MARIA JENTYS-BORELOWSKA
Moja Eliza [fragment 1]
Angina pectoris [czwartek, 10 lutego 1910]
O godzinie ósmej rano na progu szarego domku wita mnie nikłym uśmiechem Zosia Gorzkowska. Bladość jej cery i sine podkowy pod oczami świadczą o nieprzespanej nocy. Obejmujemy się i przez chwilę czuję, jak jej wątłe ciało drży, wstrząsane tłumionym łkaniem, po czym zrzucam chustę, którą otuliłam się, by przejść kilkanaście kroków dzielących nasz dom od szarego domku, zmieniam buty na domowe pantofle i ruszam za Zosią. O dziwo, nie kieruje się ona do sypialni Elizy, ale do salonu.
— Dwa tygodnie temu przenieśliśmy Paniutkę razem z łóżkiem do największego pokoju w domu — wyjaśnia, uprzedzając moje pytanie. — Bo doktorzy orzekli, że w ciasnej sypialni jest jej zbyt duszno, a tutaj będzie miała więcej powietrza. No i rzeczywiście, łatwiej się tu oddycha. Co więcej, chora leży tam, gdzie dotąd stał fortepian, a wszyscy odczytują to jako przemyślną sugestię, że i ona, teraz bezsilna, była przez długie lata niczym ów szlachetny instrument, krzepiący nas swą piękną muzyką.
— Była i jest, wciąż jest — dodałam z naciskiem. — Bo Eliza wyzdrowieje, Zosiu?! Prawda, że wyzdrowieje?
Zosia w odpowiedzi rozłożyła bezradnie ręce i rzekła:
— Jeśli pamiętasz, Maryniu, wystrój salonu, to wiesz, że nasza chora ma teraz przed oczyma Siewcę, obraz Antoniny Duninówny, który również można pojmować jako aluzję do roli, jaką odegrała w życiu naszego narodu. Przedstawiony na obrazie starzec, który w różowym świetle poranka idzie przez rozorane cmentarzysko i sypie ziarna między sterczące z ziemi resztki kamiennych nagrobków, to i symbolicznie, i najdosłowniej ona, autorka Gloria victis.
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Zosia otworzyła drzwi do salonu i usunęła się na bok. W jasnym świetle dnia zobaczyłam najpierw dwóch lekarzy pochylonych nad chorą, a potem ją samą. Spoczywała na łóżku w pozycji półsiedzącej, zmieniona nie do poznania, tylko jej wielkie, ciemne oczy, zogromniałe w wynędzniałej twarzy, były piękne jak zawsze. Przestąpiłam próg i zatrzymałam się, niepewna, czy wolno mi niepokoić chorą. Wtedy doktor Nusbaum zwrócił się ku mnie i rzekł:
— Śmiało, Mario, proszę podejść bez obaw. Pani obecność podniesie ją na duchu. Pięć dni temu miała bardzo ciężki atak dusznicy bolesnej. Z największym trudem przywróciliśmy chorą życiu, ale organizm jej jest skrajnie wyczerpany. Nie wiadomo, kiedy dojdzie do siebie i czy w ogóle dojdzie… O, dostrzegła panią i przyzywa.
Skłoniwszy się obu lekarzom, Nusbaumowi i Józefowi Pawińskiemu, podeszłam szybko do łoża Elizy, przyklękłam, ujęłam jej rękę, ucałowałam i rzekłam:
— Jestem, najdroższa, i już cię nie opuszczę.
A ona odpowiedziała głosem chrapliwym, niewyraźnym, rwącym się co sekundę:
— Jesteś, Maryniu, znowu jesteś przy mnie, Manitko moja, siostrzyczko! Pocieszko! Tak długo cię nie było… całe dziesięć miesięcy… Dzień waszego odjazdu był dla mnie dniem żałoby… Trzydziesty kwietnia ubiegłego roku… Czarny piątek… Opuściliście mój dom o świcie, a ja do wieczora po was płakałam… Wyczekiwałam waszych listów, modliłam się o wasz powrót… Gdy przyszły te straszne ataki, wezwano cię… Uradowałam się, że cię zobaczę… Mijały dni, czekałam i bardzo się bałam, że umrę, nim dojedziesz… Perm przecież tak daleko… A ja chcę… muszę… powiedzieć ci o czymś, co od dawna leży mi na sercu kamieniem. Tylko tobie mogę tę moją udrękę powierzyć. — Umilkła, zamknęła powieki.
Spojrzałam pytająco na lekarzy: zasnęła? Doktor Nusbaum skinął potakująco głową:
— Bardzo się zmęczyła tą długą przemową. Niech więc śpi, i to jak najdłużej. A my przejdźmy do jadalni na śniadanie. Zaraz nas tu zmieni doktor Stefan Szumkowski, on ma dzisiaj dyżur przy chorej. Filiżanka mocnej gorącej kawy i godzina drzemki bardzo nam się przyda, prawda, kolego? — zwrócił się do kardiologa. — Ostatnie trzy doby trzymały nas w stanie najwyższego napięcia.
— To prawda — mruknął doktor Pawiński. — W każdej chwili mógł nastąpić kolejny, jeszcze cięższy atak i zgon — urwał, spojrzał na mnie, zamilkł. Musiał zauważyć, jak przeraziły mnie te słowa.
— Proszę się nie obawiać, panie doktorze — zwróciłam się do kardiologa. — Nie rozbeczę się, nie wpadnę w histerię, nie zemdleję. Ja chcę wiedzieć, jak się rzeczy mają: czy jest nadzieja, że moja… nasza przyjaciółka przetrwa ten kryzys, czy przeciwnie — rzekłam, patrząc to na Henryka Nusbauma, to na Józefa Pawińskiego. — Jak już rzekliście, panowie, niełatwa jest walka z tą chorobą. Czy zatem jest… nadzieja?!
Spodziewałam się rzeczowej odpowiedzi od każdego z nich, gdyż obaj zajmowali się zdrowiem Orzeszkowej od dawna, przy czym pierwszy był nieomal jej lekarzem nadwornym, dość regularnie wizytującym swą pacjentkę w Grodnie, drugi natomiast bywał wzywany w sytuacjach nadzwyczajnych.
— Pani najlepiej wie, Mario, jakie życie wiodła Eliza Orzeszkowa — zaczął doktor Nusbaum. — Czy zaprzeczy pani, jeżeli powiem, że pracowała za cztery silne i zdrowe niewiasty, choć nie była ani silna, ani zdrowa? Że nie szczędziła czasu, trudu, pieniędzy, gdy wymagał tego interes narodowy? Że zapominała o lekarskich przestrogach, gdy trzeba było zrobić coś pro publico bono?
— Nie zaprzeczę, doktorze — odrzekłam. — Brała na siebie tyle zadań i obowiązków, że nieraz myślałam o niej: szalona! święta!
— Szaleństwo i świętość zwykle chodzą w parze — mruknął doktor Nusbaum. — Ale bez szaleństwa i świętości nie mogłoby powstać nic prawdziwie wielkiego — dodał po chwili. — Jak pani myśli, Mario, czy nasza przyjaciółka wykreowałaby postacie tak pełne wewnętrznego żaru, jak Meir Ezofowicz, rabin Todros, Mirtala, Paweł Kobycki, Maria Iwicka, Seweryna Zdrojowska i wiele innych, gdyby nie miała w sobie owych budzących podziw, ale i trwogę pierwiastków? Czy zdobyłaby się na wzięcie pod swój dach gromady kobiet i dzieci żydowskich podczas spodziewanego pogromu, do którego na szczęście nie doszło, w osiemdziesiątym pierwszym? Czy udzieliłaby pomocy tak wielu pogorzelcom po katastrofalnym pożarze Grodna w osiemdziesiątym piątym?
Nie zdążyłam doktorowi odpowiedzieć, gdyż do jadalni weszła jego starsza córka, Jadwiga Holenderska, wychowanka Orzeszkowej, i ujrzawszy mnie, podeszła, by się przywitać. Znałyśmy się od lat kilkunastu, bo w roku dziewięćdziesiątym ósmym Jadwisia, jako panna dwudziestoletnia, przyjechała do Grodna i zamieszkała w domu pisarki, aby pod jej kierunkiem odbyć kilkumiesięczne studia z zakresu historii i literatury polskiej. Takie bowiem było życzenie doktora Nusbauma, który uznał, że nikt nie zajmie się jego latoroślą lepiej niż ta, która podarowała swojemu miastu najprawdziwszy — jak zwykł mawiać — uniwersytet grodzieński. Dwa lata później powierzył Elizie Orzeszkowej także młodszą córkę, Wandzię, malarkę. Teraz obie były przy ukochanej Paniutce. Holenderska przyjechała kilka dni temu, Wanda była tu od miesiąca, wspierała w trosce o Paniutkę Zosię Gorzkowską. To one, Wanda i Zosia, przygotowały dla nas wszystkich śniadanie i kawę.
Gdyśmy spożyli to, co nam podały, i przystąpiliśmy do picia kawy, doktor Nusbaum podjął przerwaną rozmowę.
— Wróćmy do pani pytania, droga Mario, bo chyba bardzo czeka pani na naszą odpowiedź. A zatem czy jest nadzieja na pokonanie choroby? I czy umiemy ją leczyć? Odpowiem możliwie najprościej i najdokładniej. Otóż anewryzmatyczne poszerzenie się aorty, rozszerzenie się jam sercowych oraz niedomoga mięśnia sercowego u Orzeszkowej to wynik procesu, który zaczął się dawno temu, a obecnie osiągnął poziom krytyczny. Świadczą o tym ciężkie i, niestety, częste, coraz częstsze napady dusznicy bolesnej. Na bóle piersiowe i duszności skarżyła się pacjentka od dziesięciu lat, ale ataki zagrażające życiu zaczęły się ósmego grudnia ubiegłego roku. Orzeszkowa bardzo po nich osłabła i musiała położyć się do łóżka. Doktor Dąbrowski zaaplikował jej lekarstwo, lecz bóle serca nie ustępowały. Mimo to napisała jakiś króciutki tekst, zdaje się, dla noworocznego „Tygodnika Mód i Powieści”, bo redaktorka nie dawała jej spokoju. Doprawdy zabroniłbym Lucynie Kotarbińskiej dostępu do pani Elizy, gdyż ta namolna kobieta nie zna umiaru!
— To przepiękna proza, ojcze! — wtrąciła Wanda Nusbaumówna. — Nosi tytuł Przypomnij!, a jest poświęcona, cytuję za autorką, „związkom niedostrzeżonym, sekundom niezapamiętanym, wzruszeniom zaznanym”, które łagodzą okrucieństwo egzystencji. Gdyby nie owa „namolna kobieta”, pewnie by nigdy to cudo nie powstało!
— Jest w tym, co mówisz, córko, spora doza racji. Ale nie zapominajmy, że Eliza Orzeszkowa, mimo swej prawie nadludzkiej mocy twórczej, to nie olimpijska nieśmiertelna bogini, lecz ciężko chory człowiek. Człowiek, trzeba to jasno wyrazić, który umiera, bo zużył cały zasób sił żywotnych na tworzenie „przepięknych próz” oraz innych pożytecznych dzieł. — Po tych nacechowanych sarkazmem słowach doktor wrócił do swej spokojnej, rzeczowej relacji: — A więc, droga Mario, po połowie grudnia chora poczuła się lepiej i doktor Dąbrowski pozwolił jej wstać z łóżka na dwie godziny. Mimo słabości napisała kilka listów do przyjaciół, podpisała odezwę w sprawie sprowadzenia prochów Juliusza Słowackiego na Wawel (czemu, jak wiadomo, sprzeciwił się kardynał Jan Puzyna), coś przeczytała. Niestety, dwudziestego dziewiątego grudnia powróciły bóle serca znacznie silniejsze niż poprzednie, w dodatku połączone z dolegliwościami żołądkowymi i wysoką gorączką. Czas między trzydziestym pierwszym grudnia a piątym stycznia był dla chorej czasem radosnego ożywienia: otrzymała od wydawcy pierwsze egzemplarze tomu nowel powstańczych Gloria victis oraz odwiedził ją jej umiłowany… — to ostatnie słowo doktor wymówił ze szczególnym akcentem — …pan Tadeusz Bochwic z Florianowa. Niestety, już szóstego stycznia wieczorem wróciły ostre bóle serca i gorączka. Wówczas i ja przyjechałem do Grodna. Po zbadaniu pacjentki, w porozumieniu, rzecz jasna, z doktorem Dąbrowskim, zaleciłem codzienne wstawanie na godzinę przez dziesięć dni, a potem powrót do normalnego życia. Nic z tego nie wyszło! Osiemnastego stycznia nocą pojawiła się wysoka gorączka, a rano Orzeszkowa była tak słaba, że lekarz domowy zabronił jej wstawać. Przeniesienie pani Elizy z łóżkiem, dla lepszego powietrza, do salonu też na nic się zdało: gorączka nie spadła, a słabość pogłębiła się tak bardzo, że chora przestała pisać listy nawet do Tadeusza Bochwica. Od dwudziestego ósmego stycznia nie napisała do swego przyjaciela z Florianowa nawet kartki, co dla nas, lekarzy, było bardzo złym znakiem. Wszak więź z tym człowiekiem zdawała się stanowić w owym czasie sens jej życia. Nie przyjmowała też żadnych wizyt. Atak dusznicy, który nastąpił piątego lutego przed północą, był morderczy, jednak lekarze zdołali utrzymać konającą przy życiu. Była na granicy, może nawet mały krok poza granicą, a oni ją zawrócili. I oto jest z nami! Umęczona, bezsilna, lecz żywa. Pytanie, co będzie dalej? Czy wytrzyma kolejny, jeszcze groźniejszy atak? Sama pani widziała, Maryniu, w jakim jest stanie. Angina pectoris to śmiertelna choroba, nie darmo nazywano ją niegdyś mediatio mori. Leczenie jest bardzo trudne, zwłaszcza gdy pacjent pomaga raczej chorobie niż sobie. A nasza przyjaciółka to właśnie czyniła: za wiele pracowała, za mało odpoczywała i notorycznie zarywała noce, przy tym paliła papierosy, ogromne ilości papierosów, a wiadomo, co robi nikotyna w organizmie człowieka…
Doktor Nusbaum umilkł, a ja pomyślałam, że nie wymienił jeszcze jednego, może najważniejszego, czynnika chorobotwórczego: niezaspokojonej potrzeby miłości, boleśnie, zgoła dramatycznie odczuwanej samotności. Ktoś nieznający życia Orzeszkowej mógłby się zdziwić: jakże to, roje przyjaciół, rzesze czytelników i — samotność? Lecz byłby w grubym błędzie! Prawda jest taka, że ani przyjaciele, którzy otaczali ją troskliwą opieką, ani czytelnicy, którzy nie szczędzili jej dowodów pamięci, wdzięczności i czci, nie mogli jej tego najistotniej kobiecego cierpienia odjąć. Jej własna wielkość stawiała zaporę szczęściu. Nie tylko nie chroniła przed samotnością, lecz wręcz na samotność skazywała. Żaden z trzech mężczyzn, z którymi w różnych okresach swego życia była związana, nie dał jej tego, czego pragnęła. A pragnęła związku pokrewnych dusz, głębokiego i trwałego. Zawiedli ją wszyscy trzej: Piotr Orzeszko, Zygmunt Święcicki i nawet ten poczciwy Stanisław Nahorski. Jestem pewna, że owe trzy zawody to były trzy ciosy, które śmiertelnie zraniły jej serce. Nusbaum, jako wieloletni lekarz i przyjaciel Elizy, jest tego bez wątpienia świadom, ale czyż mógłby o tym mówić, zwłaszcza przy takim audytorium jak dzisiejsze? Przecież nie!
Swoją drogą muszę porozmawiać na ten temat z doktorem. Czy przy leczeniu Orzeszkowej bierze pod uwagę czynniki natury moralnej, emocjonalnej, duchowej? A jeżeli tak, to jakie przypisuje im znaczenie? Leczy wszak Elizę od lat bez mała trzydziestu, zna więc jej ciało i duszę lepiej niż ktokolwiek. Ba, ale czy na pewno zna jej duszę? Przyjaźnią się bardzo, to fakt, powiedziałabym nawet, że darzą się szczególną siostrzano-braterską miłością, okazują sobie wzajemny szacunek i zaufanie, ale czy ona mu się zwierza ze swoich sercowych udręk, nie wiem i raczej wątpię. Ona wciąż, mimo wieku, jest nieśmiała, skryta, wstydliwa. Zdaje się, że mnie jedną zaszczyca, i to z rzadka, zaufaniem.
Doktor Nusbaum rokrocznie bywał u Orzeszkowej w Grodnie, w Miniewiczach, we Florianowie, ona zaś przy każdej bytności w Warszawie odwiedzała go w jego domu. Wtedy wiele ze sobą rozmawiali, ale przeważnie o ważnych kwestiach społecznych, moralnych, filozoficznych. Przysyłał jej swoje prace, a ona organizowała mu odczyty dla grodzieńskiej społeczności. Pamiętam niektóre: Fizjologia cierpienia, O pamięci, Serce, O nienawiści. Były ważne, pięknie napisane i znakomicie odczytywane.
Eliza, wielka zwolenniczka komunikacji epistolograficznej, pisywała do doktora Nusbauma listy, mimo iż on, niechętny tej formie wymiany myśli, z zasady jej nie odpisywał. Co wcale nie znaczy, że zbywał swoją przyjaciółkę milczeniem: zawsze odpowiadał za pośrednictwem którejś z córek, a bywało, że wsiadał do pociągu i po ośmiu godzinach jazdy zjawiał się osobiście w domu korespondentki. Być może w tych listach odsłaniała przed nim swoje serce. Skąd to przypuszczenie? Ano stąd, że raz i drugi, najzupełniej nieoczekiwanie, ujął oburącz moje dłonie i powiedział: „Jest pani, Maryniu, darem niebios dla tej wyjątkowej, a jakże samotnej kobiety. Bez pani nie zniosłaby pustki, w której przyszło jej żyć”.
Dodam jeszcze, że początki znajomości z doktorem niczego nadzwyczajnego nie zapowiadały. Pamiętam dobrze pierwszą wizytę Nusbauma u Orzeszkowej w Grodnie, bo i mi przedstawiono wtedy owego słynnego (choć stosunkowo młodego, zaledwie trzydziestoczteroletniego) warszawskiego lekarza, którego polecił jej ktoś ze znajomych. Wezwała go ze względu na dotkliwe bóle głowy, które zaczęły ją nękać w trakcie pracy nad Mirtalą. Przyjechał w kwietniu osiemdziesiątego trzeciego roku, zresztą nie sam, lecz z kolegą lekarzem Antonim Elzenbergiem, i zalecił jakieś mikstury i kąpiele, których skuteczność okazała się zerowa. Eliza pokpiwała sobie trochę z tej „kuracji”, ale niebawem znów zaprosiła Nusbauma do Grodna, a następnie na letni odpoczynek do Miniewicz. Rozpoznała w nim „pokrewną duszę”. Jego odezwa zaczynająca się od słów Jestem Żydem, ogłoszona w programowym numerze „Głosu”, z września osiemdziesiątego szóstego roku, wywarła na niej tak silne wrażenie, że przeczytała ją dwukrotnie wszystkim domownikom. Była zachwycona i nad wyraz szczęśliwa, że może się mienić przyjaciółką tak szlachetnego człowieka. Po latach zaś stwierdziła, że nie ma na ziemi nikogo bliższego duchem i sercem niż on.
powyższy fragment pochodzi z przygotowywanej do druku powieści Marii Jentys-Borelowskiej Moja Eliza [2026]
Maria Jentys-Borelowska (ur. w 1942 r.) — autorka wierszy, opowiadań, powieści, recenzji i szkiców o literaturze, reportaży, wywiadów, artykułów publicystycznych oraz haseł encyklopedycznych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, mieszka w Warszawie. Redaktorka wydawnicza (m.in. Wydawnictwa Naukowego PWN), członkini zespołów redakcyjnych „Migotań”, „Sycyny”, „Wyspy”. Publikowała m.in. w: „eleWatorze”, „Kresach Literackich”, „Okolicach”, „Regionach”, „Twórczości” i „Tygodniku Kulturalnym”. Wydała zbiory wierszy: Córka Ikara (1990), Szare godziny Weroniki (2004); powieści: Z wyroku cara: dziennik zesłanki (2018), Portret w półcieniach (2022); zbiory szkiców krytycznoliterackich: I światłem być, i źrenicą (1990), Pomnożyć serca dostatek (2004), Nić Ariadny (2005), Argonauci naszych czasów (2009) i monografię Ogrody zamyśleń, marzeń i symboli. Rzecz o Janie Drzeżdżonie (2014).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved