Skip to content

ARENA MŁODYCH — SIERPIEŃ 2025

Żaneta Juszkiewicz

[I rok, studia 2-stopnia]

 

***

Delikatne palce, jeszcze z piaskiem pod paznokciami, dotykają pergaminu i odchylają kolejne strony. Wpatruje się w moje zdjęcie z dzieciństwa, a ja w nią. Uwielbia to robić, zwłaszcza gdy może w ten sposób opóźnić porę pójścia do łóżka. Za każdym razem zadaje to samo pytanie: „Mamo, a to ty czy twój brat? Ten, co nie żyje”. Całuję ją w czubek głowy, czuję zapach włosów niosący ślady podwórkowego szaleństwa i przenoszę wzrok na tę drugą dziewczynkę. Była trudnym dzieckiem, sprzeciwiała się i wtedy pewnie też na złość rodzicom nie chciała sesji zdjęciowej, a oni specjalnie wyciągnęli sanki i wielkiego misia. Pamiętam ciarki na skórze wywoływane przez nieprzyjemne w dotyku ubrania, zwłaszcza przez rajty. Jednoczyliśmy się z bratem w nienawiści do nich, szczęściarz miał potem wersję premium – kalesony. Ja nie miałam takiej alternatywy, cały czas się ich wstydziłam. Krępowały moje ruchy, miałam wrażenie, że moje nogi są uwięzione, że nigdy się nie wydostanę. Gdy patrzę na koszulkę z grubej bawełny, mocno wciśniętą w rajty, szczelniej otulam się swoim kaszmirowym swetrem, ale teraz jest mi lekko i ciepło.

Próbuję nawiązać kontakt wzrokowy z dziewczynką, ale jej oczy gdzieś uciekają. Nie umiem jej rozszyfrować, cały czas milczy, ale mogę podziwiać jej fryzurę. Mimo bardzo „domowego” stroju, mama dbała o to, by była starannie uczesana. Wstążki, spinki, kapelusze, koronki, hafty wzbudzały podziw u babci i dziadka, już od wyjścia z PKS-u miejscowi krzyczeli: paryżanka! paryżanka! Na zdjęciu ma fryzurę, której nie potrafiłabym odtworzyć: idealnie przyciętą grzywkę i częściowo upięte włosy, które lekko kręcą się nad ramionami. Delikatnie czeszę włosy mojej córki, pamiętając, jak mama szarpała moje pasma. Zaplatała mi warkocze i koszyczek, było mi niewygodnie, bolało, ale wyglądałam ładnie i mama była zadowolona. Moja córka siedzi w wygodnej piżamie, z jej kieszeni wystaje naszyta postać yeti, jej włosy są swobodne, rozpuszczone. Dziewczynka ze zdjęcia patrzy na mnie, ale wydaje się, że jej wzrok jest gdzieś daleko. Tylko ja wiem, że patrzy właśnie na mnie, na moją rękę czochrającą karmelowe włosy córki. Dziewczynka zastyga, jakby przykleiła się do kapy położonej na tapczanie. Prawie pamiętam te kolory: zielony, brązowy, bladoróżowy, kontrastujące z nijaką ścianą pomalowaną farbą olejną i pociągniętą wałkiem. Moja córka zachwyca się wzorkami i pyta, czy może mieć tak pomalowaną ścianę w swoim pokoju. Ma pięć lat, ale przeczuwa, że design z czarno-białego zdjęcia będzie „idealny, wiesz mamo, idealny” do jej różowego pokoju, w którym rządzą jednorożce i kucyki. Uśmiecham się lekko do córki i spoglądam jeszcze raz. Zawsze myślałam, że dziewczynka jest zła, obrażona, ma kiepski nastrój, ale teraz widzę, że się po prostu boi. Przyciąga ramiona do uszu, chciałaby się schować, dlatego szyja tonie w zbyt dużej koszulce, a dłonie przyklejają się do szorstkiej kapy. Moja córka gładzi ją po włosach i całuje zdjęcie.

 

 

Piotr Wacław Zawendowski

[I rok, studia 2-stopnia]

 

Poruszeni

Ksiądz Jan, wieloletni proboszcz Parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła, wstał tego dnia z myślą o kazaniu na uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Głowił się nad nim niemało i wczoraj, w wigilię święta, planował poświęcić mu dużo czasu, ale nie mógł — wszystkie znaki na niebie i ziemi przeszkadzały. Z samego rana państwo Kucharscy przysłali na plebanię średniego syna, Karola, aby kapłan przyjechał z ostatnim namaszczeniem do umierającej babki. W południe nie zdążył zjeść obiadu, a już zadzwoniono ze szpitala, aby ochrzcił umierającego noworodka, a po południu gadatliwe panie całkowicie zajęły go wystrojem kościoła oraz kłótnią o to, która z nich ma przystroić główny ołtarz. I tak duchowny zakończył dzień nieznośnym bólem głowy, więc tylko spojrzał na kolację, powiedział serdecznie „dziękuję” i, odprowadzony zatroskanym wzrokiem kucharki, poszedł spać.

„Co ja im powiem, dumał w trakcie mycia zębów. Nic nie napisałem, ja, pusty garnek, studnia bez dna… gdzie jesteś, o moja mądrości Salomonowa”. Wyrzucał sobie, że mimo długich lat kapłańskiej posługi nie potrafił głosić kazań z głowy, że nie jest olbrzymem duchowym. „I jak tu być pasterzem”, powiedział pod nosem i zatroskany poszedł do kościoła.

W trakcie mszy nic nie szło tak jak trzeba. Zaczęło się w zakrystii, gdzie ministranci popsuli kadzielnicę, a potem po kolei: organy zamilkły w trakcie Chwała na wysokości z powodu awarii prądu; ołtarzowe świece gasły, ponieważ zapomniano o uzupełnieniu parafiny; nieprzycięty knot paschału zamiast ognia wydawał z siebie smużkę dymu. No i Piotruś — uzdolniony chłopiec, ulubieniec starszych pań — nie mógł odczytać lekcji, bo koledzy popsuli mu okulary w trakcie przepychanki z trybularzem.

Powoli zaciągające się chmurami niebo dopełniło ogarniający kościół i ducha celebransa półmrok. Jego przygnębienie rosło. Liche a cappella wiernych ukoronowało jąkanie zawsze chętnego do pomocy pana Janka, którego proboszcz nie miał sił powstrzymać przed odczytaniem Pisma Świętego. „Niech już ma, mówił sobie. Dwadzieścia lat udawało mi się go sabotować, ale dzisiaj niech już ma”.

Kazanie rozpoczął trzask otwartego porywem wiatru okna. Zdenerwowany na cały świat kapłan — wbrew przepisom — opuścił prezbiterium i poszedł je zamknąć, a zrobił to z jeszcze większym hukiem. Zawstydził się. Dźwięk i świadomość sytuacji, w której cały kościół patrzy na niego, nie tam wysoko na prezbiterium, ale tu nisko, na samym końcu budynku, przypomniały mu dzień jego wejścia do parafii jako jeszcze młodego, pełnego zapału księdza. Oczami wyobraźni zobaczył siebie sprzed lat, z ideami o prowadzeniu do zbawienia owieczek, i przypomniał sobie napisane trochę z przekory w czasach seminaryjnej formacji kazanie. „A cóż mi szkodzi” pomyślał i jakby odmieniony, ale wciąż taki sam — już zmęczony wysiłkiem duchowym, wrócił na kazalnicę. Rozpoczął:

— Oto ruah, poruszenie, duchowa woda zbawienia wiecznego… Jest w naszej parafii wiele duchów. Na sam przód wysuwa się duch stawiający bogów cudzych przed Ojcem naszym, który jest w niebie. — Pani Katarzynie, młodszej księgowej w firmie rozliczającej parafialne podatki, zadrgała dziwnie warga. — Drugim jest duch brania nadaremnie imienia Pana Boga naszego, Ojca mieszkającego w niebie. — Na języku jednej z pań strojących kościół zaświdrował nieznany dotychczas punkcik. — Jest także duch, który nie pamięta o święceniu dnia świętego, bo Ojciec nasz jest w niebie. — Na sekundę prawą ręką pani Chacapińskiej, właścicielki osiedlowego sklepiku, wstrząsnęła drgawka. Z przepracowania, westchnęła. — Możemy się spotkać także z duchem, który nie oddaje czci ojcu i matce, gdyż Ojciec nasz w niebie mieszka. — Piotrusia, zapewne ze zdenerwowania awanturą w zakrystii, jak mniemał, chwycił kurcz żołądka, ale za chwilkę puścił z ulgą. — Widuje się i takiego ducha, który zabija, bo Ojciec nasz jest niebieski. — Na wspomnienie o wczorajszej śmierci teściowej pani Ewelinie popłynęła niespodziewanie łezka z lewego oka. — I jest pośród nas duch, który cudzołoży, gdy Ojciec nasz jest w niebie. — Po kostkach burmistrza powiał lekki chłodek. — Dobrze się przyglądając, zauważymy także ducha złodziejstwa, tu, gdzie przebywa nasz Ojciec w niebie. — Poczucie opadającej głowy obudziło kościelnego, pana Jana, jąkałę. — A i mamy wśród nas ducha, który pod obserwacją naszego Ojca, który jest w niebie, mówi fałszywe świadectwa przeciwko bliźniemu swojemu. — Adaś, najmłodszy syn pani Kucharskiej, musiał się nagle podrapać po prawym kolanie. — Oraz duch, który pamiętając o Ojcu naszym niebieskim, pożąda żony bliźniego swego. — Proboszczowi zaschło w gardle. — I dziesiąty z naszych duchów parafialnych to ten, którego Ojciec, nasz i jego, mieszka w niebie, a pożąda on różnych rzeczy bliźniego swego. — Wielkim kichnięciem obudziła wszystkich przysypiających, z góry źle nastawionych do nudnych proboszczowych kazań, organistka.

Paschał przestał dymić, przywrócono prąd w kościele, a proboszcz powiedział „Amen”. „Bogu niech będą dzięki”, odpowiedzieli wierni parafianie i ofiara spełniona potoczyła się dalej.

 

„Arena Młodych” to projekt publikacyjny studentów kierunku pisarskiego Instytutu Literatury i Nowych Mediów Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego
koordynator: dr Jakub Michał Pawłowski

Żaneta Juszkiewicz — absolwentka polonistyki, korektorka, znawczyni twórczości Eugeniusza Zamiatina, pasjonatka fotografii, książkoholiczka z duszą zanurzoną w przeszłości, na co dzień zajmuje się promocją w Teatrze Lalek „Pleciuga”.

Szymon Piotr Januszewski — poza pisarstwem interesuje się filmem postmodernistycznym i feministycznym, często nawiedzany konceptami i myślami egzystencjalnymi.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści