MARCIN WALDEMAR MIELCAREK
Król
Miałem kiedyś takiego jednego kumpla, na którego wszyscy mówili Król. Większość ludzi nie znała jego prawdziwego imienia i nazwiska i powiem szczerze, że ja też nie zwracałem się do niego inaczej niż Król. Zresztą chyba nie miało to znaczenia. Jego imię. Był po prostu Król.
Kiedy ostatni raz go widziałem, to znaczy zanim przedawkował, dobijał trzydziechy, ale wyglądał niemal na osiemnastolatka. Wysoki, atletycznej budowy brunet, o włosach, które same układały się podczas snu, skręcały i wiły, zupełnie jakby wyszły spod ręki jakiegoś przecwelonego fryzjera z NY. Twarz o srogim wyrazie, ale o delikatnej skórze i bez zarostu. Brązowe oczy, w których tkwiło coś nieuchwytnego, a za którymi szalała połowa dziewczyn w mieście. Nie skłamię, twierdząc, że jeżeli widzieliście jakąś młodą, zjawiskową piękność na ulicy, to mogliście być pewni, że znała Króla. One wszystkie znały.
Kobiety kochały Króla, to było banalne i proste, ale mężczyźni również go kochali. W większości chcieli być tacy jak on. Zazdrościli mu i uwielbiali go, mieli ochotę go zabić, ale robili wszystko, o co ich poprosił. Modelowy wzorzec, na który próbowało stylizować się wielu. Ale Król był tylko jeden, autentyczny i nie do podrobienia. Samorodek.
Ja też w pewnym sensie mu zazdrościłem, nie dało się uciec przed tym tanim uczuciem, ale z moich ust nigdy nie padło zdanie typu: „jak ty to robisz?”. Doskonale zdawałem sobie sprawę, jak to robił. On, rzecz jasna, zdawał sobie sprawę ze swojego magnetyzmu i wykorzystywał go maksymalnie, zupełnie, jakby wiedząc, że nieubłagany czas w swej podłości kroczy za nim jak cień. Być może dlatego pił i brał. Zdawał sobie sprawę, że jest skazańcem, że jego dni są dokładnie policzone.
Nie pamiętam już, jak go poznałem, i tak jak w przypadku jego imienia, chyba nie miało to większego znaczenia. Mieszkaliśmy w tym samym bloku, w tej samej klatce. Teraz myślę, że pewnie los chciał, aby nasze drogi się zeszły. Znacząca postać w teatralnej sztuce. Nasza pierwsza rozmowa, która najpewniej odbyła się w windzie — błaha, krótka gadka — wyglądała mniej więcej tak:
— Robią coraz gorsze papierosy — powiedział.
— Myślę, że wszystko robią teraz coraz gorsze.
— Na przykład piwo?
— Na przykład.
Król nie musiał pracować. Oczywiście kiedyś imał się przeróżnych zajęć, głównie ciężkich i słabo płatnych i często chwalił się tym, że życie dało mu popalić. Zrobił z tego odznakę, cnotę. Od kilku lat jednak miał mnóstwo pieniędzy, to znaczy nigdy nie zdradził mi ile dokładnie, ale właściwie nic mnie to nie obchodziło. Był po prostu ustawiony. Dostał mieszkanie i furę kasy po ciotce. Raz wyznał mi, że mógłby kupić na przykład dom w Hiszpanii nad morzem i tam spędzić resztę życia. Ale on nie przeniósł się nawet do najlepszej dzielnicy w mieście tylko dlatego, że nie podobali mu się ludzie posiadający pieniądze, bogacze.
— Widziałeś ich twarze? — pytał. — Widziałeś ich oczy? Ci ludzie nie mają duszy.
Król skończył jakieś technikum, ale nie napisał matury. Nie potrzebował tego. Cechował się naturalną inteligencją, wiedzę, którą wykorzystywał, chłonął z życia. Miał duszę artysty, miał duszę Cygana, miał duszę nieskrępowaną niczym ptak lecący w samo oko słońca. Lubiłem przebywać w jego towarzystwie. On też mnie cenił.
— Tylko ty z tej całej bandy idiotów mnie rozumiesz — powiedział kiedyś. — Tylko tobie mogę ufać.
W pewnym sensie Król miał we mnie kogoś na kształt przyjaciela. A przynajmniej blisko.
Nie poznałem jego rodziny i między wierszami musiałem wyczytać, że wychowywał się w domu dziecka, był sierotą społecznym. O swoim ojcu mówił tylko jako o „żuku gnojarzu pchającym swój gówniany żywot ku przepaści”. O matce nie mówił wcale.
Być może to właśnie z jej powodu pozwalał orbitować wokół kobietom. One stanowiły jego ziemię obiecaną i jednocześnie gehennę. Traktował je różnie, przeważnie w sposób, na jaki pozwalały. Na przykład te, które mniej go interesowały, padały ofiarą żartów, ale z jakiegoś nielogicznego powodu i tak się na to godziły.
— Chcesz, to mogę ci ją odstąpić — powiedział raz o takiej jednej, którą trzymał za kolano. — Ona nie będzie miała nic przeciwko. Zrobi to dla mnie. Zrobisz to dla mnie, słońce?
Dziewczyna miała śliczną opaleniznę i biały uśmiech. Jej oczy nie potrafiły oderwać się od Króla, zupełnie jakby patrzyły w jądro świętości. A patrzyła na niego tak jak wszystkie przecież.
Król mieszkał sam. To znaczy miał kotkę, zwierzę bez lewej przedniej łapy. Kotka miała już swoje lata. Odziedziczył ją razem z mieszkaniem. Nie wiedząc, co zrobić z tym kocim biedakiem, po prostu ją zostawił. Była z niej niezła wiedźma. Mnie na przykład nie dawała się pogłaskać. Drapała i syczała, chociaż jej pazury i kły były tępe od starości. Król powiedział o niej kiedyś:
— To jest jedyna kobieta, którą szanuję.
— Dlaczego?
— Bo to ja muszę uganiać się za nią.
Jego mieszkanie nie było zbyt ładne, ale zadbane. Oczywiście nie on dbał o porządek. Król był chyba największym syfiarzem, jakiego znałem, czterech nerdów w pokoju akademika robiło mniejszy burdel niż on. Ale miał na to radę, jak zwykle problem rozwiązywał się magicznie sam. Przychodziło do niego jedno dziewczę z osiedla, egzemplarz całkiem ładny, ale strasznie zahukany. Dwa razy w tygodniu przychodziła tu sprzątać, raz w tygodniu robiła mu pranie, co trzeci tydzień wymieniała pościel na świeżą. Często mu też gotowała, niejednokrotnie w czasie, kiedy on przyjmował pod swoim dachem inną dziewczynę. Jasne, że straciła dla niego głowę, ale wyglądało to wręcz absurdalnie. Pamiętam, jak siedziałem u niego w kuchni, a on poszedł do sypialni z jakąś modelką. Dziewczyna od prac porządkowych właśnie robiła rosół. Na poważnie odezwałem się do niej chyba tylko raz, spytałem, dlaczego się na to godzi.
— Bo pewnego dnia to ja będę na miejscu tamtej — wyznała.
Szczerze w to wątpiłem, ale nie miałem zamiaru zabijać w niej marzeń. Autentycznie jednak zrobiło mi się szkoda tego pokazu naiwności i kiedy sobie poszła, zadałem Królowi pytanie:
— Dlaczego jej chociaż nie zapłacisz?
— Bo nigdy nie zapytała o pieniądze. Jeżeli zapyta, to jej zapłacę.
— Rozumiem.
— Wiesz, jaki jest problem z niektórymi ludźmi?
— Nie wiem.
— Nie mają szacunku do samych siebie. A jeżeli nie masz szacunku do samego siebie, nie oczekuj go od innych.
Być może Król cenił mnie właśnie za to, że chyba jako jeden z nielicznych byłem w stosunku do niego asertywny. W miarę asertywny. Niestety, ja też zrobiłem dla niego jedną czy dwie głupoty, których już w trakcie żałowałem. Ale był to w końcu Król, jemu się nie odmawiało.
Jeden gość na przykład wisiał mu kasę. Król poprosił mnie, abym z kilkoma innymi chłopakami przemówił facetowi do rozsądku. Pojechaliśmy więc we czterech do jego mieszkania. Trzech typów, których nie chciałbyś spotkać wieczorem w bramie, i ja.
— Musi jechać tam ktoś z mózgiem — powiedział. — Tylko tobie ufam.
Oczywiście koleś nie miał tych pieniędzy. Prosił o jeszcze trochę czasu, ale ja miałem zapowiedziane, że Król odroczył już raz termin. Wiedziałem, że to kwestia twarzy. Gdyby znów mu odpuścił, gdyby okazał miłosierdzie, Król tylko by na tym stracił. Nie chciałem bić tego faceta, wydawał się przerażony, ale musiałem coś zrobić. Wynieśliśmy więc połowę mieszkania. Nie podobało mi się to, bo nie wiedziałem, czy ma to cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością. Nigdy wcześniej jednak jej nie wymierzałem, nie w takiej skali.
— Długi trzeba spłacać — powiedziałem jednak na odchodne, niczym jakiś gangster z amerykańskich filmów lat 30., kiedy on leżał schowany pod kołdrą w swoim łóżku.
Król jednak nie był zadowolony z naszej akcji. Właściwie był nawet zły. Wtedy po raz pierwszy i ostatni zobaczyłem w jego oczach, że zawiódł się na mnie.
— I co ja mam z tym wszystkim zrobić, co? — zapytał zrezygnowany. — Co mam zrobić z tym telewizorem, tą mikrofalą, laptopem, radiem?
Ostatecznie kazał nam poroznosić to wszystko po sąsiadach i rozdać jako prezenty.
Wszystko przychodziło mu łatwo, złośliwi mówili nawet, że za łatwo. Ale oni nie znali Króla, wydawało im się, że takie życie nie miało konsekwencji. Bo jedynym, co mogło go zniszczyć, nie były kobiety, nie były pieniądze czy tryb życia. Tylko on sam mógł siebie zniszczyć.
Dragi. Feta. Koka. Hera. Herę umiłował przede wszystkim.
Nigdy jednak nie zaproponował mi, żebym wziął. Ja nigdy go o to nie prosiłem.
Wiele razy dzwonił do mnie w środku nocy, abym do niego przyszedł. Przeważnie zastawałem go leżącego w wannie, w zimnej wodzie, z zamkniętymi oczami, nieprzytomnego, z bezwładnie zwisającą ręką, która przed chwilą posłużyła mu do przyjęcia dawki. Igły i strzykawki, zwykle leżące luzem na kafelkach, zawsze zawijałem w materiał i wynosiłem. Nie wyrzucałem ich do kosza, a miażdzyłem i zakopywałem na osiedlu wśród w pobliskiego drzewostanu.
— Jak zawsze przyszedłeś — mówił tylko, kiedy wyciągałem go nagiego z wody i wlokłem do łóżka.
Na dwa dni przed tym, jak znalazłem go martwego na kafelkach w łazience, nie przyszedłem. Dzwonił do mnie tamtej nocy, najpewniej znów z prośbą, abym zaopiekował się jego bezwładnym ciałem, ale ja byłem poza miastem, nie mogłem przyjechać. Musiał umrzeć, nieudolnie wyczołgując się z wanny. Wyciągnąłem go i ubrałem, zaniosłem nawet do łóżka. Nie chciałem, aby policja i lekarz oglądali Króla w takim stanie. Obnażonego, pokonanego. Pozbawionego tronu. Jego stara kotka, jedyna samica, którą szczerze szanował, leżała sztywna w salonie. Jej czas również dobiegł końca.
Pogrzeb Króla odbył się w sobotę, przyszło niewiele osób. Za gotówkę, którą trzymał w skrytce w kuchni, sprawiłem mu skromny pomnik i opłaciłem uroczystość. Nie chciałem, aby palce maczał w tym urząd, wiedziałem, że on też by tego nie chciał. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Oprócz mnie i kilku sąsiadów pojawiła się ta dziewczyna, która często u niego sprzątała, również dwie czy trzy inne, wyraźnie zapłakane, był też jeden z dilerów, których czasami sam odwiedzałem, aby kupić w imieniu Króla działkę. Nie było tłumów wcześniej tak chętnie walących do jego drzwi. Nie było też nikogo, kto mógłby wyglądać jak jego ojciec albo matka.
Chyba tylko ja miałem klucze do jego mieszkania, dlatego czułem się w obowiązku zająć tym wszystkim. Nigdy nie rozmawiałem z nim na temat tego, co ma wydarzyć się po jego śmierci. O samej śmierci mówiliśmy jednak aż nazbyt często.
— Przedawkuję, to pewne — mawiał zawsze. — Tylko nie chciałbym umierać w samotności.
Niestety, nawet Król nie mógł mieć wszystkiego.
Przeszukałem jego mieszkanie i chociaż wątpiłem w to, że zostawił po sobie jakiś testament, znalazłem taki w jednej z szuflad. Był też numer do notariusza, który go sporządzał. Spotkałem się z facetem jeszcze w ten sam dzień. Wszystkie fundusze, jakie posiadał Król, poszły na wsparcie domów dziecka w różnych miastach w całej Polsce. Lista była długa, szczegółowa. Mieszkanie oraz jego samochód również miały iść pod młotek, a pieniądze przekazane na pomoc.
Mija już chyba trzeci czy czwarty rok od jego śmierci. Przypomniałem sobie o tym wszystkim, kiedy zobaczyłem na ulicy tamtą naiwną dziewczynę. Prowadziła wózek z dzieckiem. Ze swoim partnerem wyglądali na szczęśliwych. Wychodziło więc na to, że nie wszystko zawsze kończy się tragedią.
Jeszcze tego samego dnia postanowiłem pojechać na grób Króla. Wyglądał tak, jakby od roku, czyli od ostatniej mojej wizyty, nikt go nie odwiedził. Odgarnąłem pożółkłe liście, położyłem kwiaty, zapaliłem znicz. Nazywał się Antoni Królewski. Nie miało to jednak znaczenia. Był kiedyś po prostu Król.
Marcin Waldemar Mielcarek (ur. w 1996 r. w Kaliszu) — absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego. Publikowany w: „Akancie”, „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Helikopterze”, „Pro Libris”, „Tekstualiach”, „Twórczości” i na wielu portalach internetowych. Stypendysta miasta Zielona Góra. Opublikował powieść Sztuka latania (2022, nominacja do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego w kategorii proza) oraz zbiory opowiadań: Wszystkie nasze Boginie-Matki (2019), Parada myśli nocnych (2021), Nad górą wisi zielone słońce (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved