PIOTR MICHAŁOWSKI
Strażnik domowego ogniska. 4
4.
Korytarz to zwężał się, to rozszerzał o jakieś wnęki, niekiedy pojawiała się na długości kilku metrów i znikała kakaowa lamperia, mijał szare drzwi w przyśpieszonym rytmie tych samych rozjaśnień i wyciemnień, w których widoczne pozostawały tylko fragmenty niskiego koślawo otynkowanego sufitu ze spłaszczonym wałkiem ocieplonej rury, co jakiś czas wyginającej się w kanciaste zakole amortyzatora i gdzieniegdzie ozdobionej zaworem w kształcie kierownicy, trójpromiennej albo logo Mercedesa. Wzdłuż biegła wiązka czarnych kabli niedokładnie spiętych klamrą. Na jednym z nich, oderwanym i luźno zwisającym, bujał się nietoperz. Tego brakowało! Scenografia kina grozy! Niekończąca się droga wymagała częstych przystanków. Ostry zakręt, a za nim przejmujący chłód — jakby podziemny korytarz wychodził wprost na ulicę, bez żadnych schodów czy windy. I rzeczywiście: ulica. Nawet z tabliczką: Zeedijk. Zaraz, coś tu nie gra, mostek przez kanał i wąski przesmyk wokół Oude Kerk. Coraz węziej i ciaśniej. Dalej znowu kanały, mostki, rowery przykute do balustrad. Singel, potem Herrengracht. I nagle otwarta przestrzeń w oślepiającym świetle odbitym w tafli rzeki Amsel, która wpada do Tybru. Dalej rozległy plac, owalny trawnik i pomnik konny. Nie, to chyba Kongens Nytorv. Rząd bardzo kolorowych kamienic za kanałem pełnym stateczków i jachtów, dalej tłumy w ogródkach restauracji i kafejek. Nyhavn! Tak, nareszcie coś układa się w jeden plan miasta! Jest przejście wiszącym mostem pieszo-rowerowym na Chrisianshavn. Zgadza się! No dobrze, ale już pozostańmy w Kopenhadze. Znów stacja metra i szum pociągu wjeżdżającego do wielkiej gabloty, rozsuwane drzwi oszklonego peronu. Na tablicy wyświetla się następna stacja, nie jest nią jednak Amagerbro, ale… Nieuwmarkt! Co jest, znów jakaś głupia kompilacja stolic? Parę kroków do przodu pojazdu, aż do miejsca, gdzie powinien siedzieć motorniczy, ale go nie ma, bo to całkowity automat i nie wiadomo, kiedy znikają ciemne okna albo zasnuwa je ciemna biel ścian znajomego korytarza. Z każdym metrem narasta jakby szum bombowców, jednostajny, a jakby wahadłowo rosnący i opadający. Trzeba z tym skończyć. Obudzić się siłą woli, to się już udawało, choć rzadko tak od razu. Teraz pewnie też. Nie, wygląda na to, że jednak udało się za pierwszym podejściem. Ale chyba nie do końca, bo coś jeszcze się nie zgadza, chyba jakieś sztuczki z czasoprzestrzenią. Były zawirowania w topografii, zmieszanej z różnych wakacji, to już ustalił. Chyba z tym koniec i wreszcie wszystko wraca na swoje miejsce? Poza tym nic, żadnych niespodzianek i mistyfikacji?
Przeskok i zmiana scenografii. Nie ma schodów, wyjście wyprowadza wprost na jawę pokoju: jasno i musi być późno. I jeszcze zimniej niż w Amsterdamie… A, kominek wygasł całkiem, pewnie już w połowie nocy. Zostawiał uchylone drzwi od sypialni, by ciepło z salonu cyrkulowało po całym mieszkaniu, ale nie miało już co cyrkulować. Brrr, w ogóle nie chce się wstawać.
Ale szum trwa! Wróciła?, pomyślał. I zaraz wymazał ten radosny wykrzyknik, bo po pierwsze: nie ma się z czego cieszyć, a po drugie: to wcale nie takie pewne.
Trzeba jednak wstać, niepewność pokonała lenistwo, trzeba ustalić źródło dźwięku i przywrócić normalność. Normalność? — to słowo brzmi podejrzanie, jakby samo z siebie się zaśmiało, dławiąc złośliwy rechot w środkowej sylabie, Który to już dzień? — spojrzał na nieprzesuwaną od początku samotności czerwoną kratkę ściennego kalendarza z widokami Kopenhagi. Fatalne zaniedbanie! I to ma być początek epoki! Rewolucja francuska wprowadziła z takiej okazji nowy kalendarz, a on?
Wstał i podciągnął żaluzję: Za rzędem stożków tui sprzątaczka z ogromną rurą dmuchawy przetacza liście z trawnika na chodnik. Albo odwrotnie? Nigdy nie rozumiał, o co chodzi w tej operacji, przecież byle wiatr może w każdej chwili rozwiać je z powrotem. Zresztą skąd liście na przedwiośniu, chyba zeszłoroczne? Dlatego odgłos nieco inny, ale przesadny — tak samo jak od suszarki. Czy wszystkie wynalazki powstają w rywalizacji o największą liczbę decybeli? Na razie w tej konkurencji wygrywają chyba suszarki do rąk… Czy żaden cholerny konstruktor nie potrafi wynaleźć cichszego urządzenia do głupich liści? Albo do włosów?
Najpierw rozpalić, rozważania zostawić na potem. Prysznic i śniadanie. Pierwsze punkty stałego porządku dnia — wypełnianego coraz szczelniej, ale przecież ciągle bezproduktywnie, jakby chodziło wyłącznie o udowadnianie sobie, że nie tylko jeszcze żyje, ale doskonale panuje nad czasem i przestrzenią całego domu. A co dzień odkrywa jakieś zaniedbania i zaległości. Na ścianie oprawiona w drewnopodobny pierścień wisi już za pięć jedenasta, ale może być znacznie później z powodu zużytej baterii. Właśnie, jakoś w tych dniach przypada chyba zmiana czasu na letni? — ta wątpliwość dodatkowo podważa wiarygodność chronometru. Właśnie gwiżdże woda, zapraszając na kawę, zaparza, i zanim zasiada, szczęśliwie milknie za oknem dmuchawa. Jakoś nie czuje aromatu, smak też wydaje się nienajlepszy, może niedomyta szklanka, żadnej przyjemności — jakby za karę, że znów o czymś zapomniał.
Nagłą ciszę odmierza sekundnik — może naprawdę spowalniający, a może tylko tak się wydaje. Radio! Pstryk… Lady Pank.
Nie, dość tego, to się nie sprawdza: już trzeci albo czwarty dzień bez elektroniki, takie pokutne albo surviwalowe pustelnictwo, częściowa dobrowolna izolacja od świata to niby eksperyment, ale ani z gorliwości duchowej, ani z naukowej ciekawości. Z lenistwa.
Nie, trzeba jasno powiedzieć, że to bynajmniej sytuacji nie ułatwia, nie wprowadza żadnego „nowego ładu”, a jedynie niszczy poprzedni, jeśli taki istniał. Trzeba z tym skończyć i gruntownie zreformować program. Przede wszystkim sprawdzić wynik meczu, miał to zrobić wczoraj, ale zapomniał. Tylko gdzie komórka? Milczała tak długo — to cud! Nie, jednak nie żaden cud, wprawdzie jeszcze nie powinna być rozładowana, ale nie wyłączył trybu samolotowego od nie wiadomo kiedy! A następnie gdzieś ją posiał, więc trzeba najpierw poszukać. Krzesło, parapet, komputer, stół, regał, podłoga, szuflada, biurko… Jest. Odblokować. Internet jest. Wpisać: siatkówka Polska — Wło… O, już się wyświetla… Najpierw dużo ble-ble komentarza jakiegoś mądrali od sportu, oni to nazywają „felietonem”, brzmi triumfalnie, ale zamydla, ważny przecież wynik meczu, gdzie ten wynik? Jest: 3:1. Świetnie. Widać było niełatwo, trzeci set zawalili, ale jednak.
Co jeszcze? Przy okazji sprawdzić, czy ktoś nie dzwonił. „Masz 8 nieodebranych połączeń”. Też nieźle. Jeszcze esemesy; reklama, reklama, spam, spam… Sara!
„Musiałam wyjechać w nocy. Ciocia Ula chora. Reszta w liście, pa”. I emotikon: zwykła buźka, bez języczka ani serduszka.
Nie mogła od razu! Po co ten odsyłacz i gdzie ten cholerny list? I po co, skoro już wszystko jasne? Jednak rozstanie operowe, tyle że wirtualnie, bo sama partytura, a resztę ma sobie sam dośpiewać.
Zaczął szukać z rosnącym rozdrażnieniem, w którym nie rozpoznawał ani składników, ani ich wahających się proporcji: zadowolenia z finałowej kropki nad „i” albo nadziei na jednak przecinek, zapowiadający jakąś kontynuację związku czyli — krętą i pod górę drogę w nieznane. Gdzie ten cholerny list? Przecież, jeśli już napisała, to musiała położyć w miejscu sensownym i łatwo dostępnym!
Syrena. Pulsuje w sopranach i altach, długie crescenda i decrescenda, dominanty i toniki, potem dźwięki skrócone do czkawki wibrują w panice razem z odblaskiem akwamaryny bryzgającym na białe ściany przeciwległych domków jak rozcieńczony atrament rozlany na papier. W większym stężeniu światło przebija się przez bezlistną koronę akacji, która rozchwiana wiatrem zmienia jego puls w synkopowane migoty. Mniej agresywnie mrugają żółcią światła awaryjne, znacząc zniekształcony prostokątny obrys cienia pojazdu. Może to być straż pożarna, ale za mała i nie widać w tle dymu ani ognia, ani nawet drabiny. Ani samobójcy w oknie, bo wkoło najwyżej jednopiętrowe. Pogotowie! Ambulans wyłącza dźwięk, zatrzymuje się skapany wciąż w niebieskich migotach. Zza kierownicy wysiada pomarańczowy ratownik. Przez chwilę sprawdza numery domów zasłonięte rzędami młodych tui. Wraca do kabiny i ambulans rusza dalej, obwieszczając dyskotekowym blaskiem nieznaną katastrofę — cudzą i obcą, na użytek dalszego sąsiada i jutrzejszego czytelnika internetu.
Dwukrotnie przełożył spory stos papierów. Właściwie przerzucił, ale kartka po kartce i chyba nic się nie przykleiło. Wytrzepał dokładnie zapodziane między papierami cztery książki, trzymając je do góry grzbietami — nic szczególnego nie wyfrunęło, prócz reklamowej zakładki. Nic wyglądającego na list, przynajmniej odręczny, a wydruków nie stosowała. Wiedział, że niecierpliwość jest wrogiem każdych poszukiwań, toteż je przerwał i pomyślał, że warto odpocząć. Potem usiadł i chciał odpocząć, żeby pomyśleć. Ale z tych trzech czynności udała się jedynie pierwsza: usiadł. O żadnym odpoczynku nie było mowy, a myśli poruszały się chaotycznie między wciąż tymi samymi sprawdzonymi już lokalizacjami. Powtórzyć i jeszcze raz walczyć ze stertą papierzysk? Odprężyć się! Czyli na chwilę zobojętnieć, niby olać wszystko… Ale tylko pozornie, by osłabić czujność przedmiotów złośliwie ukrywających ten jeden poszukiwany. Olać list? Nie, wykluczone! Chociaż właściwie: dlaczego nie?
Wreszcie jakoś samoczynnie spłynął względny spokój, pozwalając ogarnąć wnętrze wzrokiem trzeźwym i odprężonym. Musi być gdzieś tu, w sypialni, bo chyba nie w salonie, a w kuchni — też dawno by zauważył… Nic. Mgła z ciągle złej akomodacji oczu, ustawianych w niecelnych zbliżeniach albo zbyt ogólnych panoramach. Kiedy w końcu powoli wyostrzyły się kontury mebli, przesuwał wzrok centymetr po centymetrze, od lewej do prawej, tak jakby czytał pokój, wędrując w dół linijkami: od zasłony, przez kontakt, do szafy ściennej z lustrzanymi drzwiami, w których trochę przestraszył się własnego wizerunku. Potem od góry do dołu, półka po półce regału, aż trafił na biały trójkąt, wystający spod najniższej, tuż nad podłogą. Jest! Tak, kiedy otworzył okno, musiał sfrunąć z biurka… Wyciągnął.
Zgadza się, jej pismo. Dość długi. Niby sytuacja nagła, a znalazła czas na taki elaborat! Lepiej usiąść.
„Drogi Krzysiu,
Przykro mi, że musiałam wyjechać tak nagle i bez uprzedzenia, ale tego wymaga sytuacja i wiem, że to zrozumiesz. Ciocia Ula, ta »ze Złocieńca«, miała drugi zawał, była w szpitalu, ale wypisali, jednak wymaga stałej opieki, a jak wiesz, poza mną nie ma teraz już nikogo, kto mógłby się nią zająć. Czeka na kolejną operację i może to potrwać tydzień, dwa albo więcej, bo jest kolejka. Nie chciałam Cię budzić, bo najbliższy pociąg mam o 6.14. Nie wiem, kiedy wrócę. Na razie wzięłam tydzień zaległego urlopu, na szczęście udało się załatwić z szefem telefonicznie i nie robił przeszkód.
Ciocię to pewnie słabo pamiętasz, bo widzieliście się może raz albo nawet wcale, jednak pewnie często słyszałeś, jak mówiło się o niej »ciocia ze Złocieńca«, choć to niezupełnie prawda i nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek tam była, bo mieszka jeszcze dalej, bardziej w stronę Połczyna, jakieś 6 km, taka mała wioska, której nazwy się nie pamiętało i teraz też nie pamiętam, ale sobie przypomnę, była od jakiegoś drzewa albo owocu. Zwykle znajdzie się ktoś, kto podwiezie ze stacji, z tym nie powinno być problemu, bo tam wkoło wszyscy ją znają, podobno trudniła się zielarstwem.
Kupiłam bilet, mam w telefonie, ale z tej paniki wstałam za wcześnie, zamówiłam taksówkę i zostało mi jakieś pół godziny, to pomyślałam, że Ci coś skrobnę, popijając kawę.
Pamiętaj o kwiatach, zwłaszcza papirus potrzebuje dużo wody, ale opuncję podlewaj minimalnie i najwyżej co drugi dzień. Jak wiesz, przestali grzać, więc rozpal sobie w kominku, wiem, że tego nie lubisz, bo to robota niewdzięczna i brudna, ale co zrobić, chyba nie ma wyjścia.
Wiem, że zdarza ci się zapomnieć i ostatnio nie czytasz esemesów, mówiłam Ci, że przesadzasz, bo to żadne uzależnienie elektroniczne i terapeuta nie to miał na myśli. Dlatego poprosiłam jeszcze koleżankę, bo jej mąż od niedawna jest naszym dzielnicowym, by on albo ktoś od nich zajrzał sprawdzić, czy nic ci się nie stało i w ogóle, jak sobie poradzisz, kiedy mnie nie będzie. Pewnie go nie znasz, bo objął nasz rejon dopiero od stycznia, raz go spotkałam, jak patrolował osiedle, bardzo uprzejmy i sympatyczny, choć wzrostem to nie grzeszy. Podobno straszny skrupulant i mówią, ze dmucha na zimne, ale Beata jest z męża dumna, bo w zeszłym roku dostał odznaczenie za zaangażowanie i poświęcenie, jak przedtem służył jeszcze w Goleniowie, wykrył jakąś małą plantację marihuany w jednym z ogródków i nakrył na gorącym uczynku młodocianego włamującego się po alkohol.
Nie chciałam Cię budzić, bo spałeś tak słodko, nawet uśmiechałeś się przez sen, pewnie do mnie albo przyśniło się coś ekstra. Jak wrócę, to mi opowiesz. A w ogóle, powinniśmy porozmawiać, by znowu było tak jak dawniej.
Ściskam Cię, na razie na piśmie,
Twoja Sara”.
Piotr Michałowski (ur. w 1955 r. w Bydgoszczy) — poeta, eseista, literaturoznawca, krytyk literacki i teatralny. Mieszka w Szczecinie. Nominowany do Nagrody Literackiej „Jantar” (2021). Ostatnio wydał tomy wierszy: Głosem prawie cudzym. Z poezji okołokonferencyjnej (2004), Rytmy, albo wiersze na czas (2007), Pierwowzory i echa. Od Kochanowskiego do Barańczaka (2009), Cisza na planie (2011), Dzień jest wierszem, świat kolorem (2021); poemat: Zaginiony w kreacji (2018); zbiory opowiadań: Światy równoległe (2022), Sztuka zaniku (2026), powieść Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta (2024) oraz książki naukowe: Granice poezji i poezja bez granic (2001, 2003), Głosy, formy, światy. Warianty poezji nowoczesnej (2008), Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej (2012), Narożnikowo, centralnie, pogranicznie. Szkice szczecińskie i europejskie (2014), Z narożnika mapy (2017).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved