Skip to content

KONRAD LISKOWACKI

Krótka chwila oddechu. 2

W dniu Biegu obudziłem się około szóstej rano i już nie mogłem zasnąć. Noc była parna, a dzień też miał być gorący. Pociłem się pod kołdrą i z irytacją zrzuciłem ją z siebie. Poczekałem, aż rodzice pójdą do pracy i przed ósmą wstałem z łóżka. Wiedziałem, że i tak już nie zasnę. Umyłem się, zjadłem lekkie śniadanie (dwie połówki bułki: z serkiem topionym i Nutellą), bo miałem skurczony z nerwów żołądek, a zresztą przed biegiem i tak nie było sensu się opychać. Skromny posiłek popiłem szklanką letniej i bardzo słodkiej herbaty.

Później próbowałem trochę oglądać telewizję, jakieś kreskówki, program przyrodniczy o warszawskim ZOO. Prędko się znudziłem i wyszedłem na ocieniony jeszcze o tej porze dnia balkon. Było na nim niesamowicie duszno. Wróciłem do mieszkania i poszedłem do swojego pokoju po mój zegarek na rękę i zapiąłem go w jaśniejszym miejscu nad nadgarstkiem. Tata zawsze mawiał, że „opala się w zegarek”. Ja opalałem się najwyraźniej tak samo.

Jeszcze trochę pokręciłem się po mieszkaniu, napiłem się przegotowanej wody z syropem malinowym, „na zapas” skorzystałem z toalety — choć wiedziałem, że to niewiele da, bo zawsze strasznie chce mi się siku, gdy się denerwuję, i wyszedłem na dwór. Do Biegu pozostawała godzina.

Miałem na sobie klubową koszulkę AC Milan, oczywiście nie oryginalną — bo skąd niby taką miałbym mieć, wtedy wszyscy nosiliśmy tzw. podróby — do tego krótkie bawełniane spodenki i znoszone tenisówki.

Poszedłem w stronę trzepaka, trochę się na nim popodciągałem, ale niezbyt długo. Stał w słońcu, więc metal był rozgrzany tak, że niemal parzył dłonie.

Zamierzałem już pójść w stronę transformatorni, gdzie miał być start Biegu, gdy zobaczyłem Martę wychodzącą z klatki schodowej. Nie widziałem jej od tego wydarzenia koło śmietnika. Minęło sporo czasu i nawet sądziłem, że gdzieś wyjechała. Nikogo jakoś nie przyszło mi do głowy o to zapytać, choć często o niej myślałem i nawet raz czy dwa razy mi się przyśniła, a po jednym z takich snów obudziłem się zlany potem, z zaschniętym gardłem i podniecony w sposób, którego jeszcze dotąd nie znałem.

Teraz patrzyłem w jej kierunku i miałem wrażenie, że zaszła w niej jakaś zmiana, której nie umiałem nazwać. W zasadzie wyglądała tak samo jak zwykle, ale w jej ruchach było coś dziwnego, wyparowała z nich szczególna dziewczęca pewność siebie, połączenie delikatności z bezczelnością, które u niej nie było niczym niezwykłym i bardzo mi imponowało. W tej chwili jednak Marta sprawiała wrażenie kogoś zagubionego i przestraszonego.

Zawołałem ją po imieniu. Spojrzała w moim kierunku i przez moment jakby się zawahała, ale ostatecznie podeszła do mnie powoli i bez przekonania.

Cześć.

Cześć, odpowiedziała tak cicho, że gdybym na nią nie patrzył i nie spodziewał się takiej odpowiedzi, to pewnie w ogóle bym jej nie dosłyszał.

Była bardzo blada na twarzy, jakby tygodniami siedziała w zamknięciu. Miała też okulary przeciwsłoneczne. Niby nic dziwnego przy takiej pogodzie, ale nie przypominam sobie, bym ją kiedykolwiek w takich widział. Zawsze lubiła patrzeć pod słońce i mrużyć oczy.

Dzisiaj jest bieg, powiedziałem niepewnie, przyjdziesz popatrzeć? Zaczyna się niedługo.

Bieg, znowu odezwała się niesłychanie cicho, niemal szeptem. Jaki bieg?, dodała nieco głośniej, ale w jej głosie nie wyczułem nawet cienia zainteresowania.

Nie byłem pewien, czy mówić dalej, bo Marta spowodowała, że zacząłem czuć się nieswojo. No Bieg, taki dookoła bloku, co zwykle biegamy, ale, no, teraz na poważnie, tak.

Na poważnie, powtórzyła. Na poważnie… Przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu. No jak na poważnie, to może przyjdę.

Ja też biegnę, dodałem chyba głośniej, niż chciałem i trochę zapiszczałem jak Myszka Miki. Zaczyna się o dwunastej tam, przy „elektryce”.

No jak o dwunastej i ty biegniesz, to przyjdę tym bardziej. Teraz mówiła nieco głośniej, ale i tak miałem wrażenie, że odzywa się niczym Schwarzenegger z Teminatora. Trochę żałowałem, że cokolwiek wspomniałem o Biegu. Nie taką Martę znałem. I nie taka mi się ostatnio śniła.

Nie powiedziała nic więcej, odwróciła się do mnie plecami i prędko przeszła na druga stronę ulicy, kierując się do niedalekiej apteki.

*

Do startu pozostawały minuty. Słońce świeciło intenstywnie i nie chciało skryć się za żadną chmurką, także z tego powodu, że nie miało za jaką — niebo było jednym wielkim błękitem.

Paweł, szczupły wysoki chłopak, lekko piegowaty i z gęsta rudą czupryną, ubrany w koszulkę Chicago Bulls i dżinsy, skończył właśnie sprawdzać listę uczestników Biegu. Byli wszyscy. Spojrzałem na Ahmeda, który stał obok mnie, po prawej stronie. Pot lał mu się z czoła, ścierał go raz po raz czerwoną opaską, którą miał na nadgarstku. Po mojej lewej, na granicy chodnika, na którym znajdowali się mający wystartować chłopcy, do biegu przygotowywał się Robert Powroźny. Strzelał nerwowo palcami u rąk, przestępował z nogi na nogę. Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. W jego oczach dostrzegłem lekceważenie i poczucie wyższości. Szybko spuściłem wzrok. Na innych zawodników nie zwracałem większej uwagi.

Serce szybko mi biło, miałem suche, spierzchnięte wargi, ale nie chciałem ich oblizywać, bo czułem wtedy na języku nieprzyjemny słony smak potu. Na domiar złego mój pęcherz właśnie teraz zaczął domagać się opróżnienia. Miałem ochotę zakląć tak ostro, jak robił to tata, gdy denerwował się frajerskimi porażkami naszej reprezentacji piłkarskiej. I zakląłem, ale tylko w duchu.

Paweł pokazał nam wszystkim cienką zieloną teczkę, w której znajdowały się dyplomy dla zwycięzców. Wystartować mieliśmy na znak dany przez Pawła małym czarnym piłkarskim gwizdkiem. Dostał go od wujka, który od czasu do czasu sędziował w jakiejś lidze dla amatorów, lubiących pokopać piłkę i wypić po piwku.

Zerknąłem jeszcze na trawnik, na którym zebrała się niewielka grupka kibiców: parę śmiejących się głupio dziewczynek, jakiś mały chłopiec ściskający w rękach pluszowego pieska, siedzący na trawie Szymek Brudny, który skręcił sobie kostkę podczas gry w piłkę i nie mógł wystartować, z którego to powodu był niepocieszony i było to widać na jego pociągłej twarzy. Wśród widzów nie widziałem nikogo dorosłego, nie dostrzegłem też nigdzie Marty, co przyjąłem z mieszaniną żalu i ulgi.

Zanim Paweł dał znak do startu, zdążyłem jeszcze zadać sobie w myślach pytanie, dlaczego właściwie on nie bierze udziału w Biegu. Przecież biegał całkiem nieźle, może nawet lepiej ode mnie, a gwizdnąć mógłby w zasadzie każdy, nawet ten nieszczęsny Szymek ze skręconą kostką. I w tym momencie Paweł gwizdnął.

*

Początkowo biegłem swoim rytmem. Na czoło wysforował się, co było do przewidzenia, Ahmed, kroku dotrzymywał mu Powroźny, a także Jędras. Tuż za nimi podążał Robert Hoffman, niepozorny chłopak w okularach, który wyglądał na nieporadnego kujona, ale był zaskakująco sprawny fizycznie. Ja po pierwszym okrążeniu lokowałem się mniej więcej w środku stawki i jako się rzekło, biegłem w swoim tempie, starając się nie forsować i nie przesadzić z szybkością, by w tym upale nie odpaść przedwcześnie z rywalizacji.

Kiedy kończyliśmy drugie okrążenie, zaczęła mnie niepokoić odległość między prowadzącą czwórką a mną. Robiła się niebezpiecznie duża. Wiedziałem, że jeżeli chcę jeszcze cokolwiek zdziałać, muszę przyspieszyć, zniwelować straty, bo będzie po wszystkim. Próbowałem zmusić się do większego wysiłku, lecz szło mi to bardzo opornie, najwyraźniej moje nogi wciąż wolały własny, niespieszny rytm. Do tego pęcherz ani myślał dać mi spokój i poważnie obawiałem się jakiejś kompromitacji — nieukończenia Biegu albo, co chyba byłoby jeszcze bardziej wstydliwe, nieutrzymania moczu do mety.

Ahmed wyraźnie odsadził od pozostałych. Na trzecim okrążeniu było już widać, że tylko jakiś zupełny kataklizm mógłby go pozbawić zwycięstwa. Wysforował się tak, że traciłem go z oczu, do tego biegliśmy głównie pod słońce, co nie ułatwiało obserwacji. Mimo to dostrzegłem coś, wbiegając na tę trzecią pętlę. A dokładniej kogoś — na trawniku, obok Szymka, stała Marta. Piła colę z puszki i przyglądała się wyścigowi. A może tylko mi się przywidziało? Nie mogłem się zatrzymać ani cofnąć, żeby sprawdzić, czy Marta faktycznie znajduje się wśród widzów, musiałem po prostu przebiec kolejne okrążenie, by ponownie znależć się na wysokości trawnika. Przyspieszyłem, choć serce niemal wyskakiwało mi z piersi, bolał żołądek i nogi, w gardle czułem ogień i nie mogłem nawet dobrze przełknąć śliny. Odsadziłem od Krzyśka Stachurskiego, dopędziłem Jędrasa i przez dłuższy czas biegliśmy razem, ramię w ramię. Nie wiedziałem, które dokładnie zajmuję miejsce. Z przodu, poza Ahmedem, musiał być jeszcze Powroźny i chyba Hoffman. A więc prawdopodobnie czwarte. Mniejsza z tym. Zaraz miało zacząć się ostatnie okrążenie. Też czwarte.

Gdy razem z Jędrasem wpadliśmy na linię startu/mety, słyszałem jego ciężki oddech — Tomek też miał już chyba dosyć naszego Biegu. Spojrzałem na trawnik. Szymek, dwie dziewczynki w różowych sukienkach, kilku młodszych chłopców, których wcześniej nie widziałem. Marty nie było. Teraz, czy w ogóle? A zresztą. Trzeba biec, do końca. Już niedaleko.

Z ostatniego okrążenia pamiętam niewiele. Głównie to, że było dla mnie istną męczarnią i wydawało się znacznie dłuższe od poprzednich. Gdy dobiegłem, Ahmed już od dłuższego czasu przyjmował gratulacje, w jednej ręce trzymał dyplom, w drugiej butelkę wody, z której teraz tęgo popijał. U nas wody wszak nie brakowało. Zresztą, nasz czarnoskóry kolega jej przecież nie marnował, mamo.

Ostatecznie zająłem piąte miejsce. Przegrałem nie tylko z Ahmedem i Powroźnym, ale i z Hoffmanem i Jędrasem, który wyprzedził mnie niemal na ostatnich metrach. Zaszczytne miejsce w połowie stawki. Mogło być gorzej, ale lepiej pewnie też. W tej chwili w zasadzie było mi to już obojętne. Choć miałem teraz dość biegania, to i tak w te pędy ruszyłem do domu, gdzie wypiłem duszkiem parę szklanek wody z sokiem i wreszcie mogłem skorzystać z łazienki. Wrzuciłem do pralki przepoconą koszulkę biegową, założyłem nową i wróciłem na podwórko.

Koło trzepaka stali Ahmed i Paweł, na ziemi tuż obok siedziała szczerbata Anka, dziewczynka chyba dziesięcioletnia, dość głupia i powszechnie nielubiana, ale nieszkodliwa i małomówna.

Udało się. Fajny bieg. Miodzio, Paweł przywitał mnie uśmiechem. W następnym będziesz wyżej.

Jak dupa na trzepaku, zachichotała Anka, ale spojrzałem na nią tak, że zaraz umilkła.           

Gratuluję, Ahmed. Byłeś super. Podałem koledze rękę. Wyciągnął swoją. Też był już przebrany w nowe ciuchy. Wciąż jednak miał na nadgarstku tę przepoconą opaskę z Biegu. E, tam, odparł niby skromnie. Dzięki, nie było tak łatwo.

Trochę jeszcze pogadaliśmy o różnych głupotach. O Biegu w sumie najmniej. Anka na szczęście szybko poszła. W którymś momencie zapytałem w końcu, czy któryś z nich widział dzisiaj Martę wśród osób kibicujących. Paweł jej nie zauważył. Ahmed spojrzał na mnie dziwnie i powiedział, że nie widział Marty od wielu dni. Może gdzieś wyjechała na jakiś czas. Nie wiadomo też, co się dzieje z jej ojcem. Miał zaginąć, utopić się. Albo jedno i drugie. Całe osiedle o tym mówi. Co ty, na Księżycu mieszkasz? Widziałem ją dzisiaj. Tak mi się przynajmniej zdawało. Chyba cię Bóg opuścił.

Tak. Ale wiele lat później.

*

Tamto lato minęło szybko. Trochę w mieście, trochę nad morzem z rodzicami, dwa tygodnie u dziadków nie nad morzem. To były piękne wakacje, pełne słonecznych i ciepłych dni. Nie zdarzył się już taki ponury i deszczowy jak ten na zakończenie roku szkolnego. Ale nie pamiętam również tak gorącego i parnego jak ten, w który odbył się Bieg. A może to tylko tak pamięć wyolbrzymiła ten upał i były tamtego lata chwile równie upalne. Wielce prawdopodobne.

Bieg. Właśnie. Kolejnego podobnego już nie było, tak jak zresztą należało się spodziewać. Zostałem więc z tym swoim piątym miejscem jako największym osiągnięciem sportowym w karierze. Jeszcze nie raz oczywiście biegaliśmy sobie dookoła bloku, jednak wyłącznie nieoficjalnie, spontanicznie, bez zapisów, nagród i temu podobnej otoczki. Poza tym niedługo po tych wakacjach wyprowadziłem się za miasto, zmieniłem szkołę, otoczenie, straciłem kontakt z kolegami. Potem w ogóle wyjechałem na studia. Tam, gdzie studiowałem, znalazłem też pracę. Dopiero teraz, po wielu latach, wróciłem na swoje stare osiedle.

Mój dawny blok stał jak wtedy, teraz był ocieplony, pomalowany na pomarańczowo. Trzepak też był na swoim miejscu, zdecydowanie nie pomalowany, a odrapany.

Przez chwilę korciło mnie, by zrobić sobie rundkę dookoła tego bloku. Darowałem sobie jednak. Czterdziestka na karku, papierosy, stwierdzony stan przedzawałowy, stres w korpo. Nie, raczej nie byłem w formie. Nawet dziś pewnie Ahmed by ze mną wygrał, i to ten Ahmed z czasów dzieciństwa. Ahmed zawsze wygrywał. Jakoś tak niedawno odnalazłem go na Facebooku. Nie byłem pewny nazwiska, ale udało mi się odnaleźć kolegę. Na zdjęciu profilowym uśmiechał się tak, jak kiedyś — rząd równych białych zębów, błysk w oku. Trochę ze sobą popisaliśmy. Opowiedział mi, że miał przygodę, podczas której umiejętność biegania bardzo mu się przydała. Na stacji metra w Warszawie, przy dworcu, nie spodobał się kilku łysym. Ty czarnuchu, bambusie, oddawaj telefon. Nie wdawał się w dyskusje, tylko od razu zaczął uciekać. Wybiegł na Plac Defilad i pędził, jak najszybciej mógł. Stary, nie mieli szansy mnie dogonić — czarna noc bez gwiazd, ja czarny i do tego w czarnej kurtce. Nie dość, że mnie nie dogonili, to nawet dobrze mnie nie widzieli. I kilka emotikonków na koniec wiadomości. Uśmiechniętych, pomarańczowych jak ten blok.

Dowiedziałem się jeszcze, że Ahmed w końcu pojechał do Afryki odwiedzić rodzinne strony swoich rodziców. Wrócił do Polski dość szybko, bo nie czuł się najlepiej za granicą.

Marty nie szukałem w Internecie. Nie wiem, gdzie mieszka, co robi i czy w ogóle żyje. Nie widziałem jej od dnia tamtego biegu, jeśli faktycznie ją wówczas widziałem. Okazało się, że rzeczywiście wyjechała razem z matką. Nie wiadomo dokąd. Tylko z matką. Ojciec był jednak marynarzem. Jego statek handlowy zaginął. Mężczyzna prawdopodobnie się utopił, po jakimś czasie uznano go za zmarłego. Dobrze mu tak. Nie, tak nie należy mówić, wiem. Tak jakoś mi się wymsknęło.

Nie szukałem Marty, ale zdarzało mi się o niej myśleć jeszcze wielokrotnie, chociaż już nigdy mi się nie przyśniła. Później miałem własną Martę, bo z żoną tak daliśmy na imię naszej jedynej córce. Niedawno przyniosła piękne świadectwo ze szkoły, niosła je jak relikwię. Same „piątki” i „szóstki”. Pochwaliła się cenzurką i włożyła ją do szuflady z nabożną czcią.

Jest lato. Ponad trzydzieści stopni w cieniu to norma. Zewsząd słychać o globalnym ociepleniu i grożącej ludzkości katastrofie klimatycznej. Zakręcam wodę, gdy myję zęby, by niepotrzebnie jej nie marnować. Marcie nic nie musieliśmy mówić, robi to sama z siebie. Oczywiście ta moja mała Marta. Czy tamta oszczędzała wodę? Nie mam pojęcia. W gruncie rzeczy wiem o niej bardzo niewiele. Ale czasem nawet niewiele to całkiem dużo.

Może jednak pobiec. Jedno kółko. Co sądzisz, Ahmed? Zawsze wygrywałeś. Powiedz, czy dam radę, żebym się tylko nie wygłupił. W porządku, tylko wezmę parę głębszych oddechów, zrobię kilka skłonów. Tak bez rozgrzewki to nierozsądnie, dostanę zaraz zadyszki, w końcu całe tygodnie spędzam za biurkiem. Tylko to jedno kółko. Już.

Konrad Liskowacki (ur. w 1981 r. w Zielonej Górze) – ukończył studia prawnicze na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego (2005) oraz studia z zakresu prawa europejskiego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (2006). Autor tekstów krytycznych i esejów publikowanych na łamach „eleWatora”, „Kuriera Szczecińskiego”, „Latarni Morskiej”, „Migotań”, „Pograniczy” i „Toposu”. Mieszka w Szczecinie.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści