RAFAŁ MIELCZAREK
Zakamarek. 2
Staliśmy przed klubem, mijani przez nocne zwierzęta cierpiące na syndrom tropiciela węży, wrzeszczące, łajdaczące się, wciąż i wciąż takie same jak miesiąc, rok, dekadę temu. On przypomniał sobie, że nie tylko ja tu jestem i sfrunąwszy z mojego ramienia, wylądował niepewnie na ramieniu Czarnej i zaczął jej coś zawzięcie tłumaczyć. Dziewczyna uniosła brew, a przez karmin jej ust przebiegł cień pogardy. Kiedy Jego monolog się skończył, skwitowała go lapidarnie, że musi włożyć łeb pod kran. Chciałem się pożegnać, jednak Czarna zagrała na mym dżentelmeństwie i poprosiła o pomoc w zatachaniu Jego do domu. Już miałem odrzec, że w razie czego kierowca jej pomoże, ale kiedy Czarna powiedziała, że za kółkiem siedzi babka, zmiękłem. Choć przyznam szczerze, że nie widziałem się dziś w roli dobrego samarytanina. Dobrzy samarytanie ze spłyceniem afektu anhedonią są jak pączek bez nadzienia.
Drogę do Niego spędziliśmy w przyciężkawym milczeniu. Zresztą w samochodach, autobusach i innych środkach transportu zawsze było mi nie po drodze ze strzępieniem języka. A już w Uberach, taryfach i innych współczesnych miejskich dyliżansach — szczególnie. Zmieniałem się w nich w ostatecznego niewolnika ciszy. Nie przepadałem za samą ideą podwożenia. Taksówkarz czy inny bolciarz zawsze wydawał mi się jakimś wtrętem, kołkiem rozporowym, aberracją, która, fakt, służyła za dwudziestopierwszowiecznego dorożkarza, niemniej, przy okazji, nadstawiała ucha, wybijała z rytmu, desynchronizowała wytłumienie tymczasowych miejskich współpasażerów podróży z punktu A do B. Ten również starał się to czynić, więc, zapobiegliwie, byłem zmuszony zapatrzeć się na zewnętrzność roztaczającą się za oknem pojazdu. Chłonąłem obrazki przepływające przed oczami jak przewijany film na podglądzie, zawsze tak samo skonfigurowane, żadnej niespodzianki typu pionowy chodnik, szybujący kot, samochód chodzący wspomaganym chodem iście transformerskich nóg. Mimowolnie westchnąłem w myślach. Natychmiast zrugałem się pod nosem za ten niedorzeczny dąs. Nie byłeś już pierwszej młodości, chyba powinieneś już do tego przywyknąć, do skazania na tożsamość powtórzeń wszystkiego ze wszystkim a przede wszystkim z sobą samym.
Podróż na szczęście nie trwała długo. Dość bezceremonialnie wyciągnąłem, prawie wyszarpałem Go z samochodu. Czarna zaraz do mnie doskoczyła, aby wesprzeć mnie w tachaniu alko-zwłok. On wciąż miał zawiązany na czole mój krawat. Jego wzorzystość przywoływała skojarzenia z opaskami kamikaze. Tym razem było Ci pisane ponieść porażkę i wylądować bezpiecznie we własnych pieleszach, boski wietrze!
Dotoczyliśmy się do drzwi wejściowych budynku. Bez dwóch zdań, On musiał być kutym na cztery łapy apologetą zastanego establishmentu, gdyż mieszkał w niczego sobie „chawirce”. Lobby ociekające marmurem, ornamentacja korytarzy wykastrowana sterylną nowoczesnością, a gdy Czarna pogmerała w telefonie i przyłożyła go do elektronicznego czytnika w zamku drzwi do mieszkania, moim oczom ukazał się istny współczesny przepych. Przestrzeń składająca się z samej złamanej bieli, gdzieniegdzie upstrzonej tymi trudnymi do klasyfikacjami kolorami typu écru, tu i tam okazjonalnie wysmakowana płaszczyznami kremowości oraz płatami nieokreślonych szarzyzn. Drepcząc po grafitowym frędzlastym dywanie, potykając się co rusz, przenieśliśmy Go przez tę sterylną w gruncie rzeczy reklamę interior designu do sypialni. W półmroku Czarna pokierowała nami kilka metrów w lewo i zarzuciwszy swoją zgrabną nogę na uchwyt, płynnym ruchem otworzyła przesuwne drzwi do łazienki. Rozległo się charakterystyczne ledwo słyszalne cyknięcie czujnika ruchu i ponownie nastała światłość. Złożyliśmy Go w centralnym punkcie wymuskanego na jeszcze bardziej antyseptyczną modłę niż living pokoju kąpielowego — wannie z rżniętego marmuru na złotych nogach. Nie zdążyłem się nawet dobrze wyprostować, gdy Czarna z przepraszająca miną wypchnęła mnie prędko przed drzwi sypialni, polecając zrobić sobie drinka i czuć się jak u siebie.
Udałem się więc do nieskazitelnego salonu. Podstawą trójwymiarowości wymuskanej livingo-kuchni był trudny do określenia nieforemny siedmiokąt. Przypominający dziwaczny tetrisowy klocek, antracytowy trzysegmentowy narożnik stanowił złamaną oś przestrzeni, przedłużoną o wyspę w kształcie litery L w „sektorze” kuchennym. Płaskie powierzchnie klap, pokryw i drzwiczek najprawdopodobniej nieprzyzwoicie drogich sprzętów AGD sprawiały wrażenie scenografii postawionej na potrzeby planu filmowego. Uchyliłem drzwiczki czegoś, co mogło być piecykiem do chleba. Prawdziwy. W jednej z alków znalazłem barek. Zrobiłem sobie na oko podwójnego gina z tonikiem, choć obsłużyłem się dość nieswojo, z postępująca awersją wymierzoną w całość apartamentu. Drogie trunki w karafkach z rżniętych kryształów zaczynały pomału domykać obraz bezmiernej nudy, jaką trąciło to miejsce. Nic dziwnego, że On wydawał się być zatwardziałym bywalcem barów i buduarów, bezpardonowym bumelantem i bawidamkiem. Też byłbym, gdybym mieszkał w takim miejscu!
Sączyłem drinka i szwendałem się tam a sam po bez mała osiemdziesięciometrowym livingu. Z nosem coraz mocniej zwieszonym na kwintę, mój fajerwerkowy entuzjazm pomału dogasał, zalewany kolejnymi łykami jałowca z chininą. Szlag, ile razy jeszcze będę pakował się w takie rzeczy! Uzależniony od sytuacji, sytuacjonizm wymuszony, wmuszenie przez dookolność, od której nie sposób się opędzić, ani przed którą czmychnąć. Okoliczności okalające — co za bezsens. Bezsens tkwienia, utkwienia w miejscu całkowicie pozbawionym znaczenia. Zacisnąłem dłoń na szklance. Całość otoczenia sprawiała wrażenie, że stroi sobie ze mnie żarty. Pusty śmiech niczego wycelowany we mnie, który „nijaczył się” przez to jeszcze bardziej niż był.
Mijałem właśnie absolutnie przewidywalny kwiat, którego orientalność kształtów listowia gwarantowała spójność kompozycji z pobliskim wycinkiem przestrzeni, gdy kątem oka dostrzegłem, iż roślina pełni inną funkcję niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Zawahałem się, zerknąłem w stronę sypialni, po czym odsunąłem donicę. Moim oczom ukazały się wąskie drzwi. Tajne przejście, zupełnie jak w rokokowym pałacu! Mój skarlały egzystencjalny weltschmerz momentalnie ustąpił miejsca kampowej metarefleksyjności — „oto rewelacja na miarę czasów, w których przyszło mi żyć: »stoi w cudzym prawie-penthousie znajomego nieznajomego i patrzy na świeżo odkryte drzwi, motywem pasujące do epoki sprzed ładnych paru nieskończoności«”. Mimo wszystko chwyciłem za klamkę. Drzwi okazały się otwarte i bezgłośnie ustąpiły pod lekkim pchnięciem.
Ekstremalnie wąski jasnozielony korytarz oświetlały halogeny pod sufitem. Posuwałem się do przodu wolno, ostrożnie, jak gdyby obawiając się niedorzecznego skrzypnięcia podłogi, które zwaliłoby mi na głowę Jego i Czarną. Po około dziesięciu metrach przejście zakręciło w lewo, ujawniając następne pięć metrów korytarza zakończonego kolejnymi drzwiami. Moja sytuacja zasnuła się oparami tak gryzącego absurdu, że obejrzałem się za siebie, tym razem w poszukiwaniu kamery i ekipy filmowej. Powitała mnie jedynie liminalność właśnie pokonanego zakrętu. Z mieszaniną rozczarowanego niedowierzania podszedłem do drzwi. Te również były otwarte.
Pierwszym, co ubodło moje oczy, była swojskość pokoju. Typowe, wręcz sztampowe, nie za duże, nie za małe 15 metrów kwadratowych z klasyczną meblościanką po lewej, starym startym dywanem „w ulice” na podłodze, pojedynczym łóżkiem po prawej, biurkiem z tanią lampką w głębi. Każdy z nas mógł mieć taki pokój w dzieciństwie. Brakowało jedynie okna, gdyż to na ścianie nad biurkiem było namalowane. Całość wieńczyła lekko dyndająca ze środka sufitu trójramienna lampa, w którą — mógłbym przysiąc — wkręcono trzy stare wolframowe sześćdziesięciowatówki. Jedyną aberracją były dwa nagie manekiny na środku pokoju, które siedziały nieruchomo ze złączonymi nogami i dłońmi spoczywającymi na kolanach. Po jaką cholerę Mu dwa manekiny w tajnym pokoju? Czy bycie upper-class neo-bourgeois sprawiło, że pokusił się o pokój dla lalek w skali 1:1? Czyżby był jakimś popapranym fetyszystą? Aby nie zdechnąć z nudów, rozgrywał scenki rodzajowe z dzieciństwa? Kompensował sobie alienację na szczycie kapitalistycznego żeru reminiscencjami na żywo z czasów bezkresnej beztroski lat pacholęcych? Od nadmiaru interpretacji zaczął łupać mnie łeb…
Gdy podszedłem do siedzących na krzesłach figur, stwierdziłem, że to nie mogły być zwyczajne manekiny. Bliżej im było do rekwizytów z działu efektów specjalnych. Pod względem pieczołowitości wykonania i poziomu detali przypominały hiperrealistyczne ersatze ciał Ellen Ripley z Obcego Przebudzenia. W ostatniej chwili powstrzymałem gwizd zachwytu i pokiwałem z uznaniem głową. Uwaga, jaką poświęcono na udetalizowanie twarzy, musiała być wręcz nieziemska. Nieregularna łukowatość brwi, naturalnie nierównomierna gęstość rzęs, nawet syntetyczna, całkowicie bezwłosa skóra miała pory! Zdawała się emanować ciepłem autentycznego ciała. Kiedy chwyciłem pukiel włosów żeńskiego egzemplarza, aby powąchać jak pachną, manekin otworzył oczy!
Odskoczyłem jak oparzony. To był żywy człowiek! Kobieta wpatrywała się we mnie autentycznymi, jak najprawdziwszymi oczami. Jednak z jej spojrzeniem było coś nie tak. Owszem, jej wzrok spoczął na mnie, lecz nie w sposób w jaki zwyczajowo takie spoczywanie się odbywa. Im dłużej wpatrywałem się w nią, tym bardziej uwidaczniała się bezwolność jej wzroku. Nie krył się za nim ani gram osobowości. Oczy zwykle aż gotują się do tego, aby eksponować, wyrażać to, co kłębi się nam pod czaszką. To one zdradzają jako pierwsze, wszystko, wszystkim, zawsze. Są piętą achillesową twarzy, jej najsłabszym ogniwem, lecz zarazem najmocniejszym spoiwem intencji. To na nie, rzekomo, zwyczajowo czy też instynktownie, zwracamy uwagę jako pierwsze. Jednak tu, u tej nagiej kobiety, oczy, o pięknym zielonoorzechowym odcieniu, nie wyrażały niczego. Nie były również oczami lalki, czyli martwymi udającymi żywe, ani czarnymi jak węgiel ślepiami żarłacza białego, czyli żywymi małpującymi martwe. Jej oczy niczego nie chciały, nie chciały, nie oczekując, oczy niemożliwości odwzajemnienia…
Z każdą sekundą gęstej jak masa kajmakowa ciszy towarzyszącej mojemu milczącemu wpatrywaniu się w kobietę, dolina niesamowitości, której przemożnego, obłapiającego wpływu nie powinienem był w ogóle odczuwać, ponieważ postać nie była androidem, pogłębiała się. Zadałem nagusce zestaw standardowych pytań dotyczących imienia, pochodzenia, rodziny. Nie odpowiedziała na żadne. Nawet nie drgnęła. Dalej wpatrywała się we mnie tymi niechcącymi oczami, mrugając powiekami w regularnych pięciosekundowych interwałach, co zaczynało pogłębiać mój dyskomfort. Czułem się pognieciony, wymiętolony przez statyczność jej braku chcenia, przez opieszałość niezmienności jej wzroku, zawieszonego między żywotnością a martwotą. Nie miałem już siedemnastu lat i naprawdę wiele widziałem, ba, czasami nawet wdepnąłem przez to w naprawdę niezłe łajno, ale moje sterczenie w tym pokoju pod krępującą nieporuszalnością wzroku tej kobiety zaczynało prędko wskakiwać do top 5 największych spierdolin sytuacyjnych, w jakich przyszło mi kiedykolwiek uczestniczyć.
Coś mnie jednak tutaj zatrzymywało. Jakiś cień wątpliwości zapobiegał wzięciu nóg za pas. Przygryzłem wargi. Skoro ona nie reagowała, to może jej kompan będzie bardziej responsywny? Podszedłem do mężczyzny, moja dłoń zawisła nad nim w półsekundowym zawahaniu, po czym dotknęła jego ramienia. Natychmiast otworzył oczy i wyciągnął przed siebie rękę. Ten sam żywo-martwy, niechcący wzrok. Zadałem mu podobny zestaw pytań co poprzedniczce, dorzucając parę nowych w stylu „jak się tu znalazłeś?, czy jesteś tu dobrowolnie?”, itp. Cisza. Potarłem brodę w zamyśleniu. Złapałem mężczyznę za głowę samymi palcami i lekko obróciłem ją w moją stronę. Wykonał polecenie bez szemrania. Ująłem jego zwisającą bezwładnie dłoń i dwoma palcami zasugerowałem, aby przekręcił ją grzbietem do podłogi. Ponownie sukces. Lekko popchnąłem jego brodę w prawo, aby odwrócił głowę w kierunku towarzyszki niewoli. Precyzyjnie i w punkt. Czyżby reagowali wyłącznie na dotyk? Bezwolne kukły? A zatem teatrzyk? Naga para niewolników, nie!, bez-wolników, zamknięta w pokoju, gotowa do niecnych nocnych inscenizacji? A może to nie tak? Żyłem w czasach raczkującej androidyzacji. Kto wie, gdzie KONKRETNIE pracował On? Może był szefem działu R&D jakiejś korporacji i to były modele testowe? Cały pokój mógł być domowym laboratorium naszpikowanym czujnikami i inną elektroniką, nadzorująca i monitorującą każdy najdrobniejszy ruch, wariację i aberrację zachowań obu androidów. Zaśmiałem się pod nosem. Sam nie uwierzyłem w to, co właśnie pomyślałem. Efekty uboczne zaczytywania się w science fiction za młodu. Życie nie przypomina science fiction. To fiction bez science, a nawet czasami bez samego fiction. Sama spacja, przerwa, nic między niczym a żadnym.
Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl. Stanąłem ponownie przed kobietą, tak abym znalazł się w zasięgu jej wzroku. Poleciłem jej wstać. Wstała. Kazałem jej podnieść ręce do góry. Podniosła. Zatem wykonywali werbalne rozkazy. Podszedłem do niej bliżej i ponownie się zawahałem. W końcu połaskotałem ją pod pachą. Nic, zero reakcji. Zakomenderowałem, żeby się śmiała i uciekała przed gilgotaniem. Natychmiast wybuchła śmiechem, opuściła rękę i przytrzasnęła moje palce ramieniem.
— Chyba musisz już iść!
Wyszarpnąłem rękę spod pachy i obróciłem się w stronę drzwi. To był On. Obok niego stała Czarna. On miał mokre, gładko zaczesane do tyłu włosy, wilgotna górna połowa koszuli przykleiła mu się do torsu. Jego przekrwione oczy pałały czystym gniewem, jednowymiarową, ledwo powstrzymywaną furią. Czarna wtórowała tym samym.
— Ja… — Chciałem zacząć, ale nagle głos uwiązł mi w gardle, bo kątem oka zauważyłem, że nadzy zeszli z krzeseł i klęczeli z pokutnie pochylonymi głowami.
— Tak, ty — wyraźnie odrzekł On. Stał prosto, nieruchomo, niemal na baczność, roztaczając swym ciałem pozór perfekcyjnego opanowania, ale wzrokiem, razem z Czarną, rozrywał mnie na strzępy. Dopiero teraz dostrzegłem w jego dłoni kij baseballowy, trzymany wzdłuż nogi.
— Natychmiast — rozkazała Czarna.
W mig pojąłem absolutną nienegocjowalność sytuacji. Z lodowym soplem paniki w gardle, trzymanym w ryzach przez szczątki opanowania, zrobiłem parę kroków w ich kierunku. Czarna odsunęła się, aby zrobić mi przejście. Czułem na sobie ich odprowadzający wzrok, skłębioną, naprężoną do ostatecznego uderzenia eksplozję nagiej wściekłości. Siląc się na resztki zimnej krwi, przeszedłem wolnym krokiem jasnozielony korytarz. Wiedziałem, że za mną idą, wyczuwałem bezgłośność ich obecności za moimi plecami. Dopiero przy drzwiach apartamentu odważyłem się nieco obrócić. On stał na baczność, tym razem tuż koło abstrakcyjnego kwiatu przestawionego na swoje miejsce. Stojąca tuż za mną Czarna przyłożyła telefon do zamka. Drzwi się uchyliły.
— Nigdy tu nie byłeś, niczego nie widziałeś, nigdy się nie spotkaliśmy. — W mojej ręce wylądowało papierowe zawiniątko. Zerknąłem na Czarną. Jej gniew ewoluował w nieznoszącą sprzeciwu zajadłość i grozę. Bezgłośnie pokiwałem głową. Wyszedłem z mieszkania. Drzwi pomału zamknęły się.
Szedłem, a mój krok wydłużał się, maskując drżenie nóg serwowane przez opadający poziom adrenaliny. Zatrzymałem się dopiero w oddalonym o dwa i pół kilometra parku. W prawej kieszeni płaszcza wciąż kurczowo trzymałem zawiniątko od Czarnej. Wyciągnąłem je drżącą dłonią. Zgnieciona, na wpół rozmokła od zimnego potu koperta skrywała banknoty. Przeliczyłem. Siedem tysięcy w gotówce. Za milczenie. Za niewiedzę. Za niepamięć. Za nieistnienie tamtego mieszkania, za nieistnienie Jego i Czarnej, za nieistnienie tamtego pokoju. Cisnąłem kopertą między drzewa ścięte wczesnogrudniowym ziąbem.
Brnąłem dalej wśród nagich klombów, ogołoconych gałęzi, martwego listowia, starając się nie myśleć. Wreszcie wyszedłem z parku. Noc dogorywała w bezkrólewiu dnia zwanego przedświtem. Zorientowałem kierunek marszu na dzielnicę, w której mieszkałem. Gdy tylko spojrzałem w górę na ciemne okna kamienic, momentalnie stanął mi przed oczami tamten pokój. W ilu z nich znajdują się takie niespodzianki? W ilu podwójne, może potrójne żywoty toczą lokatorzy o podobnym stopniu maskowania się w wielowarstwowych iluzjach standardowych normalności? Ile takich miejsc posiada pokoje zaadaptowane do zbliżonych, albo jeszcze gorszych rzeczy? Pusty, wydrążony, zupełnie czczy śmiech ogarniał mnie na samą myśl, że całość tego, co rozegrało, a w zasadzie nie rozegrało się w tamtym pokoju, pozostawała całkowicie niewyjaśniona. Sytuacja tak rozdmuchała, rozbuchała się od nadmiaru czegoś, co ukrywało się za jej fasadą, aż połączenia między jej kolejnymi warstwami zostały przerwane. Tamten pokój nagle wydał mi się aberracyjnym skłębieniem, zapętleniem od metafizycznego napęcznienia. Bez początku i końca, czysty wir. Fakty, rzeczy, interpretacje, sytuacje, i możliwości konsekwencji z nich wynikających, wszelkie możliwe ciągi dalsze, zsyntetyzowane kłącza zmutowanych „konsystencji” następstw, wszystko to, a nawet abstrakcyjne całości poza tym wszystkim, zatrzasnęło się w tamtym pokoju, tworzyło nieprzebytą, zwartą metafizyczną dżunglę. Eklektyczna opuchlizna rzeczywistości zwinięta w zakamarek. Pulsował, wypluwał z siebie spiętrzenie, spienienie rzeczywistości. Był przepełniającym zgrozą przykładem zbyt monstrualnego ścisku interpretacyjno-ontycznego, który zatruwał przestrzeń. Choroba autoimmunologiczna wszechrzeczy, samoistne, inercjalne skłębienie się świata, jego ukryty, ciemny, mroczny pęd w gorączkującą autodestrukcję. Wszystko i poza-wszystko wpakowane, wtranżolone, sprasowane w jeden punkt, który przecież JAKOŚ musiał się przejawić, więc tam, u Niego, wybrał sobie „swojskość” pokoju dziecięcego, a następnie transmutował się w bez-wolny zakamarek, pozbawiony początku i końca, samoodradzające się odium wycelowane we wszystko i wszystkich. To tam zaczyna się i kończy nicość współczesności. To z takich miejsc jak to wypączkowują podsycenia niedomówień, niejednoznaczności, brutalnych ekstremów piętnujących szaroburą codzienność, która staje się przez to jeszcze bardziej żadna i nijaka, fasadowa i zamaskowana interpretacjami prowadzącymi donikąd. Dywan „w ulice”, ale za nim, w nim, przed nim, po nim, pod nim i nad nim… Niech nikt mi nie wmawia, że to NIE POZOSTAJE bez wpływu na nikogo i na nic!? Roześmieję się bezczelnie w twarz każdemu, kto powie, żebym nie przesadzał! Splunę w gębę wszystkim, którzy machną na to ręką! Wszystkim, bez wyjątku…
Zatoczyłem się bezwładnie, grzmotnąłem w ścianę kamienicy i zwymiotowałem. Za dużo. Rzeczywistości. Nierzeczywistych oczywistości i nieoczywistych nierzeczywistości. Otarłem usta rękawem płaszcza i wciągnąłem w płuca rześkość coraz bardziej panoszącego się między kamienicami świtu. Do domu miałem już niedaleko. Nie chciałem tam wracać. Gdzieś w środku, w kuchni lub łazience, zapewne czekał na mnie mój własny zakamarek, którego dotychczas nie zauważałem. Czaił się pod płaszczykiem tradycyjnego nijakizmu szafek, standaryzowanych wymiarów wersalki, ujednoliconego brzdęku sztućców wyciąganych z szuflady do obiadów konsumowanych w milczącej samotności przed wszechniewiedząco-szczekającym YouTubem. Gdzieś tam, pomiędzy tym wszystkim, zaszył się, zagnieździł, utkwił. Tętnił niepozornym wyolbrzymieniem, zakamuflowaną przesadą, tryskał szlamem niewgryzalności w jakikolwiek sens i zachłannie trawił całości, części i wszystko to, co pomiędzy swoim zniewalającym nadmiarem, nakoksowanym pozorem tautologicznej prostoty miało nieszczęście wpaść w jego niecne, nikczemne, niezbywalne, nabuzowane pole grawitacyjne. Moloch rozpanoszenia wtłoczony w czubek szpilki. Truciciel, wichrzyciel, szubrawca! Upiorny zakapior rzeczywistości i swojsko-nieswojski koszmarek! Zakamarek!
Przyspieszyłem kroku. Po kwadransie otwierałem już furtkę ogrodzenia bloku, w którym mieszkałem. Wszedłem na klatkę schodową, ale zamiast do mieszkania, skierowałem kroki do piwnicy. Wybebeszywszy nieco pudeł, znalazłem co trzeba. Chwilę później robiłem głęboki wdech przed drzwiami wejściowymi swojej kawalerki. Przekręciłem klucz, wszedłem do środka. Nie patrzyłem na nic, na co nie musiałem w tamtym momencie patrzeć. Zakamarek działał. Czułem jego obecność, tak jak idących za moimi plecami wzdłuż jasnozielonego korytarza Jego i Czarną kilka godzin temu. Działałem szybko, mechanicznie, niemal niechcąco, jak gdyby ta bezduszność ruchów miała ochronić mnie przed wszeteczeństwem obłapiającej przestrzeni, wnętrza splugawionego rozpuchnięciem, rozpęcznieniem, rozpęknięciem od nieznośnego nadmiaru.
Całość nie zajęła mi więcej niż dziesięć minut. Po wszystkim, spokojnym krokiem oddaliłem się na bezpieczną odległość. Przez chwilę obserwowałem, czy udało mi się osiągnąć to, po co na tych parę chwil wróciłem. Następnie skierowałem się w stronę rubieży miasta. Idąc ulicą oddzielającą granicę mojej dzielnicy od przedmieści, które zamierały stopniowo wśród pól i nieużytków, doleciał mnie przygłuszony odległością dźwięk strażackich syren. W dłoni wciąż ściskałem buteleczkę z płynem do zapalniczek.
Od tamtej pory zakamarki czaiły się wszędzie, od przytułków i melin aż po leśne polany i głusze. Czyhały na mnie, powtarzające się, niezbywalne. Za każdym razem odbierały mi kolejny możliwy początek. Już nigdy i nigdzie więcej nie zatrzymałem się na dłużej niż tydzień. Tamten pokój z nagimi ludźmi był prawdziwym końcem mojej egzystencji. Wszystkie moje następne początki, coraz skąpsze w liczbie i wariacyjnej odmienności, nieważne czy w zgodzie z jako takimi prawidłami życia, czy totalnie poza nimi, nigdy nie miały końca. Reszta mojego istnienia nie nastąpiła. W pewnym sensie tamten zakamarek dopadł mnie jako pierwszy już wtedy, dawno temu, a wielki, nieznośnie nieskończony blok sekund, który okruch po okruchu, odłamek po odłamku, sypał mi się na głowę, przyprószając ją najpierw przedwczesną siwizną, by w końcu pod wpływem systematycznie nieznośnego tarcia przemienić ją w bezwłose jajko, był wyłącznie okresem przygotowawczym, transmutacyjnym, adaptacyjnym. Powoli, gnając bez tchu z miejsca na miejsce, od jednego anonimowego punktu A do drugiego niepoznawalnego punktu B, stopniowo zmieniałem się w swój własny zakamarek, będąc wchłanianym i przejmując cząstki wszystkich innych, napotykanych podczas swojej tułaczki.
Oto cała historia. Opowiedziałem ją i teraz mogę już wszystko zapomnieć. Więcej nie biegnę. Nie mam już w sobie ani jednego początku. Bezkres braków końca i perfekcyjna nierozpoczynalność domykają moje skłębione, pulsujące jestestwo. Moje przekształcenie w zakamarek dopełniło się. Jestem gotowy. Na mnie już pora. Cicho, cicho, to chyba jej kroki…
Rafał Mielczarek (ur. w 1989 r. w Opolu) — prozaik i okazjonalny tłumacz, z wykształcenia filozof. Pracuje w branży iGaming. Publikował w „eleWatorze” i „Kwintesencji”. Wydał tom opowiadań Zwierzęta (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved