Skip to content

ADRIAN GLEŃ

M

Droga z Sewastopola do Bachczysaraju. Najtańszym środkiem — elektriczką. Nieprzebrany tłum. Zmęczeni, młodzi, początkujący biznesmeni, spracowani do cna mężczyźni, baby wiozące na bazar co się tylko da, grający na harmonii dla kilku kopiejek romscy chłopcy i wojenni inwalidzi.

J. zasnęła.

Strudzona kilkugodzinnym rajdem po wybrzeżu i oczekiwaniem.

A naprzeciwko — ta kobieta. Była idealnie zamknięta, była nie-stąd. Zaplątała się w sieci czasu. Głębokie rysy na wiekowej twarzy, zamiast otwierać historie, stawały się mosiężnymi zasuwami. Kurtyny powiek podnosiły się z rzadka. A wówczas ujmowała w kościste, obciągnięte cienistą skórą palce stalinowską (autorstwo ojca narodu z trudem odszyfrowałem z pożółkłej i zabrudzonej okładki) broszurę o zwycięstwie nad faszystowskimi i kapitalistycznymi najeźdźcami.

Staruszka nie poruszała w ogóle głową, jej sowie oczy komunikowały właściwie jedno: jestem nieprzejrzysta. Nie jestem jak kamień. Ja jestem kamieniem. Jej zgarbiona, przybrana w kolorowe chusty postać odpłynęła w niebyt już w chwili, w której ją, jak mi się podówczas wydawało, odkryłem. Nic podobnego. Napotkałem, zobaczyłem tylko prawdziwą nicość, która przez swoje szczeliny próbowała wessać mnie na drugą stronę.

*

Droga na Czufut-Kale. Wiodąca w górę pośród niekończących się straganów. Do kupienia wszystkie krymskie i tatarskie specjały: gorące czjeburieki i pirożki, rozmaite wina, zanurzone w owocowej masie orzechy nerkowca, lawenda. Skarby i owoce morza na targowych ławkach sąsiadują z kiszonymi ogórkami, suszonymi morelami, pestkami dyni i słonecznika. Ludowe medykamenty ze specjałami tutejszej kuchni. Wszędzie słychać głosy babuszek wrzeszczących na mężczyzn, którzy z nieodłączną gorzałką w ręku grają całymi godzinami w szachy, warcaby i karty.

Spotykamy nagle człowieka z rozwichrzonymi, siwiutkimi włosami, który na dźwięk naszej łamanej polszczyzną rosyjskiej mowy nieomal rzuca nam się w ramiona. Przedstawia się jako rzekomy autor przewodnika po Krymie dla Polaków. Wywieziony z Polski za Bieruta. Z babką, jedną krową i zegarkiem po ojcu.

W natłoku nieposkładanych emocji, szczerego zachwytu dla naszego tutaj zabłąkania i kilkudziesięcioletniej tęsknoty, z jego przedziwnej, zupełnie niesłychanej opowieści wyłania się obraz samotności, upartego nieprzystosowania i oczekiwania na ślad polskości. Prawdziwego, romantycznego tułacza.

Kupujemy od niego owoc zwany jabłkiem Adama, z którego można ponoć przyrządzić cudowne lekarstwo na reumatyczne bóle (a przy okazji spirytusową nalewkę). Przedziwny: jakby jabłko, na które naciągnięto ludzką skórę (chociaż zieleń owocu temu wrażeniu nieco przeczy), z widocznymi porami i drobnymi włoskami.

Położone teraz na stole w pracowni tajemniczo zachęca, pękającymi porami, do odkrycia swojej zawartości. Nie wiem, co począć z egzotycznym owocem, a ów powoli, niepostrzeżenie i nieodwracalnie kurczy się, nabywając wciąż nowe, otwierające się zmarszczki. Może z czasem upodobni się do oblicza owej starej kobiety z sewastopolskiego pociągu?

*

Nigdy przedtem lepki miąższ melona nie bryzgał mocniej: „Jouissance, jouissance”, powtarzałem. W białej pestce owocu, złożonej w Twojej otwartej, drżącej dłoni był krymski smak czarnej ciszy i Twoich ust, pełnych niczym pękające z niecierpliwej dojrzałości winogrona. Zmierzch niewinności.

Owo ziarenko przewieźliśmy bezwiednie do domu. W kieszeni letniej sukienki. Zapodziało się we wnętrzu, przypominając o sobie podczas Twojego snu.

*

Co nam kazało pójść na ten mały cmentarzyk z licznymi grobami Ślązaków o dziwnych nazwiskach i imionach? Co nam kazało stroić gołymi rękami grób bezimiennego dziecka, zapomniany, tuż przy betonowym płocie? Co nam kazało zająć się nieistniejącym ciałem, śmiercią, w czasie, w którym oczekiwaliśmy M.?

J. była w 4. lub w 5. miesiącu ciąży, kiedy kilka razy w tygodniu zachodziliśmy na ów podmiejski cmentarz i własnoręcznie porządkowaliśmy grób nieznanej nam istoty. Najpierw ustawiliśmy drewniany krzyż, oczyściliśmy ziemię z chwastów i plastykowych kwiatów i usłaliśmy „grobik” gałązkami świerczyny.

Kiedy o tym sobie przypominamy, nie potrafimy wyjaśnić naszej motywacji. Powodowani byliśmy jakąś kosmiczną siłą, dla której splot życia i śmierci stanowi esencję. W Reymontowskich Chłopach opis umierającego Boryny sąsiaduje z — pozoru nieistotną — informacją, że oto w Lipcach urodziło się kolejne dziecko (już nieważne — gospodarz to czy parobek z niego będzie). Spojrzenie z oddali. Natury? Boskiego punktu widzenia? Zabezpieczanie ciągłości. O to troszczy się Ziemia? Ożywiająca istnienie miłość i witalność, to więcej aniżeli przygody osobowej jaźni?

Więc czemu ulegliśmy? Atawizmowi (co tłumaczy stary odruch po przodkach)? Naiwnej wierze w opatrzność (złóżmy hołd śmierci, to być może w chwili, która nas czeka, Tanatos nie splecie się z Erosem)? Ale przecież sam przed sobą ujawniam takie możliwości tłumaczenia zaszyfrowanego znaczenia. W każdym razie mimo takiej świadomości coś/To (może jedno i to samo) gnało mnie z J., kiedy nadeszły pierwsze, ciepłe, wiosenne dni z powrotem na „nasz” grób.

*

Przed wyjściem J. ze szpitala miałem małą ideę fiksata. Robić M. zdjęcia. Każdego dnia o stałej porze. Przed zaśnięciem albo nad ranem. Jak dokumentację czasu Opałki. Zmiana twarzy. Ustawić później (kiedy?) te zdjęcia jedno po drugim. Niech tworzą historię.

W szpitalu po zrobieniu w rodzicielskim amoku 10. z kolei zdjęcia: skąd ta naiwna wiara, że tylko chronologia ma dać prawdziwy obraz porządku?

*

Śpi? Nie śpi? Nie wiem. Nie wiesz? Ma otwarte oczy, otwiera, otworzy, może zamknie. Biorę więc małego i spaceruję. Jak tata Dulski. Kilometry dookoła stoła.

*

Ćwiczenia z rytmiki. Podczas usypiania. Kiedy redukujemy się do ciała.

Wdech — „ło” — pierś się podnosi. „Si” — wydech, opada. „Ło” — „Si”. Nasza mała mistyczno-organiczna dialektyka. Nie ma tutaj czasu. A właściwiej — jest nieważny. Jest wszechświat gry. W doprowadzenie do sennego zatracenia.

Na nic tu słowne perswazje, kołysanki, zasłyszane w zamierzchłej przeszłości wierszyki. Tylko rytm. „ŁoSi”.

*

Drobne olśnienia mogę zapisywać tylko w chwilach, w których potrzeba M. zostaje zaspokojona. A przecież słowo pojawia się tuż przy rzeczy. Musi być silne, żeby się uleżeć. Zdjąwszy małego z rąk, ułożywszy w łóżeczku, mogę zająć ręce długopisem. Wtedy — uda się lub nie. Wywołać słowo, które było wcześniej. Słowo do-rzeczne. Na nic tu warsztat, pamięć, mnemotechnika.

Cierpliwość i pogodzenie.

*

Napisałem kiedyś: „zaskrobane w szczelinie papieru / pióro / zajmuje dłoń”. Krzyk mojego dziecka uzmysławia mi dramatyczną różnicę. Pismo. A. Rzeczywistość. Pragnienie litery romantyków, która przemienia się w ciało. Jakaż ogromna tęsknota za jednością. Jakaż ogromna fikcja. Nietożsamość. Pisanie musi być oparte o brak. Tak jak teraz — dalszego ciągu.

Dobrze, idę, synku, już idę —

 

Z Gombrowiczem przez Sopot

Ranek nad brzegiem morza.

Połowa grudnia, środek tygodnia. Moja dezercja, eksces, wypuszczenie. Spojrzenia tych, którzy spieszą do pracy. Plaża mnie nie usprawiedliwia. Wciąż to samo: zdziwienie. Nie dziwić się i nie dziwić siebie.

Morze miarowo. Fala za falą.

*

Kawa. I Gombrowicz z tym swoim martwym wróblem.

„…jeśli tym, nie będzie kierowało to coś niepochwytnego”. Lecz jeśli zgodzę się na tę niepochwytność, to jak mam się kierować?…

Nadmiar, umiar. Jak o nich mówić, skoro nie zdaję sobie dokładnie sprawy z tego, czym jest i jak jest miara?

*

Wieczne debiutowanie — czyż nie jest to jałowe?

*

Podążanie za pożądaniem. Można pomylić jedno z drugim.

*

Z tego to się bierze: nadążanie. Pisanie ex post.

*

Tak zacząć: aby nie było odwrotu.

*

„Jeden kęs, jedna strona” — czytam u Marty Wyki. O lekturze cielesnej, pełnej nienasycenia (i te słowa, usłyszane od autorki podczas jednego ze spotkań: „już tak nie czytam”).

*

Mógłbym przemierzyć jeszcze kilka zaułków, zajrzeć do pustych wnętrz herbaciarni, zobaczyć biedermeierowski bezczas miasteczka po sezonie. Miasteczka, które odzyskało możliwość snu. Prawdziwe teraz. I w lipcowym skwarze. Teraz — na chwilę. Prawdziwe — na chwilę. Ale wybieram kawiarnię (i, rzecz dziwna, nie mam poczucia straty). Milczenie muszę mieć na piśmie.

*

[Przyszło mi do głowy, aby opisać te wszystkie kawiarenki, knajpeczki, zwykłe speluny, w których siadywałem, pozwalając się prowadzić kawie, papierosom, ognistej wodzie. Takie glenius loci.

Lecz po cóż mnożyć nazwy. Nie ucieknę od siebie].

*

Chyba wreszcie czas, by zdać sobie — z całą jaskrawością — sprawę: że nie piszę.

Jak w Przebudzeniu [reżyseria Penny Marshall].

Robert de Niro, grający pacjenta, który wskutek medycznego eksperymentu pewnego upartego lekarza (Robin Williams), na krótką, jak się okazało, chwilę budzi się po kilkudziesięciu latach ze śpiączki, oddając się z pasją nadrabianiu czasu. Remisja tajemniczej choroby powoduje jednak momenty — z czasem coraz dłuższe — uśpienia.

Wreszcie, w kluczowej scenie, obserwujemy dłoń trzymającą pióro, które nagle zamiera w pół słowa. Zatrzymuje się, zaskrobane w szczelinie papieru.

Dalej już tylko: układanie do snu.

*

Jakże długo nie przychodziły do mnie słowa.

I nie przychodzą.

*

Byłem tutaj też na porannej kawie (miasto budzi się do wieczoru). Siedzę w restauracji o idiotycznej nazwie „Złota rybka” (dopiero teraz zauważam tandetne logo na drzwiach tego uroczego miejsca).

Złota Rybko, tchnij w to pisanie odrobinę konieczności, spraw by szeregi liter zwarły się wreszcie w kordon potrzebnego obrazu.

*

„Nie umiem wyłowić z tej nieprzeliczonej chmary słów / ani jednego życia, w którego blasku / ogrzałbym swoje serce” — napisał Julian Kornhauser.

Słowa nie dają ciepła. Składają się linie, atramentowe kontury. Papierowy samolot ląduje w uśmiechniętych rączkach dziecka.

Wysłany z wiatrem od morza.

*

Jak to się stało, że straciłem wiarę w literaturę? W nazywanie? Dlaczego mnie to dotknęło, dotyka (w trzydziestym którymś roku życia, które — jak się zdawało — całe złożone było z liter — czytanych, słuchanych, pisanych: zawsze przecież wyrażających)? Czy odurzył mnie tytoń z fajki Derridy? Błądzenie po lesie Heideggera? Spacer do martwego parku Różewicza? A może skrzecząca prasa — uparcie codzienna?

Jakże dziwne to, że w ogóle wrosłem w język. Że nie przyuczyłem się do milczenia (a przecież byłem — jak często powtarza moja matka — dzieckiem nieśmiałym i milkliwym). Że wciąż piszę. „Odejmując słowa, ubywając”.

*

Festiwal poezji w grudniu. Festen języka.

*

Ironia czy dar? Spotkanie z wierszami WK. Wiersze-ścieżki, wiersze-baranki. Pasące się na zielonych łąkach. W Gorcach Pana.

I to jedno zdanie, usłyszane w rozwrzeszczanym „Spatifie”: „Zostań, czuwajmy — płonie ogień”.

*

Gombrowicz — coraz bardziej śmieszny staruszek.

Forsowanie świata bez-podstawnego nie jest przecież bardziej uprawnione niż wiara w sensowność.

*

Czy rozumieć wejście do czyjegoś życia jako rezygnację?

*

Gdybyż odrobina uśmiechu w tym Kosmosie (sam ją sobie podczas lektury dodaję). Pod maską błazna — sami kapłani.

Gombrowicz — filozof-ironista. W wytwornym szlafroku.

Fenomenologia chaosu i bumberga.

*

Skąd to pragnienie wytrącania? Wszelkie współczesne hermeneutyki, estetyki, teorie lektury podkreślają ten moment, kiedy tekst nas przekracza.

Dlaczego nie mogę podreptać polną drogą z książką pod pachą?

To daje do myślenia: wysokie drzewa.

*

Milczenie i ucieczka Rimbauda. Najdoskonalsza poezja: zamilknięcie po festiwalu…

*

Już nie na miejscu.

Co powiedzieć? Tu: festiwal, święto. A ja obchodzę nicmnienieobchodzenie. Moja bezradność i radość żeńców.

Jestem kulą niepotrafiącą się rozwijać.

Cholerny, uporczywy punkt.

*

Być czułą ciekawością. Jeśli nie nauczę się już podziwiać.

*

„Zostań, czuwajmy — płonie ogień”.

*

Po ciepły uścisk z K.K. Mądre, jak zawsze, Było minęło J.K.

Po ten „wiersz jurorski” W.K. — snop światła w oczy. Słowa żyjące w ciele tego poety, w nim, przez niego. Jakaż furia. I pewność. Słowa nieoglądające się na siebie, lecz przed siebie. Słowa-wartości, czułe dla pszczoły i rosiczki. Torowanie drogi: pioruny dewastujące Machine. Przychodzące z nagła. Jak ściana deszczu w lesie.

Rozpraszanie mgieł.

Otwarcie pobielonych okien. Okien dziennych. Prośba na pokoje.

*

Musiałem wyjść. I wejść — zapisać to.

*

Wieczór nad brzegiem morza.

Miarowo. Fala za falą.

Sopot, 5-7.12.2007

 

teksty pochodzą z książki Adriana Glenia M [małe prozy] [2021]

Adrian Gleń (ur. w 1977 r. w Częstochowie) — poeta, eseista, krytyk literacki, historyk literatury polskiej XX i XXI wieku. Profesor w Instytucie Nauk o Literaturze Uniwersytetu Opolskiego. Mieszka pod Opolem. Publikował m.in. na łamach „Almanachu Prowincjonalnego”, „Frazy”, „Nowej Dekady Krakowskiej”, „Śląska”, „Toposu”, „Twórczości” i „Zeszytów Literackich”. Wydał tomy: Da (2011), Re (2014), M [małe prozy] (2021), Jest (2023), I (2024) oraz kilkanaście książek literaturoznawczych, m.in.: „Marzenie, które czyni poetą…”. Autentyczność i empatia w dziele literackim Juliana Kornhausera (2013), „Wiernie, choć własnym językiem”. Rzecz o krytyce literackiej (2015), Krytyka i metafizyka (2017) i Stasiuk. Istnienie (2019).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści