Skip to content
e-eleWator zachodniopomorski miesięcznik literacki

HENRYK WANIEK

Świat Wassermanów. 3, 4

 

3.

Najmłodszy z von Eichenwaldów, prawie dziewięciolatek, miał swego konika. Odpowiadający mu wzrostem rumak — rumaczek raczej — składał się głównie z głowy i spływającej z niej grzywy. W dalszej części koń był kijem czerwonego koloru długości dwóch łokci, zakończonym kółkiem, jego jedyną kończyną. Dwu innych udzielał mu jeździec. Przeto miał tylko trzy nogi, ale był to wcale udany wierzchowiec. Zasiadłszy na nim, malec trzymał wodze krótko, by kółeczko sięgało ziemi, a głowa rumaka unosiła się dumnie.

Harce na tym kiju nie były wstępem do jego późniejszych kontaktów z końmi, bo w dorosłym życiu nie został ani huzarem, ani rajtarem, tylko urzędnikiem państwowym. Prawnikiem, mówiąc dokładniej. A do tego poetą. I nie przepadał za siodłem, z którego może spadł kiedyś.

Na razie jednak ma lat osiem i dwa miesiące. Właśnie wysiadł z karety po czterech godzinach wybojów. Dojechali i teraz odbywa się nerwowy rozładunek. Pewnie przez przypadek, jeszcze przed damami, kuframi i koszykami, w pierwszej kolejności wydobyto z pojazdu jego koniopodobną zabawkę. Trzymając swego konika za uzdę, patrzył tylko.

Wokół karety rozgardiasz. Nawet ojciec znosił kufry na bezpieczny zamkowy ląd. Ale Pepe — tak go nazywano zdrobniale — był za mały by dźwigać ciężary. Na wypadek, gdyby ktoś chciał go jednak użyć do tej wstrętnej roboty, oddalił się. Dosiadł konika. Najpierw odrejterował kawałek, a widząc, że mu nie przeszkadzają, wypuścił się ku bramie. Wyobrażone podkowy i ostrogi pobudziły jego fantazję. Ruszył dalej.

Zamek stał w najwyższym punkcie okolicy. Stąd wieża kościelna wyglądała, jakby przykucnęła w dole. Cwałując tak z górki, poddawał próbie chyżość swego konika. Puścił się cwałem. A przynajmniej do miejsca, gdzie stała grupa wyrostków. Wpatrywali się w zamek, gdzie nie tak dawno wjechała dostojna kareta, otoczona gwardią psich liliputów.

Pepe się rozpędził. Może chciał im pokazać, na czym tak cwałuje? A oni, widząc jak się zbliża, cofnęli się z respektem, gdy tam wyhamował. Zobaczył bosych, odzianych w łachmany, rozdziawionych pod zmierzwionymi kudłami. Mniej więcej rówieśnicy.

Patrzyli na jego schludną odzież i pantofle ze srebrną sprzączką. Na układną fryzurę. Na buzię ozdobioną zdrowym rumieńcem. A przede wszystkim na tego podjezdka, co go panicz miał między nogami. Onieśmieleni usiłowali się zapaść pod ziemię, a przynajmniej zniknąć sprzed tych pańskich, choć jeszcze smarkatych oczu. Sam fakt, że się tu zatrzymał, znaczyć mógł jedno — że chciał im pokazać. Co?

Było ich czterech, ale trzej zaraz zniknęli. Został jeden. Nie zauważył nawet, że opuścili go kompani, zawstydzeni rysującą się tam nierównością. Nie mógł oderwać oczu, tak oczarował go chłopiec z zamku, anioł niedający się z niczym porównać. Pepe nie miał nic przeciw tej krnąbrności.

Pepe miał przed sobą chyba nieco starszego, jednego z tych chłopaków, którzy w Lubowie, zamiast zadowalać się sztucznym konikiem, z odwagą mrożącą krew w żyłach wskakują na pasącego się konia, by pocwałować jakiś kawałek na oklep. On to często oglądał, ale by się nie odważył. Ten też wyglądał na takiego zuchwalca. Patrzył. Nie odwracał wzroku.

Stali, mierząc się spojrzeniami. Aż Pepe, wiedziony ciekawością, głosem zachęcającym do odpowiedzi, z uprzejmością, do której był wdrażany, zadał mu konkretne pytanie:

— Jak się nazywasz?

Ale czy tamten zrozumiał? Bo długo milczał, zanim odpowiedział. Chyba po polsku. A może po czesku? Tego nie da się stwierdzić, bo te języki są takie podobne i oba podobnie nieznane. Tak mówią w Lubicach wieśniacy. Oraz ich bachory, takie jak ten.

Pepe znał kilka słów. Potrafił pozdrowić, podziękować, zażądać. Może coś jeszcze, ale w sumie niewiele. Bo język był to nie całkiem dorzeczny. Ojciec von Eichenwald owszem, potrafił się nim porozumiewać. Obsztorcować wieśniaka albo go pochwalić. Czy go rozumieli? Czy doceniali, że się tak zniża? Bo nie ma to jak niemiecki, niedopuszczający pomyłek.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, dotknął palcem swojej piersi i powiedział — po swojemu — że nazywa się Pepe, i skierował pytająco palec na obdartusa. I zdziwił się, że ten odpowiedział mu jakby po niemiecku, choć znowu nie tak, jak się mówi w lubickim pałacu i innych porządnych domach.

— Josek się nazywam — rzekł i machnął ręką na stojący poniżej dom, i dodał: — Tam mieszkam.

Pepe spojrzał, ale nie było na co patrzeć. Dom murowany i nawet piętrowy, pod spadzistym dachem, lecz w żadnym wypadku nie przyzwoita budowla. Lepiej nie myśleć, jak się w czymś takim żyje.

— Dlaczego twoi koledzy uciekli? — zaryzykował następne pytanie, które w rzeczywistości brzmiało inaczej, jako że Pepe posłużył się całym zasobem swojej językowej możliwości: Warum twoje kollegen raus gehen?

Dopiero wtedy Josek obejrzał się i zdał sobie sprawę, że tamci go zostawili. Ale się tym nie przejął. Był przejęty rozwojem wydarzeń.

— To nie moje kollegen. Nur Knaben aus dorf. Sie wollen widzieć kareta.

Pepe już wyczuł, że mogą się porozumieć. Pół języka takiego. Pół innego. Było to przyjemne odkrycie, ale właśnie w tej chwili, jak na zaklęcie, konie kłapiące kopytami wyciągnęły karetę za bramę i razem z nią toczyły się w dół drogi. Woźnica bez wielkiego szacunku oddał ku Pepe salut biczem i już za chwilę nie było go widać. Tylko stukot kopyt. Oznaczało to, że pobyt w zamku wchodzi w nową fazę. A w bramie pojawił się starszy brat i zawołał do Pepe:

— Matka cię wzywa!

Na to nie było lekarstwa i choć Pepe chciał coś jeszcze omówić z chłopakiem, starczyło tylko na ostatni tej rozmowy kawałek:

— Muszę iść, ale przyjdź tutaj jutro. — I nie czekając, co tamten odpowie, wziął swego rumaka i już nie mając ochoty na rejteradę, pociągnął go za sobą.

 

4.

Już zieleniły się trawy i drzewa, ale niedobitki zimy jeszcze szukały schronienia w komnatach zamku. Co prawda, bez lodowatych kwiatów na szybach, bez sopli zwisających z okapów, lecz po zachodzie słońca, przy każdym wydechu buchała para. Ciałami goszczących tam osób wstrząsały dreszcze. Na nic siarczysty ogień w kominku dolnej sali. Na nic piece w sypialnych izbach. Wszystko daremne. Tym najmniej przejmowały się dzieci. Również głowa rodziny, pan Wolfgang Friedrich von Eichenwald, kapitan infanterii w stanie spoczynku, miał na to niezawodny sposób — pękatą butelkę przepalanki, która zawsze była pod ręką.

Za to jego małżonka Herminia, oraz teściowa z rodziny von Larisch, obie wrażliwe i chude, owijały się niezliczonymi chustami, szalami, choć i tak włożyły dodatkowe majtki i kaftany. Tylko Dobromila, pulchna czeska dziewucha, całkiem udana ochmistrzyni tego dworu, była zadowolona z takich temperatur. Zadbała jedynie o butelki z gorącą wodą pod pierzynami dzieciaków. Starsi sobie jakoś poradzą, lecz dzieciom się to należy.

Przyjazd wypadł na późną godzinę, a z oświetleniem na zamku Tosch zawsze były kłopoty. Przeto zanim zapadła ciemność, nie dbając o wieczorny posiłek, cała ekipa rzuciła się, szukając ratunku w pościeli. Znużeni podróżą i wyładunkiem rychło zapadli w czeluście snów, z których tutaj poświęcimy uwagę tylko jednemu, mianowicie rojeniom tego najmłodszego.

Był to sen długi i treściwy, ale Pepe zapamiętał tylko epizod, w którym chłopak spotkany przed bramą usiłuje go złapać za rękę i ciągnie za sobą. Pepe wzbrania się i boi, ale z oporu nic nie wychodzi. Młokos oddala się, odwracając co chwila kusząco głowę. Pepe przeczuwa coś nieprzyjemnego, a jednak idzie, choć świat wokół robi się coraz ciemniejszy.

Wszystko skończyło się o poranku. Wygrzebawszy się z łóżek, starsi państwo byli doprawdy w złym stanie. Wszyscy rzucili się na śniadanie, które znikało jak za dotknięciem różdżki. Dobromila, czuwająca nad tą stroną ich życia, z myślą o dzieciach wyczarowała trzy kawałki kołacza dla siostry, starszego brata i samego Pepe. Pepe był wolny od grzechu łakomstwa. Nie zjadł swego od razu. Umieścił kołacz w zarękawku kaftana. Będzie później jak znalazł.

Wśród przybyłych tu osób był także guwerner, pan Bertold Hesse, Szwajcar sprawujący pieczę nad edukacją młodzieży. Odmiennie niż inni Szwajcarzy, pan Hesse nie lubił swego zajęcia. Obowiązki wypełniał proporcjonalnie do pensji. 40 talarów z wyżywieniem i czasem coś ekstra, które to warunki akceptował z trudem. Po torturach podróży i minionej nocy uznał, że należy mu się odpoczynek. Rozpakował swoje pomoce naukowe i resztę poranka poświęcił na wygrzewanie się w słońcu.

Było w ogrodzie miejsce idealne dla uczonych rozmyślań i rozkosznych marzeń. Tego dnia, a może i następnego, nie zamierzał dolewać oliwy do głów trzech młodych von Eichenwaldów. Kto inny weźmie ich w karby, albo niech robią, co chcą. Jak było w przypadku dziewczynki lub starszego brata, tego nie dojdziemy. Ale Pepe, zaraz gdy opuścił jadalnię, zaczął się wdzięczyć do matki. Miała ona jednak ważniejsze sprawy na głowie. Odesłała go do Dobromili, niezastąpionej w takich przypadkach. Ale i Dobromila nie była od tego. Nie zamierzała ograniczać swobód swego pupilka.

Zdarzenia mogły się rozwijać w każdym kierunku, jako że zamek był pełen ciekawostek. Pepe znał tylko ich nikłą część. Niezbadane dotąd było skrzydło, gdzie nocami pojawiała się Biała Dama. Wszyscy o tym wiedzieli, choć nikt jej nie widział. Ale teraz była pełnia dnia i Pepe nie miał tam czego szukać. Podobnie w piwnicach, gdzie w zapomnianym kącie śpią trzej legendarni rycerze, którzy się zbudzą, gdy nadciągną Mongołowie i na Śląsku zrobi się groźnie. Bo już mniejsza o podziemne jezioro, po którym pływa łabędź cały ze srebra i złota.

Pepe wcale o tym nie myślał. Tego poranka — może pod wpływem snu — chciał sprawdzić, czy tamten chłopak stawił się przed zamkiem. Przez Dobromilę wypuszczony na wolność, poszedł ku bramie. Już z daleka widział, jak przedstawiają się sprawy. Obdartus siedział na poboczu, zwrócony w stronę miasteczka, które rozłożyło się w dole.

[…]

 

powyższa proza pochodzi z przygotowywanej książki Notatnik i modlitewnik drogowy III (2005-2015)

Henryk Waniek (ur. w 1942 r. w Oświęcimiu) – malarz, pisarz, publicysta. Mieszka w Brwinowie. Laureat licznych nagród m.in. Prix national na Biennale Internationale de Peinture w Cagnes-sur-Mer (1974), Nagrody Warszawskiej Premiery Literackiej (1995), Nagrody im. Andrzeja Kijowskiego (1997), Nagrody Kulturalnej Śląska i Kraju Związkowego Dolnej Saksonii (1999), Dolnośląskiej Nagrody Literackiej LAUR (2005), Nagrody miesięcznika „Śląsk” »Śląski Orzeł« (2005) oraz Nagrody im. ks. Augustina Weltzla »Górnośląski Tacyt« (2007). Nominowany do Nagrody Literackiej NIKE za Finis Silesiae (2004) oraz do Śląskiego Wawrzynu Literackiego za Notatnik i modlitewnik drogowy (2014). Wydał m.in.: Dziady berlińskie (1984, 1999), Hermes w Górach Śląskich (1994, 1996), Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca (1996), Pitagoras na trawie (1997), Inny Hermes (2001), Martwa natura z niczym: szkice z lat 1990-2004 (2004), Finis Silesiae (2004), Wyprzedaż duchów (2007), Sprawa Hermesa (2007), Katowice-blues czyli Kattowitzer-Polka (2010), Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994) (2013), Jak Johannes Kepler jadąc do Żagania na Śląsku zahaczył o księżyc (2015), Cmentarz nieśmiertelnych (2015), Obcy w kraju urodzenia (2016), Miasto niebieskich tramwajów (2017), Szalone życie Macieja Z. (2018), Notatnik i modlitewnik drogowy II (1994-2004) (2020), Ciulandia (2022) i Wędrowiec śląski (2024).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2024 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2024 e-eleWator
all rights reserved

Skip to content