszu Wszystko skończone czytamy na przykład: „»Wszystko skończone« / — zawsze oznacza że / trzeba jeszcze coś // dokończyć”. Paradoks? Poniekąd. Ale właśnie dynamika paradoksu rządzi tą na pozór tylko chłodną liryką, w której dominujący ton rezygnacji pozwala też na doszukiwanie się w niej nadziei.

Ponieważ Sebastiana wciąż dręczy niepokój, a niepokój jest napędem życia i domaga się samowyrażenia. Samo życie nie wystarcza.

„Przebudzenia Sebastiana wyglądają bardzo nieliteracko
po prostu budzi się i jest

samo bycie niewiele znaczy
niczego nie wyjaśnia

nie daje odpowiedzi
nie podpowiada pytań

przebudzenia Sebastiana są
natrętne

dokuczają”

czytamy w jednym z kończących tomik wierszy (Przebudzenia Sebastiana).

Tomik, którego lektura wydaje się prosta — niektóre teksty są tak krótkie, że wszystkie razem przeczytać można w pół godziny albo i szybciej — ale przestrzegałbym przed taką lekturą. Prostota Świętego spokoju jest bowiem zwodnicza. Owszem, ma skłonić czytelnika do refleksji dość jednowymiarowej: po co to wszystko — pisanie — czytanie — życie/bycie? Ale czuje się w nim również zaproszenie do przekroczenia tradycyjnych granic rozmowy poetyckiej. Namowę do takiego patrzenia na świat, jakim ten świat — co prawda — jest (a może jawi się nam tylko, domagając się spojrzenia w głąb) — czyli bezpośrednio i po prostu. Z maksymalnym ograniczeniem komentarza.

Bo właśnie takie patrzenie — na to, co poza słowem się otwiera — może się okazać (okazuje się) istotą rzeczy. Jak choćby w tej miniaturze, jednej z cyklu Spacerów: „Płatek śniegu / — dostrzegam go i wiem że // już nie jest” (Spacer XXVI). Obserwacje natury — te najbardziej, wydawałoby się, oczywiste, bo dotyczące tej, którą obserwujemy na co dzień — przynoszą zresztą Sebastianowi — i czytelnikom — najwięcej chyba satysfakcji i zrozumienia, jedynego możliwego, bo zaczynającego się od konkretu, a kończącego się niedopowiedzeniem, które samo w sobie znaczy: „Wierzbę okrojono // z płaczu” (Przycinka). Każdy z nas widział i widzi takie wierzby, z nazwy: płaczące, ale po obcięciu długich, płożących się czasem gałęzi, a de facto ostruganiu — które ma im dać energię ponownego wzrostu — wyglądające jak swoja własna karykatura; ostrzyżony do skóry więzień, rekrut.

Tomasz Majzel mówi też bardziej wprost, zwłaszcza wtedy, gdy… stara się o tym… nie mówić (nie pisać), jak choćby w tym dystychu bez tytułu: „cokolwiek powiem / najmniej w słowie”.

Przyznam jednak, że próby wyzwolenia się poety od ciężaru tej świadomości, że pisaniem zabija to, co w poezji najważniejsze, zwłaszcza te jego wiersze, które prowadzą go do nazywania pewnych rzeczy wprost, przekonują mnie w jego nowym tomiku najmniej. Co mi bowiem po konstatacji, że wie: „jakie to banalne, jakie to oczywiste, jakie to powtarzalne” (wiersz-notatka pt. 85), jeśli i ja (czytelnik) wiem o tym. Męki twórcze Sebastiana — owszem, traktowane z ironią (autoironią?) — który marudzi, że wolałby nie pisać, a przecież pisze, też mnie nie przekonują ani trochę. Po co zresztą do świadomości banału dodawać kolejny banał: „— jak mało wiesz — pomyślał Sebastian / — wiem — odpowiedział Sebastian” (Sebastian i Bruce Lee), mnożąc intelektualne kalki (słynne „Wiem, że nic nie wiem” — przypisywane Sokratesowi). O ileż lepiej, świeżo i ciekawie, brzmi ta sama myśl, gdy poeta wydobywa ze słów (jednak są pojemne!, bo wieloznaczne) i obserwacji codzienności taki koncept — bez tytułu: „Świt / — wszystko jest jasne // Niczego nie wiem”.

Poza wszystkim zresztą (także tym, co jest „jasne”) wiersze Tomasza Majzla najlepiej czytać, mając w pamięci (lub przed sobą) jego poprzednie wiersze z wcześniejszych tomików. Widać w nich bowiem, jaką szedł drogą do przekonania, że minimalizacja lirycznej strofy — ucieczka od komentarza — to najlepszy sposób pisania — a może już tylko przeżywania — wiersza, który w swoim nienapisaniu jest najpiękniejszy. Wtedy dojdziemy tam, gdzie doszedł Sebastian — w Spacerze XIX na przykład: „Taka cisza że / każdy dźwięk // — wiersz”.

[Tomasz Majzel, Święty spokój, Wydawnictwo Forma, Dom Kultury „13 Muz”, Szczecin, Bezrzecze, 2026]

Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści