Skip to content

PAWEŁ NOWAKOWSKI

Ł2

Ł-o jejku, ł-o jujku, wujku dobra tyrada, obok, na zachód od wschodu szczeciny, za poligonem, za poliwęglanem, za polipami jelitosławy grubościowej. Dalej było następującościowo, z trzema cyferblatami po przecinaku, w zaokrągleniu do trapezu gimnastycznościowego we mgle.

Kiedy obie podpowiedzi zwróciły się z urojonymi pretensjami ciążowymi do syjamskich jedynek, obudziłem w sobie krwiożerczego osła, co niejednego karalucha przycinał na okrętkę, na okręcie zielono-czerwonych zmyśleń prostokątnych, w opaskach po sto, przewiązanych odnóżami w poprzek długości, postawiłem na postanowienie, że decyzję podejmę pojutrze. Miałem więc do aplikowalnictwa niczego nieświadomych prawie milijon chwil, przy czym każda była innego rodzajnictwa, w różnych przegródkach, na różnorakich jaskiniowych półkach, a półki zaś, póki co, były różne, aż do takich samych, na samym końcu środka, co i tak nie miało znaczenia dla nieobronnego przysposobienia. Wojna trwała nieprzerwanie od czasów Menesa, raz będąc farsą, raz fosą, nieraz niezmywalną farbą, za trzecim razem furaginą, albo forsycją, czasem foką hispida, krawca i tanatopraktora-amatora z Les Baux-de-Provence. Zmieniały się też urządzenia w gabinetach dyrektorów konfrontacyj, ich projektowanie wymagało spolegliwego humoru, a tenże ulegał reinkarnacyjnej reglamentacji, tak że dziś słuch, węch, wzrok po nim się zawieruszył, rozpłynął wraz z groszkowym purée, zamotał w turbinach zaprzeszłych struktur z nitinolu, zmylił i zamydlił drogę do domu, krawca i klikona-amatora z Piódão. Pozostało tylko słabe, niesprawiedliwie opodatkowane oddziaływanie silne, jako instruktaż wszystkiego, co warte Grzecha w te i we wte [Ślepy Wojtek coś na ten temat kalkulował, coś chciał powiedzieć, a że nie ma to żadnego związku z moją opisywalną tutejszą dzienną aktywnością, pomińmy to] oraz kopersztych jako szablon szabasowego szlabanu do portretów wszelkich królów i cesarzów.

Ad konkluduum: pierwsze sto trzy chwile przeznaczyłem na pozbycie się papuciów z dolnych końcówków i zarchiwizowanie ich w klimatyzowanej gablocie. Musiałem przejść przez całą jaskinię pełną zintroligatorowanych papirusów i mijając aktualnościowe, upchane w szarobrązowe prostopadłościany folianty, przeskakując brodawkowate brzozowe stopniceństwa, unikając polemik ze spocznikalnymi wytchnieniami, skręcając raz prosto, raz w lewo, a potem w lewo, dotrzeć do pochyłych słupownic, pochylonych jak zostawiony sam niesobie drzewostan, na którego nawet quinnica kozic nie wzleci, i stanąć przed zakazanym miastem kominowym, pełnym diamentów i innych żużeli. Ukucłem, podniesłem niemyty acz przezroczystościowy marblitowy szyboskłon i wszystko zapomniałem [żem].

Iniekcja środków do środka somy i hipernoza do prawego jądra psychée, zapodały częściowe odblokowanie autoaudiobiodrografii, dzięki czemu nadal moguję nanizać słowactwo na czarno-białawy wordowskaźnik: palce są na swoich miejscach, na każdym z trzech diodowo-lipidowych kikutów. I nie myślcież, że częściowe embargo na przestrzeń zaplecową coś uroni, zatrze mięsiste ruchy ścięgien czy wpłynie na niezmierzalne subautorytarne parametry radykalnie odmiennych eksperymentalnych nieabelowych chromodynamik [czy jakoś tak]. Wystarczy pinceta za pińć zeta, zagłębienie jej na głębokość Cidenasa, krawca i folusznika-amatora z Ollantaytambo, pobranie próbki do miechu i wysłanie jej za popraniem do profesjonalnego labiryntycznego laboratoria, celem przeeksploracyjoności aksjomatów na zaś, co zrobiłem w myślach i po kolonijnych sześćdziesięciu pińciu chwilach miałem wynik: pamięć jest jak pi-wymiarowa czarna dziura w ostatniej fazie parowania, odpycha i jest jednocześnie jak piaseczny zamek z wyższego wymiaru, co na bardzo długiej skalówce czasu traci zysk, futrzaną przebitkę i indyjskoteksańską intratę.

Teraz mogłem, włożywszy papucie do dedykowanej do wszelkiego przechowalnictwa wysokogatunkowej foliozji, ułożyć tobołek w witrynie i wykoncypować równanie na nierówność zakrzywienia planckowskich gęstości, stojąc to tu, to tam, to lerując, to uszczypując tamto i owamto, w jeden półmasywny ocalały z katastralnej katastrofy masyw poetyckich uskarżeń. Podliczyłem liczbę liter w tak ugnieciżbionej menażerii wierszy, pomnożyłem przez dwoje jedynaków z komą pośrodku i zapisawszy w excelowskiej tabelaryzacji, chciałem wrócić na wyjściową pozycyję, niczym krawiec i karpiniarz-amator z Kampung Pelangii.

Ale zrobiła się pora na brokułowego kalafiora…

Jeśli więc chodzi o tę część części jasności, więcej nie powiem, bo brzydzę się świadectwami bez przewiązek.

Paweł Nowakowski — ani jeden, ani jednostka pomiarkowania.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści