Skip to content

JAN DRZEŻDŻON

Bursztynowe korale. 1

Dziś rano przystanąłem z lekkim wzruszeniem obok cmentarza. Zauważyłem bowiem, zupełnie przypadkowo, świeżo wzniesiony grobowiec. Lśnił białością w niebo, jakby urągając swoim kamiennym majestatem pełznącym, jak zazwyczaj nisko, chmurom. Z daleka widniały wyryte na środku litery oznaczające imię i nazwisko kobiety, którą kiedyś znałem. Obecny grobowiec wydał mi się lichy wobec jej piękna, które kiedyś reprezentowała.

Przybyłem do tego miasteczka jako młody aktor, wyobrażając sobie, że mój talent zostanie bardzo szybko odkryty i wśród oklasków i triumfów rozpocznę światową karierę. Wtedy Teresa, o której wiedziałem tylko, że jest malarką i prowadzi dość ekscentryczny tryb życia, zaprosiła mnie do swojego domu na herbatę. Włosy, mimo że miała je upięte do tyłu, wymykały jej się na ramiona, jakby swym dotykiem usiłowały składać pocałunki ciepłe, gorące. Ta ręka, zdolna zbierać leśne cienie, podawała mi cukier i sądziłem, że gdybym podniósł wzrok, zastanę pustkę wokół, albo też odbicie jesiennego, cichego jeziora. Jedynie nieznaczny szelest jej sukni zdawał się wprawiać pokój, ten malowany, w lekkie, przejmujące drżenie. Ileż to oszalałych myśli przemykało ukradkiem. Mówiono, że w środku nocy, gdy księżyc upada wciąż od nowa na wybrukowaną ulicę, ona szła na łąkę w białej, przezroczystej koszuli, z rozpuszczonymi włosami, niepodobna ani do pasterki, ani do nocnej latawicy. Czyżby nosiła w sobie cień tej łąki z jej nocną, upajającą słodyczą?

Jakie role pan gra, spytała mnie nagle i wydałem się wówczas jakiś niedorzeczny wobec jej obrazów, które zalegały na ścianach i podłodze. Mówiono nawet, że kąpała się w strumieniu księżycowym, który przepływał pomiędzy łąką a lasem dębowym.

Gram role epizodyczne, odpowiedziałem, służących, lokajów albo też po prostu odźwiernych.

W tym momencie zauważyłem maleńki obraz, miniaturkę, wyobrażającą bosą pasterkę i psa, którego dotykała ręką. Odniosłem nawet wrażenie, że ta para, dziewczyna z rozpuszczonymi na wiatr włosami i pies kudłaty minęli nas oboje, ocierając się o nasze dłonie, obojętni, stąpając po swej malowanej ścieżce. Atmosfera jej domu zdawała się nosić w sobie smak piołunu. Zauważyłem, że niektóre miejsca jej sukni zaczynają szarzeć, i pomyślałem wówczas, że brak uśmiechu na twarzy tej pasterki musi mieć z tym jakiś związek.

Na ogół uważa się, że czas należy zapełnić jakimś dźwiękiem, lecz u nas panowało wówczas bardzo długo milczenie, a mimo to po pokoju chodziły malowane kobiety z jej obrazów, niosły naręcza kwiatów, tak jakby uczestniczyły w smutnym nabożeństwie, w którym nie ma ani ołtarza, ani boga. Snuły się za nimi cienie księżycowe z tamtej łąki, na którą z pewnością nikogo nie zaprosiła.

Myślałem, że będę grać księcia, rzekłem, lecz wydaje mi się, że ludzie tutejsi nie przyszliby na baśniowe przedstawienie. Mówili mi nawet, że bardzo lubią, gdy na scenie zostanie ktoś zamordowany.

Zauważyłem, iż Teresa przypatruje się moim rękom, leżały na białym obrusie, bezwładnie, jak wynurzone z morza kamienie, które w każdej chwili mogą być zagarnięte przez najdzikszą falę. Kosmyk włosów zsunął się jej na ramię i jął obejmować całą szyję, tak jak to czyni najbardziej roznamiętniony kochanek. Stół oddzielał nasze dłonie i ramiona, jakby to on był postacią centralną w tym naszym pejzażu. Trochę przypominał marmurowy grobowiec, który obecnie okrywał swą kamienną skorupą echo jej głosu.

Czy naprawdę tylko tyle po niej zostało? Obrazy rozkradziono, a dom zamieszkuje fryzjer ze swoją żoną. W miejscu pracowni otworzył zakład fryzjerski. Goli głowy mieszkańcom miasteczka, przeważnie w soboty, gdy są porządnie wymyci po pracy.

Tamte mosiężne klamry na jej haftowanym na suknie pasie są bardzo podobne do rzuconych na środek zimnej płyty kwiatów. Ten sam odcień złota i marmuru odcinający suknię z jej szelestem od tła.

Nech pan zdejmie rękawiczkę, powiedziała Teresa, gdy już mieliśmy pić herbatę. Być może bała się, że niezgrabnym ruchem potrąci szklankę i rozbije ją na podłodze.

Tymczasem, w najdalszym zakątku pokoju jęły zakwitać białe czereśnie, a rój pszczół krzątał się zapobiegliwie. Zaczęły nas one potrącać skrzydłami i deptać nogami umoczonymi w miodzie, aż Teresa krzyknęła, aby uwiązać je na łańcuchy, ponieważ ma gościa, któremu zależy, aby mieć w mieście dobrą reputację. Zaraz, pierwszego dnia, gdy zjawiłem się w mieście i rozglądałem się dookoła, nie wiedząc, gdzie się podziać, zobaczyłem otwarte okno w jej domu i dziwne jasnożółte światło padające stamtąd na bruk. W taki ciepły czas słyszy się nieraz muzykę wewnątrz domu. Lecz tam trwała cisza, raz tylko przemknął w głębi niewielki cień, lecz po dłuższym wpatrywaniu się nie byłem pewien, czy mi się czasem nie zdawało.

Co pani najchętniej maluje, spytałem, wiedząc, że będzie mówiła chętnie o swoich pejzażach i wkomponowanych w nie postaciach. Lekko wydłużone usta zdały się szukać letniego wiatru, którego tu przecież nie było. Ileż one miały wspólnego z kwitnącą czereśnią i słodką mgłą, w której ona dojrzewała.

Jak to się stało, że tu jestem, pytałem siebie, dlaczego na jej obrazach jest tak wiele fioletu. Przypomniałem sobie pytanie, które zadała mi na początku.

Kto pana przysłał do tego miasteczka, spytała.

Miała wówczas na ramionach szal, który zgubiła w teatrze. Był to czas, gdy najwięcej ze wszystkich kwiatów uwielbiałem konwalie. Kwitną w rowach albo na miedzach w osłonie szerokich jak ośle uszy liści. Spotkałem kiedyś dziewczynkę, która niosła pełną ich garść, były zmięte i nieszczęśliwe. Zdawało się, że rozsypują po bruku szmer strumienia, który je od młodości pieścił. Mówiłem wówczas sam do siebie, że łąka została dotkliwie okradziona.

Nie malowałam dzisiaj ani wczoraj, odpowiedziała Teresa, z czego wnosiłem, że nie chce mówić o swoich obrazach. Słyszałem uprzednio, że ma ona w swej kolekcji jedno płótno, którego nikomu nie pokazuje, mało tego, stoi ono w obszernym pokoju zasłonięte białym materiałem.

Kiedy pani odsłoni tamto?, spytałem.

Zastygła w swym różowym uśmiechu, który wędrował od jednego obrazu do drugiego, rozdając pocałunki i wiwaty na cześć królowej różanego ogrodu, który powstał za sprawą Teresy. Dlaczego sfrunęła z tamtych jaśminowych krzewów, które już usychają i nie będą więcej rodzić ani kwiatów, ani liści. Zauważyłem podobieństwo pomiędzy liliowymi pierścieniami na sukni Teresy a tymi kikutami z kilkoma białymi kwiatami jaśminu. Jakie głębokie cienie zostawiały jej oczy na tym tle.

Wtem, drzwi się otworzyły bardzo nagle i do wnętrza wtargnęli żołnierze. Wzięli herbatę i pili, a Teresa zasłaniała w tym czasie okna. Miasto nie mogło być świadkiem zbrodni. Było zresztą cicho i spokojnie, tylko dwie kobiety zeszły z obrazu Teresy i przechadzały się po ulicach. Ich suknie szeleściły zgniłą zielenią, w rękach trzymały parasolki, mimo że deszcz nie padał ani też wiatru nie było. Teresa o tym nie wiedziała, a ja nie mogłem tak jawnie zwrócić jej uwagi na ten pusty obraz.

Zeszliście z mojego obrazu, rzekła Teresa i jęła jednego po drugim wpychać w puste ramy, gdzie rozpoczęła się straszliwa bitwa ze strzelaniem i gwałtowną walką wręcz. Pomyślałem o dwóch wędrujących na ulicy kobietach. Teresa musiała się pomylić. Żołnierze nie bardzo tam się mieścili. Jeden gruby generał byłby wypadł, gdyby nie ofiarność i bezinteresowność żołnierzy. Na Teresę nikt z nich nie zwracał uwagi, byli zajęci bitwą tak okrutną, że trup padał gęsto. Okazało się, że nie tylko ja zostałem zaproszony na herbatkę. Późnym wieczorem ktoś zapukał nieśmiało do drzwi. Osoby tej nie znałem.

Marcinkowski, przedstawił się nieznajomy i usiadł na krześle obok mnie i Teresy. Kiedy pan Marcinkowski poszedł, Teresa zamknęła za nim drzwi. Ale zaraz potem dały się słyszeć głosy za oknem:

Mnie Tereso! Mnie!, ona przeszła obok, a suknia musnęła leciutko moje włosy.

Byłem wtedy ptakiem leśnym, którego śpiew mieszka nad strumieniem jak gdyby to wciąż było lato. Teresa skierowała się do jednego z obrazów, na którym widniała góra złota. Nic więcej na nim nie było. Szczyty tej góry jaśniały niemal jak biel śniegowa, lecz im niżej, tym skała kruszcowa stawała się bardziej żylasta, niemal krwawa. Teresa brała garściami złoto i rzucała w okno, jak gdyby to był zwykły piasek lub kamienie.

Zbyt wiele tego złota, powiedziałem, a tam, za oknem, słychać było płacz tak przeraźliwy jakby już nie było dla nikogo ratunku. Czy nie ma dla was ratunku?, spytałem. Teresa wybiegła jak szalona z rozwianym włosem i suknią rozpiętą na główną ulicę miasta, tam, gdzie rozpoczęła się pielgrzymka miejscowych żebraków, którzy nieśli po garści złota, trzymając je nad głową i oświetlając sobie drogę. Można by to nazwać procesją z pochodniami. Na to tylko czekał tłum postaci znieruchomiałych przy ścianach. Zaroiło się w miasteczku od pątników, których nie wysłano na front z braku walecznego ducha. Każdy z nich niósł jedno skrzydło. Chciałem już minąć cmentarz, lecz uwagę moją zwróciło dwoje ludzi, którzy w dziwmy sposób omijali grobowce. Okazało się, że to byli ślepcy. Wreszcie stanęli na środku szerokiej lipowej alei i jęli wyciągać ręce ku czemuś, i trudno było się zorientować, co by to miało znaczyć.

Teresa wróciła z naręczem kwiatów polnych w objęciach, jakby w obawie, że rozsypią się jej pod nogami.

Weź, rzekła, podając mi pęk potarganych bratków. Trzeba ich wychłostać, inaczej nie wrócą w swoje dawne pejzaże.

Zaczęliśmy więc szperać po ulicach, wypędzając z zaułków czułych kochanków, baby ze straganami, aby nie psuły swym zachowaniem kompozycji obrazów. Teresa zaniosła się śmiechem tak gwałtownym, jakby tu odbywał się jarmark, a ona pełniłaby rolę błazna.

Minęli nas w milczeniu pasterze owiec, a huk, który powstał, gdy stąpali po bruku, wstrząsał miastem. Za nimi szły owce, potrząsając dzwoneczkami zawieszonymi na wełnistych szyjach. Były to sygnaturki, które zdawały się sypać pył posrebrzany wszędzie tam, gdzie szły. Pasterze wyszli już z miasta, a tu wciąż grzmiało i grzmiało.

Chcesz być w moim obrazie?, spytała Teresa i w tym momencie zakotłowało się za nami. Usta Teresy, jakby nabrały krwi, czy były blisko mnie jak słońca wypalone, spopielone. Nie mogła przecież nic zauważyć. Była ślepa, śmiała się, choć była noc, a kwiaty nabierały w jej rękach wyraźnego kształtu upiornej melancholii.

Moja Tereso. Przyszło dziś do ciebie dwoje niewidomych, trudno nie zgadnąć, w jakim celu, są bardzo zajęci i być może nie zauważyli nawet mojej obecności. Stoję przecież z boku, na zewnątrz, oparty o płot i nie daję żadnego znaku. Ale widzę ich oboje, odzianych w jesienne płaszcze, są już starsi.

Teresa miała dziwny zwyczaj spacerować w swoim pustym pokoju, tak że cień tylko był widoczny z zewnątrz. Niekiedy przystawała w oknie i wówczas jej głowa zdawała się być czarna plamą, którą tak łatwo zedrzeć. Miasto musiało być dla niej zwykłym snem, skoro nie nawiązała tu żadnego dialogu.

Do niedawna opowiadano sobie o dziwnym wydarzeniu, które wiązało się z domem Teresy. Oto któregoś dnia przybyła kareta, wioząc armatę ciężkiego kalibru. Czterech artylerzystów w cylindrach i w okularach załadowało armatę i tuż przed domem Teresy wystrzeliło na wiwat. Widziano, że firanki się rozchyliły i uśmiechnięta kobieta przesłała im z wnętrza swego domu pozdrowienie. Potem kareta z armatą odjechała bez pośpiechu, drogą, Teresa zaczęła spacerować ulicami, niosąc swe ciało wśród drewnianych królów, którzy tę ziemię zalegali. Najstaranniej wymalowana suknia nie mogłaby przesłonić jej zwiędłych okrzyków. Najlepiej zaopatrzone w zboże miasto nie mogłoby zapewnić jej należytej opieki bez wystrzałów armatnich.

Natasza, Natasza, wołano z gór, ale nikt nie czekał, aż partyzanci zaczną ostrzeliwać złote krowy. Zastanawiano się nawet, czy nie ulżyć w cierpieniu, na przykład podczas polowania na lwy.

Niech pan jutro mnie znów odwiedzi, rzekła Teresa, zamieniając tę noc w tajemniczy szept kwitnącej wiśni.

 

cdn.

Jan Drzeżdżon (ur. w 1937 r. w Domatowie, zm. w 1992 r. w Gdańsku) — prozaik, poeta, literaturoznawca, autor książek dla dzieci. Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej (1973). Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody im. Wilhelma Macha (1975), Nagrody im. Stanisława Piętaka (1976), Nagrody Związku Literatów Polskich (1977), Nagrody Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki (1991). Uhonorowany „Medalem Stolema” (1983). Tworzył w języku polskim i kaszubskim. Wydał m.in. po kaszubsku tomy poezji: Sklaniané pôcorë (1974), Przëszlë do mie (1993), a także prozę: W niedzielni wieczór (1974), Dzwónnik (1979), Na niwach (1991), Twarz Smętka (1993), Kòl Biélawë (1997); po polsku książki dla dzieci: Tajemnica bursztynowej szkatułki (1977), Kraina Patalonków (1978, 1985), Poszukiwania (1980, 1986), Wśród ludzi (1981, 1988), książki krytycznoliterackie: Piętno Smętka (1973), Współczesna literatura kaszubska 1945-1980 (1986) oraz opowiadania i powieści: Upiory (1975), Oczy diabła (1976), Leśna Dąbrowa (1977), Okrucieństwo czasu (1977), Wieczność i miłość (1977), Rozkosze miłości (1981), Karamoro (1983), Miasto automatów (1984), Twarz Boga (1984), Twarz lodowca (1986), Złoty pałacyk (1990), Czerwony Dwór (1992). Po jego śmierci ukazały się niewydane wcześniej powieści: Szary człowiek (1993), Michał Drzymała albo tragedia narodowa (2007), Pergamonia (2016), Szalona Monika (2017), Rotardania (2025), tomy baśni: Baśnie (2012), Gwiezdny chłopiec i inne baśnie (2023) oraz tom wierszy Łąka wiecznego istnienia (2012).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści