MACIEJ MELECKI
Zsuwania pastwy
Nie możesz niczego przestać robić, poprzestając na oświetlaniu krótkich
Odcinków wewnętrznego zamroczenia wiązkami popielatych smug, przeskakując
Z jednego miejsca pospólnej kasacji w inne, zabagnione bieżącą wydarzeniowością,
O samozmiennym tle, gdzie widzimy się, jak jesteśmy zdalnie sterowani porytymi
Parowami czyjejś szczwanej woli, kiedy dni są rozhuśtanymi hakami na naprężonej
Linie, skręcającej za węgłem osmotycznego odurzenia, by mogła oplatać jak
Największą połać tej szpuli, w środku której żyje się na pohybel jej iglastego dna.
Byliśmy kuloodpornym podmuchem, puszczonym samopas przez los tego postradania,
Grudowatego łożyska płynącego arteriami naszego rozbratu z rozłożystą mierzwą
Objuczonej próżnią masy, jakby uszeregowanie miało być początkiem przybierającego
Na wadze szczęścia, owego pleniącego się majaka w każdym narożnym potknięciu
O szczerbiny stopnia zejść w malejący wzrost szansy na przerwanie tego kolczastego
Okrążenia, jakim bez wątpienia jest ta przezroczysta aura niżowego tygodnia. Zsuwnia
Pastwy przenika daną obraną stronę, rozszerza się przed kolejnym krokiem, pochłania
Sześcienność wdychanej i wydychanej marskości i podpiera towarowy wagon na oddalonej
Nieznacznie od dworca bocznicy, kiedy jawniejszym się staniesz dla swojego przeznaczenia,
Jak oset w słonecznej plamie, na chwilę przed kolejną pobudką, gdy rozwarte szczęki wnyków
Nagle trzasną i będzie trzeba narzynać kierunki ucieczki z tej bezgranicznie już brunatnej
Niecki popadnięcia w zrudziały niebyt. Kanciaste transzeje zbłądzeń wiodą przez rozkopane
Chodniki, do tłumnych, konsumpcyjnych ferm, na benzynowe stacje, trasy lotnych progów,
I nikomu nie brakuje już czasu na nic, które nadjada go równomiernie od wewnątrz
Swym chybotliwym cieniem rzucanym przez migoczący gdzieś w zaroślach płomyk,
Ponieważ bezgranicznie stępiamy nasze zmysły przesuwanymi placem w górę obrazkami,
Klatkami zamarłymi na moment przed skokiem w zapiaszczoną dal, czując saomobrzydzenie,
Nęcące jeszcze bardziej po zapadnięciu się w kolizyjny mrok, oczyszczony już ze wszystek
Wrzaw, jakie jeszcze niedawno stanowiły naturalne pasma ech odbijających się od szarawych
Murów, między którymi odbywała się ta przykucnięta marszruta twoich, wywoływanych
Z klasera zjaw. Było się bowiem w epicentrum wznieceń. I żyło się w szwalni sztywnych
Przeobrażeń. Zawsze na dzień po, zawsze przed niczym. Szwung banalnych sprostań.
Korowody zachęt i zjeżdżalnie pobliskich obietnic – oto porosty najlichszych krajobrazów,
Międzyczasy surowych zgnębień, niepoliczalne odłamki ciągnących się w nieskończoność
Sekund, tumult zmiękczający rdzenie zmrówczeniem. Ronda, prze które musieliśmy przejść,
Odwracały w nas krążenie pulsu i pustoszały zawietrzne cierpkich prądów, gdyż
Wysychały najgłębsze koryta lokalnych dopływów, pozbawiając gór dostępu do morza,
Solnej skamieliny rozpuszczonej w chomącie nachodzących na siebie fal, przenikanej
Fioletowym promieniem gliwiejących półkul, albowiem na poddaszu tamtego snu nie
Było innych rupieci, dlatego więc zawsze przychodzę do ciebie z naręczem aluminiowych
Wieczek, w odgłosie puknięcia odkorkowanej butelki, tak, byśmy mieli się za każdym
Razem coraz to pewniej w tym rozgardiaszu wieczornego rumoru, kiedy przesył
Złowróżbnych wieści zbliża nas do rei żrącej flauty, będącej na półmetku wytchnienia
Od ośmioletniego jarzmienia bandą skarlałego pomyleńca z nogawkami utytłanymi
Błotem i igliwiem sypiącym się z comiesięcznego wieńca, składanego przez niego pod
Czarnymi schodami, prowadzącymi donikąd, w asyście wiernopoddańczych kukieł. Zestroje
Wybroczyn płyną wąskim strumieniem po rozjeżdżonej glinie naszego uchodzenia w
Kolejne wnęki tutejszego labiryntu, ostrosłupa wzajemnych odpychań, strąceń i niewidzeń,
Gdyż nieustannie stąpamy po rozkołysanym styku dookolnego sparszywienia wszelkich
Atomów z rozedrganym zakątem dali, gdzie pleni się już nadchodzące spotwornienie,
Jakby z tej klepsydry wypompowano wszystek tlen i kazano nam ustawicznie się
Przepoczwarzać w coraz bardziej amebiczną postać. Wszystko staje się krótsze niż zewłok.
Kupka obierków na dłoni. Rów, który nigdy nie okaże się podkopem. Dwie części
Złamanego peryskopu, z których żadna nie rozpruła powierzchni, ni sięgnęła dna, płasko
Dryfują w tężejącej mazi opuszczonego bajora. Nacierające światła ze skręcającego
Samochodu nagle nieruchomieją i wydobyta z czeluści brama śmietnika okazuje się otwarta.
Niczego nie mogłeś być pewnym, lecz teraz już wiesz, że zawsze byłeś gdzieś za wcześnie.
Wyludnienie
Głuche ściany równobieżnych zapadnięć korzenią się w zakącie każdej rozerwanej
Części kolejnego ponowienia samozwrotnego ruchu, ucinanego szybkim sygnałem,
Dotkliwą oznaką zmiany biegu w przeciwstawną stronę tego samego, rozłożystego
Zagonu fluktuującej mierzwy, w dookolnym rozroście nawisów, z których ścieka potna
Sól. Niewiadoma jest zawsze zaczątkiem punktowego zasinienia, obłego przeto
Sparszywienia każdego ogniwa emitującego próżnię zasysającą przejawy doraźnych
Przywidzeń sycenia stałego głodu nowych doznań, jak najszybszych wzniecień
Coraz to innych przyjemności, jakby wszystko miało tylko temu służyć i było
Obłoczną przerwą, która nigdy nie miałaby się skończyć w swym następującym
Ziszczaniu. Uśredniona norma, kreska niedzieląca niczego, omam przesłaniający
Kręte koryta niewidzialnego ujarzmienia. Niesprawdzalność żadnych miar nie oznacza
Prędkiego poruszenia, bowiem jest dla umięśnionej trzody nieprzejrzystym wymysłem,
Stąd coraz większe gawiedzie uwędzonych pustymi hasłami o konieczności wypierania
Mniejszości, wychodzenia z tego scalonego układu wzajemnego oddziaływania,
Gdyż istnieje tylko to, czego już nie ma, bezpowrotnie utracone dzięki dogłębnemu
Zwodzeniu i nieustannemu obiecywaniu góry miału przedstawianej jako jasne miejsce
Cudu. Odśrodkowo nakręcany strach. Gotowany innym dozgonny trach. Mulistość
Tak rozżarzonego dna staje się coraz bardziej spopielałym poszyciem, po którym
Przechodzimy pewnie stawianymi krokami, usidlani wieloramiennymi zapewnieniami,
Zabiegami uzależniania się od panujących nad lejcami, sterujących czubkami dyszli,
Prowadzeni przez zachwaszczone obszary nizinnych przejęć. Przetrzymywania w labilnych
Klatkach i wypuszczania na miejskie place zabaw, aktywowanie wiekowych grup oraz
Zachęty do stadnego udziału są wykwitami nachalnego doradzania, niedozowanego
Niczym pouczania względem sunącego zewsząd rozpadu tej połaci przygrobnego
Trwania, jako skuwanie w jeden karny krąg. Pełnia odoru. Kalibracje skorodowania.
Wędzidła polerowanych bez ustanku chwil, race doczesnego uciszania. Strefy przeszywane
Seriami znikąd zjawiających się drzazg. Kaprawa aura spowijająca ścieżki rowerowe,
Chodniki, na których są już tylko sami biegacze. W kości krzepnie sączona weń maź.
Falistość serpentynowych drgań staje się membraną dla wyludnionych ech. Koma tej wszech
Mety, siarczyście wystająca zza węgła tego spadu, bierze coraz bardziej wszystko w pacht.
Przechwyt pomrocznego spadania
Do niczego nie możesz powrócić, skoro nigdy tego nie opuściłeś, pozostając na
Spiralnej trajektorii odchodzenia w przepastne rozwidlenia niekończących się
Przerzutni jednego i tego samego wciąż zniesienia, narowistej masy powtarzających
Się przesunięć po polach żrącej szachownicy wiecznej przepychanki z kumulującym
W tobie rozziew pustym losem, jakby nic nie zaczynało się od nowa, będąc tylko
Powielaniem odmiennych postaci jednego końca. Oto nieusuwalna hunta kłaków,
Wędzidła osmotycznych mamideł pełne spalonych mostów, przerośniętych wygonów
I zapadlisk maskowanych sieczką płynącą z ekranów czy głośników, kiedy
Wielostronnie szturmuje mnie zwalisty obraz grążenia wepchnięciem w przezroczystą
Klatkę wyizolowanego kraju, gdzie będziemy poddawani pastewnemu chowowi,
Zawiadywani lejcami wskazań, ograbiani z najmniejszych cząstek snu o jakimś
Bardziej wietrznym klimacie. Piekący szkwał wewnętrznych napięć. Rozstrojona
Gama przeciążonych wlotów w poprzeczne tunele sczeźnięć. Dokładam do tego
Dookolnego muru starty zewłok swoich niegdysiejszych wiraży, natykając się na
Wracających ze śmietnika, i przenoszę się o setki kilometrów stąd, ażeby nie zostać
Stratowanym szpalerami błądzących po centrach, radośnie czerpiących stan zadowolenia
Ze swego narastającego niebytu, i choć czas płynnie im zastyga, nie mają obronnych
Tarcz, są bezwolnie prowadzeni na żer przez apetyczne oferty, mieniące się jaskrawością
Slogany, niesieni ciepłymi podmuchami beznadziejnie ostatniej dla niektórych wiosny.
Nie jesteśmy pominięci tylko przez pustkę. Reszta to rozstawianie po iglastych kątach,
Polecanie zajęcia jak najlepszej pozycji do wykonywania takich samych czynności,
Aby pasma krzyżujących się taśmociągów przenosiły jak najwięcej, tworząc wokół
Siebie szerokie wyrobiska prędkiego zanikania w tym obrotowym przechodzeniu z
Jednego odbicia w drugie, płaskiego wtapiania się w porowate i szorstkie tła, które
Wypełniają kontury tych samonośnych tułaczek, ponieważ spoczynek dany jest tylko
W ziarnistym migocie, pasie bezpieczeństwa zwężającym tor tego odwrotu do przesmyku
Między obiema półkulami. Przechwyt pomrocznego spadania w bezdenność tej wyboistej
Gardzieli jest jedynym realnym ruchem, niczego nie zmieniającym domknięciem wiotkiej
Obręczy, którą wypełniamy swoimi poczynaniami, mieszkając w podobraziu hakowni,
Pod osmolonymi kopułami dworcowych hal, na torowisku jednokierunkowych zaniechań
I tak połowicznie zjawiających się okazji na zmianę biegu w stronę fatamorgany lepszych
Usytuowań względem czyhających nawałnic, sztormu w niepodanej szklance wody.
Stugębne wrzaski pomyleńców, zapowiedzi seryjnych odwetów, grożenia po każdej
Usłyszanej odmowie stają się wielowarstwowym kręgiem powszedniejącej grzybni, po
Której musimy dryfować w mimikrze swej sparciałej woli, symulując zasadność każdego
Odruchu, jakby ten nawis nie skupiał nikogo, był doskonale obojętnym wytworem
Czyjegoś poronienia, lecz wszystkochłonna ułuda każe odbierać każdy przejaw czyjejś
Aktywności jako niezbędny w tym pokarmowym łańcuchu pospólnego trawienia,
Będący w istocie niekończącą się wydaliną przebrzmiałych szans na bezstopniowe
Zejście poniżej ścierni tego pomylenia. Szybko twardniejący zasiew iłu. Skamienienie
Pokryte rdzą. Przestankowe znaki powszedniejącego skulenia. Martwiejemy w ożywionym
Marami narożniku, na zszarzałej od wyżętego piołunu łędzie, przedzierając się przez
Szklane waty granicznego przyspieszenia, jakby gęsto rozstawione zagrody nie były tylko
Doczesnymi przystankami naszych niewidzialnych stoczeń, w harmidrze uskoków spod
Odmykających się przed każdym krokiem zapadni, które nieustannie roimy sobie jako
Ostateczny moment zwrotny. Wylęg takich zepchnięć doprowadza tylko na skraj wyładowań,
Po których następuje przeładunek próżni, zassanie odorem chciejstwa panoszącego się w
Pustych czaszkach, i droga, która niby miałaby być celem, nie ma już żadnego kierunku.
Dalszy bezmiar zachodzenia
Późny bezmiar naszego ucieleśnionego żądania, ażeby utrzymać swój niedosięgle
Rachityczny maszt mdłego kierunku w pionie, bez względu na napór upiornego
Widma, nienamacalnej już ludzkiej powłoki, wciąż domaga się od innych
Szczegółowych tłumaczeń, gdy oto stajemy, jak świadkowie przed egzekucją,
Naprzeciw magmatycznej brei coraz to dotkliwszych poruszeń, która z dookolnych
Osuwisk wprost na nasze rozchybotane głowy spływa, podmywając nam rdzeń
Widzenia po ostatnie sążnie raptownego zatrzymania się w siniejącym przysiadzie,
Wyzutym już z wszelkich osi, i wtedy przekroczenie stało się na równi z odwrotem
Niekończącym napięciem, glinianym duktem przecinającym obie półkule, co dało
Rozpękłą aż do ustania całość. Przeskalowana próżnią meta jest rodnym miejscem
Dla lęgu nowego chowu, zaś przeżarta tłumionym krzykiem twarz pospolitego
Zamroczenia szybko stała się wręgiem wobec takiego zaniżenia wszelkich odruchów,
Dotkliwością braków reakcji na bezwzględnie wtłaczany chłam, wapniejący od
Tego układ krwionośnego zbłądzenia jako wykwit pleniącej się w zwojach rdzy,
Owego przechodniego położenia między dwiema spadziznami tego samego przeciążenia.
Jeszcześmy nie do końca znikli, przewleczeni ościstymi rundami wstecznego krążenia,
Jak na spodzie podbieraka wyginający się niczym glisty przed nabiciem na haczyk, a
Wciąż jeszcze rozwidleni solnym kwasem bezokiej strony, za którą już majaczy przepaść
Tego, co tutaj nieustannie zarywa się jak nadgniły strop. W żlebie wahadła udeptywany
Jest kompost cudzych roszczeń. Miernik gromadzącego się u ujścia zatoru to zaledwie
Wiotka tyczka wbita w tlejące się dno zalanego wodą wyrobiska, dzięki czemu mamy
Nieustanny podgląd strzępiastego cienia, zatykającego każdy prześwit jakowegoś
Przedawnienia, mamy więc przeto swą gnilną, zatokową mać w konturze rozeschniętego
Błota, którym jest ten wygon niepoliczalnych już strat. Odruchowo wyprowadzona
Kontra przynosi parominutowy dystans, grodzi się dzięki niej niecka ponawianej stale,
Bezwładnej tułaczki, od żeru po śniedź, kiedy kolejne pętle zer oznaczają dane miejsca,
Skąd zostanie dobyty szpadel, który przetnie ten wyboisty kres. Dalsze nachodzenie
Skutkujących nawałnicą zwarć. Niebyłość, jak zygzakowaty błysk parnych wyładowań.
Odrazy
Lawinowe ściegi samoistnych przemieszczeń wikłają się w gęsto rozstawione
Sieci poszczególnych przejęć, namnażanych w licznych ostępach naszych stanów
Drętwiejących wzmożeń i wypierających każdy uskok rozwarć, kiedy spiralne
Szczeliny wychodzą z przenośnych murów lub przegród, które tarasują rozbieżne
Jestestwa w tym zgubnym odniesieniu, chromym wymiarze żrącej przydenności.
Troista natura każdej zapadni magnetyzuje odruch czy momentalną wolę, czyniąc
Z tajemnicy przezroczystą połać naszego nieodczuwalnego usidlenia, kiedy
Zostajemy wystawieni na szwank w swej lichej samoobronie, nie odróżniając stron
Dozgonnej tułaczki po przesiekach kolejnych wnęk tego parcianego labiryntu,
Oznajmiani łutami przypadkowych odprysków, sypiących się spod krzesanych
Krawędzi tego czy innego dnia, o porze powszechnego przyspieszenia, którego
Zamachowe koło spłaszcza się w linię horyzontu, i linieje to poszycie, jakim byliśmy
Od zarania szczelnie pokryci. Nie jestem już blisko was, idących po rozwidleniach
Rozchwianym krokiem, w oddaleniu narastającej różnicy nie podnoszę wiązki cienia
Z rygla dosuniętego na drzwiach, które domknęły waszą obecność w rozświetlonej,
Przestronnej kubaturze tych paru klitek, gdyż nikt nikomu nie funduje już żadnych
Przyjemności, dbając jedynie o zaspokojenie swojego apetytu, aż po osiągnięcie
Nudności, jakby niczego już nie było poza daną roszczeniowością, która stała się
Powszechnym azymutem, skleconą z drągów zsuwnią obopólnego sparszywienia.
Wszystkiego jesteśmy do końca pewni. Pałąk ciasno nasadzonych kryz. Skraje
Rosnącego zawężenia. Jedyna możność to odraza. Krótkie postoje są nazbyt częste,
Jako jedyne prześwity w tym litym zakarbowaniu poleceniami, gwałtownością
Dopominania się o natychmiastowe dopasowania do narzuconych sztanc, ponieważ
Kolczaste wnętrza takiej jedni eliminują najmniejszy rozstęp na polu sztywniejącej z
Każdym gestem szachownicy, owego zatrzasku, który jest bliższy każdemu wymachowi
Niż siniejąca płoza obranego kierunku, postradanie stało się bowiem naturalnym
Wręgiem, mieszczącym całkowicie naszą chciwą mać, świdrującą grzybnię pobywań
W paru kątach naraz, ponieważ nie ma nikogo, kto by nie chciał tylko mieć. Wylew
Spodnej mazi. Częstkoły przechylonych grani. Ogniskująca się poza bieżącymi
Roszadami pustka tej promienistej utraty. Zimne nawiewy z rozstępującego się dołu, gdzie
Wyszarzała trawa porasta jeszcze zapadliny okalające tę codzienna trasę odchodzenia
Od pionu, nieopodal błotnego osuwiska, komory naszego przyspieszenia, kwitnięcia
Perzu w źrenicy przywidzenia nadmiaru braku, odjęcia dalszych części z kośćca tego
Ubywania, w prześlepionej mierze, bez pokostu innego pokładu, jakby nic nie chciało się
Zatrzymać na tej twardniejącej obręczy, przez którą patrzymy na nieustannie taki sam
Zachód słońca, nie wstającego nigdy w innym miejscu, nie docierającego inaczej niż
Poprzez zaćmienie, bo sami jesteśmy dla niego tylko lukiem, rezonansem jego czerni.
Maciej Melecki (ur. w 1969 r.) — poeta. Mieszka w Mikołowie. Wydał tomy wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej — wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu — wybór wierszy 1995-2020 (2020), Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2024), Chłodnie (2025), Przyrost strąceń – wybór wierszy 2016-2024 (2026) oraz tomy prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021), Żywe mumie (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved