JAN DRZEŻDŻON
Bursztynowe korale. 2
Niech wszystkie kamienie zostaną na naszym polu, chciałem powiedzieć, lecz mrok wsączał mnie nieuchronnie, a Teresa została uwięziona w swym domu. Mieszkańcy miasteczka mogliby jej nieść pomoc, ale kwiaty na łące czyniły wielki hałas, zupełnie jak w domu wariatów. Nikt nie spodziewał się jej wizyty w takim stroju. Musiała przebyć setki kilometrów, bo kolana miała zdarte do krwi. Tak wielki entuzjazm bił z jej twarzy, że nawet pielgrzymi zastanawiali się, czy zostaną przyjęci przez swoich bogów.
Powiedzcie waszym bogom, mówiła Teresa, aby tak głośno nie śpiewali, bo nawet ślad życia nie zostanie.
Panowało ogólne przekonanie, że była bardzo rozrzutna. Rozdała na przykład wszystkie kamienie z naszego pola. Ale trudna rada, nie można było jej głosu nigdzie złowić, ani pod dębem, ani wśród brzóz. Gdy pytano się starego leśnego dziadka, gdzie są galernicy, zastanawiał się długo. Jego czaszka zaczęła się chwiać na różne strony i włosy zostały stargane przez wichry. Rozległo się wołanie ducha puszczy, który oznajmił, że galernicy, wszyscy bez wyjątku, zostali wzięci do nieba. W Teresie bardzo szybko rozpoznano zbiega z galer, lecz ona przed sądem udowadniała, że jest właścicielką łąki, a sędziowie, wszyscy bez wyjątku, są zdrajcami. Pytano ją, gdzie leży ta łąka, której jest właścicielką, a ona odpowiadała, że za miastem. Publiczność była bardzo wzburzona, twierdzono zgodnie, że za miastem jest morze. Sąd uznał, że należy dokonać oględzin nazywanych w ich żargonie wizja lokalną. Zawsze rano, główną ulicą, szli mieszkańcy gór, a każdy z nich trzymał w objęciach nogę Teresy. Były to porcelanowe kielichy, które w górach uznają za kwiaty, choć tak martwo kwitną. Gdy pierwszy mieszkaniec miasteczka otworzył okno, wówczas ciśnięto nogi na bruk i powstał szyderczy śmiech dochodzący z głębi domu, w którym mieszkała Teresa.
Proszę uwiązać tego psa na łańcuchu, wołała przeraźliwym głosem, zabiłam dla niego mojego męża, a on, mimo to, wyje.
W takich okolicznościach dowiedziałem się, że miała męża. Nie pytałem o nic więcej, ponieważ mogłoby jej się to wydać niesamowite. Opadający cicho mrok zasłaniał postaci gradem nienawistnych spojrzeń. Nie było ratunku, zdały się mówić jej oczy, gdy mnie żegnała, mówiąc: Dziękuję panu za szal, będę miała czym okryć ramiona w te chłodne, deszczowe dni.
A pan tu jeszcze siedzi, rzekła pośrodku nocy, zauważywszy mnie na progu.
Nie miałem pojęcia, że pani tu mieszka, odparłem, pukałem, sądząc, że to mój dom, lecz nikt nie otwierał. Niosła motykę na ramieniu, widać szła na pole spulchnić glebę, taka była zresztą oficjalna wersja, najprawdopodobniej szła ścinać szczyty gór lodowych razem z bogami dawno wyrzuconymi na śmietnik.
Rozrzutność Teresy nie miała granic, rozdawała psy wszystkim przechodniom, którzy mijali jej dom. Ile można dawać wiary wszystkiemu, na przykład słowom z Biblii, miłuj bliźniego jak siebie samego. Teresę zawieźli wielkim statkiem na sąd ostateczny i ogłoszono wyrok, aby nie wychodziła na deszcz bez parasolki, a skoro pragnie zdobyć szklane korale, niech woła na kupców, aby jej przynieśli w darze. Gdy na miasto napadli barbarzyńcy i oddali pokłon przed jej domem, otworzyła tylne okienko i wypuściła ze swego domu wszystkie słowiki. Miejscowi myśliwi strzelali do nich w locie i wiele zostało strąconych. Barbarzyńcy gwałcili i zadawali rany, a mężczyzn ścinano toporem na pniu.
Niech pan czasem nie sądzi, że jestem w panu zakochana — rzekła na odchodnym. Był już ranek i trudno byłoby na te tematy rozprawiać, rozpoczął się bowiem gwar i ruch, tak że moglibyśmy siebie nie słyszeć. Obok ludzie rozprawiali o zatrutej studni i o tym, że pierwsi śmiałkowie, którzy zlekceważyli rady uczonych, przypłacili to życiem.
Jeżeli pan zostanie w miasteczku na dłużej, to proszę nie grać tych samych ról, rzekła na odchodnym, gdy zamykałem już drzwi.
Muszę ci teraz powiedzieć, moja droga, nad tym zimnym, kamienistym marmurem, że grałem tylko jedną rolę, może ważną, może nie, ale mnie zeszło na niej całe życie, mianowicie byłem twoim przybocznym błaznem. Pod koniec każdy mój gest był wystudiowany, jak gdybym był manekinem, zbierałem dla ciebie bursztyny, które wkładałaś w oczodoły, mówiąc, że widzisz całe miasteczko, choć dobrze wiedziałem, że to było kłamstwo. Teresa uwielbiała brzeg morski. Leżała nieraz jak zabita mewa, a mieszkańcy przechodzili obok niej obojętnie. Ciekawe byłoby wiedzieć, jakie ta kobieta ma marzenia.
Gdyby pan miał ochotę mnie odwiedzić, rzekła na odchodnym, proszę rozpostrzeć nad miastem płachty tęczy tak, aby kolorowa, szklana tafla leżała na szczytach gór. A gdy diabły będą zjeżdżać po niej na gołych tyłkach, proszę tylko nadstawić otwarty worek, a one już tam same powpadają.
Gdy jej odnosiłem szal, spytała:
A pan do kogo?
Jestem aktorem, odrzekłem, i przynoszę pani szal, robi się chłodno, a poza tym to jest pani własność. Minęły nas dwie kobiety, które się kilkakrotnie obejrzały. Nie wolno deptać trawników, było napisane w całym mieście.
Teresa ścinała kamienne róże, które toczyły się żywo na plac zabaw, gdzie beztroskie dzieci dmuchały na nie, jak gdyby to były dmuchawce. Śmiały się przy tym radośnie, a pan Mierosławski im kibicował. Uszył nawet niektórym kapturki na deszcz. W młodości pan Mierosławski był przystojnym mężczyzną, a panny szeptały sobie o nim na ucho potajemnie, tak aby nikt nie słyszał.
Patrz, Tereso, rzekłem zdumiony, ten zasztyletowany na ostatnim obrazie coś mówi. Wydaje mi się, że szepcze imię zbrodniarza.
Moje słowa okazały się jednak nieprawdziwe, ponieważ to był samobójca. Teresa dała mu znak ręką, że wszystko w porządku, jego śmierć ma tutaj znaczenie symboliczne. Można się w ogóle nie przejmować. Wydawać by się mogło, że w ogóle zastanawiała się nad swoim losem.
Miliony komarów zaatakowały mieszkańców miasteczka, gdy byli zajęci sprzedażą świń i koni na rynku. Wystąpili przywódcy i zaprotestowali przeciwko takiej dyskryminacji rasowej. Potem szły przez rynek świnie z uszami oklapniętymi i ze łzami w oczach, a Teresa kupowała w tym czasie szklane pomarańcze i wizerunki starych kobiet, które targowały się o zielony zagon rzepy, którą diabły zasiały na samym skraju tęczy.
Czyż można winić wilka, że wyje z głodu, mruczeli żebracy usadowieni na rogach rynku. Teresa przyniosła szklaną trumnę i jęła tam wpuszczać konie i świnie, które zostały sprzedane.
Nagle jedna gwiazda runęła na środek rynku, a Teresa wpięła ją sobie we włosy. Ja, jako jej przyboczny błazen, zamanifestowałem tę chwilę uroczystym śmiechem, po którym tutejsi handlarze zwymiotowali.
Cień padł na naszą łąkę, rzekła mimochodem Teresa i dała mi w nagrodę jedno prosię, które biegało po rynku. Ludzie z gór zaczęli ogrzewać Teresę swoimi śnieżnymi szubami. Była to pierwsza ingerencja tutejszych mieszkańców w sprawy Teresy.
Minęliśmy scenę, na której tańczyło stado małp. Teresa szła piechotą zakurzoną drogą, ponad którą żarzyło się rozpalone niebo. Dwóch drewnianych świętych zeszło z obrazu, dotykając ziemi bosymi piętami. Nagle zaczęli krzyczeć w niebogłosy, że ich oszukano, ponieważ nie otrzymali obiecanej kropli miodu. Poradzono im, aby nie zwlekając, udali się na biesiadę królewską na górze i zaśpiewali głosami wielkimi hosanna.
Teresa została wychłostana na środku rynku, ponieważ potrąciła jednego z papierowych bałwanów, tkwiących w jednym z punktów miasta. Zostałem na koniec w pokoju sam, przyszło wprawdzie zawiadomienie, abym się stawił do wojska, ponieważ rozpoczęła się wojna, ale nie podano, gdzie stacjonuje mój batalion, nie wiedziałem zatem, w którą stronę się udać. Może bym ich spotkał, udając się w którymkolwiek kierunku, lecz pewności co do tego nie miałem. Moje wnuki zaczęły szturmować dom, wołając:
Niech ten pielgrzym wyjdzie na rynek, do cierpiącej Teresy. Drzwi się wówczas otworzyły i wyszedł pielgrzym o kiju, nie patrząc na mnie. Zamknięto wszystkie okna w mieście, aby mógł iść ulicami samotnie. W ślad za nim podążał jeden wariat, którego usta były roześmiane od ucha do ucha. Posąg matki tego wariata został odlany w gipsie i tkwił wśród łąk i pól bezgłośnie, bezszelestnie, martwo.
Trzymałem w ręku zasuszoną różę, jak sztandar, a w tym samym czasie Teresa jako gałgankowa lalka została wystawiona na licytację. Początkowo ceny rosły, lecz z czasem opamiętano się, że to tylko szmaty i wartość jej spadała błyskawicznie na łeb, na szyję. Wreszcie kupił ją nieznany przybłęda za dwa złote i wśród kpiących okrzyków i drwin wiódł ją przez miasto jak świętą krowę na rzeź. Minęli pielgrzyma, który nie zwrócił na nich uwagi. Mimo wszystko Teresa musiała mieć przewodnika.
Czyżby tych dwoje ślepców ofiarowywało jej swoje usługi? Spadają liście żółte, suche, jesienne, zakrywając ich oczodoły, jakby chcąc pogrzebać krzyk ten przeraźliwy, który wydają pielgrzymi podczas niespokojnego snu. Rozsunąłem firanki w oknach, aby pożegnać wnuków, którzy tędy przechodzą wciąż od nowa ze swoim zmartwieniem okrutnym i z plamą krwawą na czole. Towarzyszą im złodzieje, którzy w swych skórzanych torbach niosą nagrobki dla burmistrza i jego sekretarza. Żona burmistrza z córkami wyszły na stację, aby pożegnać starego zakrystiana, który wybierał się w góry. Machały rękami i chusteczkami, aż powstał sztorm, który wywiał zakrystiana z pociągu, a maszynista wraz z konduktorem zasnęli. Szły potem plotki, że jedna z córek burmistrza, imieniem Ewelina, się zgziła. W związku z tym nikt nie został zaproszony na wesele, które się odbyło w górach. Gruba Maryna rozpaczała w niebogłosy, ponieważ policjanci zastrzelili jej psa w momencie, gdy dawała mu jeść.
Nie mogłem wytrzymać widoku, gdy Teresę kamieniowali, i to kto, wnuki. Pozłazili z jej obrazów, jak kto stał, w kalesonach, nago i ruszyli do rakarni gdzie z daleka rozlegało się głuche wycie kundli. Tymczasem w mieście zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Sprzedawcy jarzyn zostali wtrąceni do lochów, a stamtąd wyfrunęły stada białych jak śnieg aniołów, które rozlazły się po mieście. Twierdziły, że poszukują pracowicie zakrystiana, który mógł spowodować burzę z piorunami. Ale nigdzie nawet śladu zakrystiana. Jakiś przechodzień twierdził, że mijana w wąwozach brzoza zachowywała się nienaturalnie, tak, jakby w jej koronie ktoś przebywał. Wydawało mu się, że tam ktoś rozmawiał językiem mu nieznanym. Mieszkańcy miasta otoczyli przechodnia, oczekując nowin. Potem włożyli mu w usta obola i wypchnęli do krainy zmarłych, utkanej z samych szumów brzozowych. Zawiesili mu na plecach korale z bursztynu dla Teresy, która na nie czeka niespokojnie.
To papierowe miasto spalimy, mówili wnukowie, którzy zostali aresztowani przez błaznów towarzyszących Teresie. Każdy z nich nosił garb, którym się podpierał niezwykle starannie. Teresa powiedziała, żeby się uśmiechnęli na widok rzeźnika. Rozpuściwszy włosy, rzuciłem się do ucieczki, co wywołało popłoch wśród przybocznej świty Teresy. Zawołała najstarszego błazna ku sobie i zapytała go, czego się śmieje. Niestety, błaznom nie można ufać, dlatego też rzuciłem się znów do ucieczki.
Dzikie gęsi zasnęły wśród zorzy krwaworóżowej, na co wskazywały ich zwieszone łby, tak jakby zdechły lub były pijane.
Żelazem i ogniem poskromić je, mówili sprzedawcy na rynku i wskazywali kowala, który malował kwiatki łąkowe na mosiężnych grzbietach wnuków.
Nazajutrz wszystkie panny wstały rano, zanim pielgrzym się zorientował, że to nie jest miejsce święte. Puściły się galopem przez rynek, na którym Teresa sprzedawała swoje korale. Ostatnia z panien potknęła się o wieprza, który nie został wczoraj sprzedany i w związku z tym przechadzał się całą noc po rynku. Jest możliwe, że słuchał wykładu miejscowego profesora, który od lat nie mogąc spać, po nocach wykładał na rynku historię tego miasta.
Gdy wróciłem na scenę, publiczność zapytała:
Oddałeś Teresie szal?
Tak, odrzekłem, oddałem Teresie szal.
To wszystko w porządku, stwierdzili zebrani widzowie. Podniosłem sztylet na wysokość serca, ponieważ grałem wtedy rolę postaci tragicznej, a w miejcie powstał wielki ruch z okrzykami łapaj złodzieja. Okazało się, że z łąki zginęły dwie krople miodu, które oszczędzało przez całe życie dwóch paralityków na spokojną starość. Teresa w tym czasie akurat umarła, o czym dały mi znać obrazy, które zaczęły po kolei spadać ze ścian. Gruby generał nabił sobie przy tej okazji guza i wrzeszczał na mnie, że gdybym nie był takim lichym drapichrustem, zastrzeliłby mnie z armaty.
Wszcząłem dyskusję z generałem na temat roli oka w życiu człowieka. Teresa leżała obok z przypiętymi do liliowej sukni kwiatami. Były to maki i chabry, które rzucały okrutne cienie na jej woskową zimną twarz. Rozpoczęły się śpiewy żałobne w całym mieście, a dwaj nieznajomi minęli się na skrzyżowaniu.
Wytoczyłem armatę na środek pokoju, przeciwko wnukom. Jednemu utrąciłem dłoń, którą złożę obok sukni Teresy.
A prawda, przecież ten grobowiec wędruje po cmentarzu, to jest sprawka wnuków. On był zupełnie w innym rogu, teraz jest w sąsiedztwie śmietnika. Leżą obok niego suche wieńce i liście oraz na pół zgniłe szarfy z wyrazami współczucia. Przyjdą tu może jutro lub pojutrze i zobaczę, co się z grobowcem dzieje. Może przyjdę tu jutro lub pojutrze i zobaczę jej korale bursztynowe rozsypane na śmietniku cmentarza.
Jan Drzeżdżon (ur. w 1937 r. w Domatowie, zm. w 1992 r. w Gdańsku) — prozaik, poeta, literaturoznawca, autor książek dla dzieci. Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej (1973). Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody im. Wilhelma Macha (1975), Nagrody im. Stanisława Piętaka (1976), Nagrody Związku Literatów Polskich (1977), Nagrody Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki (1991). Uhonorowany „Medalem Stolema” (1983). Tworzył w języku polskim i kaszubskim. Wydał m.in. po kaszubsku tomy poezji: Sklaniané pôcorë (1974), Przëszlë do mie (1993), a także prozę: W niedzielni wieczór (1974), Dzwónnik (1979), Na niwach (1991), Twarz Smętka (1993), Kòl Biélawë (1997); po polsku książki dla dzieci: Tajemnica bursztynowej szkatułki (1977), Kraina Patalonków (1978, 1985), Poszukiwania (1980, 1986), Wśród ludzi (1981, 1988), książki krytycznoliterackie: Piętno Smętka (1973), Współczesna literatura kaszubska 1945-1980 (1986) oraz opowiadania i powieści: Upiory (1975), Oczy diabła (1976), Leśna Dąbrowa (1977), Okrucieństwo czasu (1977), Wieczność i miłość (1977), Rozkosze miłości (1981), Karamoro (1983), Miasto automatów (1984), Twarz Boga (1984), Twarz lodowca (1986), Złoty pałacyk (1990), Czerwony Dwór (1992). Po jego śmierci ukazały się niewydane wcześniej powieści: Szary człowiek (1993), Michał Drzymała albo tragedia narodowa (2007), Pergamonia (2016), Szalona Monika (2017), Rotardania (2025), tomy baśni: Baśnie (2012), Gwiezdny chłopiec i inne baśnie (2023) oraz tom wierszy Łąka wiecznego istnienia (2012).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved