Skip to content

KAROL SAMSEL

Praktyki. 5

 

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Stań w prawdzie, mówimy tyle razy, nie tłumacząc już, że znaczy to w pierwszym rzędzie: stań w ogniu. Autentyzm to pochodnia do podpalania miast i wsi, a autocenzura to słaby deszcz, niemający właściwie żadnego znaczenia poza symbolicznym, autocenzura — raczej pozwala działać — niż to działanie hamować, tamować lub regulować. Autocenzurę można by w tej sytuacji porównać do Herbertowskiej kwestii smaku, lub Flaubertowskiej — stylu, jeśli ten pierwszy mówi „ja to smak”, ten drugi „ja to styl”, ja winienem rzec „ja to autocenzura”. W tym wszystkim jest jednak bardzo głęboki problem społeczny: czemu nie mówi się prawdy o stawaniu w prawdzie… Że to stawanie w ogniu… Stań w prawdzie to wezwanie do śmierci, rzucamy je zaś tak, jakbyśmy zapraszali sąsiadów na biwak, a dalej tworzymy literaturę, zespoły nieprawd o prawdzie… Prawda to pojęcie kierkegaardowskie, czuję, że dotknąłem jej dopiero post factum, gdy pozostawiła za sobą gruzy… Wcześniej, najprawdopodobniej, dotykam rozmaitych weryzmów — brzmiących prawdziwościowo — i nawet, przez to, mniej lub bardziej szlachetnych… Pomorski pewnie powiedziałby, że to jansenizm. Nie byłbym tego taki pewny, to, z czym jednego dnia zasypiam w ręku — może powiedzmy, że to pietyzm, następnego dnia, kiedy się budzę — jest jansenizmem, a jeszcze następnego — katolicyzmem. Wszystko jest w nas — myślę, że to najważniejsza lekcja dla podobnego analityka kultury, co Pomorski. Nie jest tak, że w Claudelu jest jansenizm, a w Yeatsie nie ma jansenizmu. W przekonaniu, że w Yeatsie jest więcej jansenizmu niżeli w Claudelu zaczynam się ja — a Pomorski się kończy… Dedukcja staje się metafizyką i ma właśnie metafizyką się stać: to właściwe jej przeznaczenie, końcem naszej drogi jest byt, w żadnym razie nie delectatio, delectatio deductio, delectatio inductio. Nauka to wyciągnięcie wniosków, nie ich formułowanie, czy jeszcze o tym pamiętamy? Na tej samej zasadzie — literatura to wyciągnięcie wniosków, nie ich formułowanie, religia też jest wyciągnięciem wniosków, nie ich formułowaniem — dlatego tak bardzo tęsknię za milczeniem — i ciszą w słowie? I tak boli mnie robienie z ciszy protezy — fałszującej autentyczne momenty dla jej nadejścia, tak jak ma to miejsce w poezji Miłobędzkiej — nie ma nic bardziej protezowego niżeli metafora, symbol poetyckiego samozadowolenia…

Miłobędzka, dla mnie, to ktoś, kto całe życie bawił się zasłoną Mai, odsłanianiem i zasłanianiem ostatecznych wniosków, tak by do samego końca — utrzymywać poetycki stan agnozji… Tak łatwo uchodzić za przepowiadaczkę, choć stoi się na całkowicie przeciwnym miejscu niż miejsce przepowiadania… Widzę całe kultury, całe społeczeństwa bawiące się zasłonami Mai, mam wrażenie, że współczesne Państwa Platona są od początku do końca poprowadzone tak, ażeby zabawę zasłoną Mai czynić jedyną dającą się pomyśleć — logiką polityczną… Kiedyś narzędziem kontroli rzeczywistości, a zatem też jej naprawy — była jej karnawalizacja. Próbuję powiedzieć, że dzisiaj nie daje się już skarnawalizować niczego, również za sprawą Miłobędzkiej… Karnawalizacja jest ciężką pracą, jest nieleniwa, także ironia należy do tego samego rzędu. Lakonizmu nie daje się skarnawalizować ani też, tym bardziej, zironizować. Potrzeba epizmu, form pojemnych — czyli podstawy, którą można rozciągnąć i naprężyć jak baldachim — tak że wygląda twardo — jak fundament na obrazie renesansowca… Jung powiedziałby, że nie mamy kontaktu z własnym Cieniem… Uśmiech przy podobnych sytuacjach przestaje znaczyć to, co znaczył do tej pory — nie ufam zatem uśmiechowi, nawet w głosie, uśmiech w głosie Pomorskiego, który — odsłuchiwałem przy przepisywaniu wywiadu, zdradzał dla przykładu protekcjonalizm. Po co uśmiech? Jest bezcelowy, gdy nie ma kontaktu z Cieniem — staje się błyskaniem reklamiarza, wabieniem inkwizytora lub zwykłą bezmyślnością. Próbuję powiedzieć właściwie całymi Praktykami, że czeka tę cywilizację głęboka katabaza, na pewno w żadnym razie „weselcie się — słudzy Boga”: kasandryzm jest tu rozpaczliwym życzeniem poprawy sytuacji — ona bezwzględnie musi nadejść, w imię człowieka…

Tłumaczyłem to wczoraj Radkowi Jastrzębskiemu… Praktyki powinny kierować się zasadą etyczną przy warunku całkowitego dostępu do mojego Cienia. Na tym właśnie polega problem z autentyzmem, uważam. Gatunki literackie nie ułatwiają dostępu do Cienia, dla przykładu: Konwicki nie dotarł do Niego przez Kalendarz i klepsydrę, Wschody i zachody księżyca: sylwa nie sprzyja autentyzmowi, tylko samej sobie, jak każdy gatunek — wszystko będzie tutaj zsylwizowane, zawsze uda się skryć za konwencją. Jedyny gatunek, jaki mnie obowiązuje, to Jungowski Cień — i to właśnie czyni mnie człowiekiem etycznym — bardzo świadomie jednego dnia piszę tutaj o masturbacji, drugiego — o moralizmie, trzeciego — o edukacji… Perwersyjność dydaktyków? Oczywiście, że jest. Ci najlepsi są perwersyjni i dionizyjscy, uczą swoich uczniów panować nad namiętnościami, pamiętając, jak sami padali ofiarami swoich nieodpowiedzialnych mistrzów, w których się zakochiwali (tak jak ja zakochałem się w bycie Chrystusa): właśnie to, tj. perwersyjność dydaktyków, sprawia, że nie chcą dopuścić do tego, aby w kolejnym pokoleniu ich błędy powielano, a namiętności nie kontrolowano kosztem życia: dlatego mówią o nich otwarcie, tworzą swoją dydaktyką nowy List o tolerancji — a Praktyki są moim Listem o tolerancji, czarnym Listem o tolerancji ze względu na konieczność stałej komunikacji z Cieniem.

 

czwartek, 1 maja 2025

Candy-humanistyka. Tak ją nazwałem. W pierwszych minutach swojego pierwszego wykładu o historii literatury w Ostrołęce, właściwie, tak jak zwykle, przypuściłem atak na filologię, szkołę próżności: to niewiarygodne, że w XXI wieku historia literatury miast jest rzeczywistością nie do pomyślenia — że uprawiając podobny temat, powinienem czuć się — przez ten temat? — poniżonym, że uprawiać historię literatury Słupska, historię literatury Koszalina, historię literatury Łomży — to niepoważne, że to zatrute lub upośledzone źródło faktów drugiego, dalszego rzędu. Doprawdy? Dobrze, pokażę Wam, co to jest drugi, albo — dalszy rząd. Bardzo lubię prowincjonalizm, bo uzdrawia ze snobizmu. A co do candynauki sprawa jest głębsza, bo dotyczy — niestety, także kondycji ludzkiej. Najważniejsze, myślę, sformułowanie, jakie człowiek mógłby skierować do człowieka, to: „Nie bądźcie ludzkimi cukierkami”, „Nie bądźcie ludzkim cukiereczkiem”, brak związku z pracą, brak związku z ziemią, brak związku z perwersją, brak związku z ulgą, brak związku z masochizmem bez czegokolwiek, w całości dla niczegokolwiek: Boże, jaka musi być to nuda. Bądźcie żywi — autentyczni — kochający — nienawidzący — prawi — nieprawi, a ludzkie cukierki psują się najszybciej: depresja, nerwica, gniew, który poszukuje ujścia wszędzie tam, gdzie jeszcze cukierkiem można przez chwilę nie być — w komunikacji miejskiej, w sklepach, pomiędzy regałami. I z tego właśnie nasza humanistyka cukierkowa, candy women, candy men — w stopniach doktorów, profesorów, inżynierów, doktorantów, magistrów… Dajemy im (im…) wcale nie światło autorytetu, ale zwykłe candy light, którego można uświadczyć wiele — chociażby w cyrkach: cyrkowcy autorytetu… Nasza odpowiedź na wyzwania stojące przed nauką w dobie gwałtownych zmian cywilizacyjnych — stawać się cyrkowcami autorytetu, bardzo przepysznie. Wręcz wytrawnie, powiedziałbym, nie ma co mówić…

Krótka rozmowa telefoniczna z Ewą Solską przed ostrołęckim wykładem. Świetna, właściwie jak zwykle w tych rzadkich okazjach, które są nam podsuwane przez los, bez metafizycznego kondotierstwa, służalstwa, protekcjonalizmu, Paweł Bezdeka rzekłby: bez absolutyzmu, a Juliusz II — bez pragmatyzmu (Boże — tyle tego słyszałem w niedzielę u Wiesława Rzońcy, że nie potrafiłem się powstrzymać, wypaliłem przy zapełnionym teatrze, „robisz z Witkacym dokładnie to, przed czym przestrzegał, rozciągasz Mątwę między tymi spaczonymi magnesami, których za wszelką cenę chciał uniknąć: absolutyzm, pragmatyzm, słowem: całe to kondotierstwo metafizyczne — bo, mam prawo to powiedzieć po latach — Wiesław jest typem Witkacowskiego kondotiera… Czy jest człowiekiem tragicznym? Poza ogólnym założeniem, że „wszyscyśmy tragiczni”, nie widzę u niego specjalnego rodzaju tragizmu: raczej pewne ironiczne nieporozumienie, ma w sobie dell’arte, a uważa się za parnasistę, trochę tak, jak gdyby sługa dwóch panów marzył o roli Apolla, w każdym razie: jakiejś pałacowo-starożytnej roli). Dobrze, to może od razu odpowiedź na pytanie, kim ja jestem? Napraszający się polskiej literaturze z mało subtelnym impetem godnym Borgii pisarstwa — właściwie pożenienie Juliusza II z Hyrkanem IV, prawda…? Dawniej prorocy widywali Boga, dzisiaj ja widuję stany rzeczy, w Praktykach są to bardzo często społeczne stany rzeczy. Podam przykład… Wracając w środę z Ostrołęki, uzmysłowiłem sobie, że nie widzę różnicy między katolikiem a właścicielem zwierząt (a czy ludzie jeszcze rozumieją zdania: „nie widzę różnicy” i „widzę pewne podobieństwa”?). A może chodzi o to, że katolik uważa się w jakiś sposób za właściciela Boga? I to, co mi kojarzy oba te typy, to ta sama fiksacja, fiksacja właścicielstwa — pewna obsesja posiadania, która czyni człowieka głuchym nawet nie na potrzeby, ale na sytuacje innych? To jak to jest: czy przyzwyczajamy się do Boga jak do zwierzęcia domowego, a wszelką teologię urabiamy sobie na modłę teologii domowej, oczywiście, wolnostojącej — pełnej sytuacji „możliwych, ale nie do pomyślenia”? Czy dlatego niemożliwa jest w Polsce metafizyka, a prawda natychmiast staje się swoim weredycznym przejaskrawieniem — i wypadałoby wręcz powiedzieć, że prawda w Polsce jest nawet nie dialektyką, ale symetrią głupców? Niekiedy naprawdę miałbym ochotę zakrzyknąć: „niech tu lepiej nie mówią o prawdzie, bo dalej dojdziemy bez prawdy, może to nasz tragiczny los — że nie można pod żadnym względem stawiać Polaka obok pojęć prawdy albo pojęć piękna, albo pojęć dobra”, „niech lepiej nie mówią o prawdzie, skoro mają ją tak traktować”, krótko powiadając, w głębokiej trosce o jej właściwości — skracać prawdę o głowę…

Może trzeba byłoby napisać dell’arte rozgrywające się na fikcyjnym uniwersytecie? Wydziale? Tak by tzw. antropologia wiedzy (o niej tak olśniewająco pisze Solska) stała się częścią doświadczenia artystycznego, lata 2010. były czasem dobrym dla campus poems, campus novels, dość przypomnieć Jarosława Klejnockiego, wszystko to jednak wpisywało się jeszcze w element gry (bowiem wpisywać się mogło). Teraz na grę już najzupełniej za późno. Czas na campus tragedies. Ale dałbym także szansę mniej typowym określeniom — campus dellartes czy university dellartes, by nie powiedzieć ogólniej knowledge dellartes, unknowledge dellartes (a w istocie co, tragedies of knowledge)? Mątwa pokazuje, że teoria Czystej Formy ma głębokie i mroczne związki z dell’arte, z przyswojeniem dell’arte przez Witkacego. Olśniewające uwagi Solskiej o antropologii wiedzy i od razu myśl — dlaczego: dramaty Witkacego nie rozgrywają się na uniwersytetach? Przecież — to witkacowska epoka nauki, epoka cywilizacji technonaukowej — jesteśmy szewcami, pragmatystami, hyrkanami, czas być może na technedie, nowe gatunki dramatyczne, technedyzmy, dramaty wpisywane jedynie w technedykę, całkowicie zanurzone w technorealizmie i w technopsychologizmie… Mamy, chcieliśmy tego czy nie, technologiczny wiktorianizm. Czy to nie nieporozumienie więc, że chadzamy do teatru na sztuki idealistów i anachronistów, dla których techonologia jest jeszcze doświadczeniem epifanicznym? Jak wyruszyć w kierunku Czystej Formy — w technologii? Jak o tym napisać dramat, dramat metafizyczny, bez epifanicznych naiwności, których nie ustrzegł się nawet Lupa? Teatr mój widzę ogromny, o ile będzie technologiczny, technokrytyczny. Motto?

Jednak nie uważam, ażeby było nam wolno zapominać o grach społecznych… Ten dziennik naprawdę nie ma innego wyjścia, jak być głęboko gombrowiczowskim: realia, aż chciałoby się rzec: mamy, jakie mamy — zostały „sferdydurkizowane”. Niestety, wypełnieni największym ferdydurkizmem są ci, w których Gombrowicz pokładał największe nadzieje, młodzi: dzisiejsza Albertynka nie pójdzie już między ludzi, odpali raczej swoją kamerę na chaturbate. Zmierzch kultury artystycznej przypadł na Ziemi na pierwszą połowę XX wieku, pewną konsekwencją jest zatem paralelizm, którego doświadczamy teraz: zmierzch kultury umysłowej przypada na pierwszą połowę XXI wieku. Pojęcie kultury umysłowej jest tutaj anachronizmem. Hiperanachronizmem. Nie tworzymy już żadnej wspólnoty umysłowej — tworzymy candyspołeczność, uprawiamy kandiologię. Powiem inaczej, możemy ożywiać tę wspólnotę na uniwersyteckich zajęciach, ale w sposób tak bardzo godny politowania, że przypomina to ożywianie sztuk Ajschylosa lub Eurypidesa. Mówię wystarczająco wprost — zdaje mi się? Upominanie się o wartości umysłowe? Kończy się auto-da-fé. Pisanie poematu umysłowego oznacza radykalną samotność, nawiązuję tu, oczywiście, do Autodafe 1-9 — struktury, którą zaplanowałem sobie jako rodzaj żużlu dla poetyckiego intelektu: jednak niewielu w Polsce czeka na żużel, również, niestety, niewielu wydawców (dobrze, że mam Pawła Nowakowskiego)…

O ile lepiej by było, gdybyśmy byli wychowywani, kształtowani przez aktorów, nie przez kapłanów, a zwłaszcza już — kapłanów-plebanów, którzy mogą, niestety — bo to ich najgłówniejsza słabość — nauczyć nas krętactwa, krętactwa w sprawach wielkich — bo czym kończyć się ma mieszanie spraw wielkich do tzw. plebanowania: tymczasem w większości parafii: sprawy wielkie i spryt to niemalże naturalna styczność, która definiuje największe chwile inicjacyjne, chociażby — życie sakramentalne… Dzisiaj widzę co? Otóż i widzę, jak ludzie pędzą, by nie zostać zastąpieni automatami, którymi i tak zostaną zastąpieni, miast skupić się na pracy jakościowej, kształtowaniu samego doświadczenia wiedzy, całym jakże indywidualnym charakterze tego doświadczenia, a więc pędzą — by nie dać się zastąpić w wyścigu, w zawodach, które są z góry przegrane, bo tak zostały rozpisane, zostały bowiem rozpisane na automatyzowalne kompetencje.

A kiedy mówiłem o Stanisławie Sudrowskim z Ostrołęki oraz czytałem o jezuickich atakach na niego (rozpuszczanych pogłoskach o braniu dziewic siłą czy zatrudnianiu się na stanowiskach katów, może dla własnej chorej satysfakcji, choćby we Lwowie), myślałem również o tym, że jestem kimś w rodzaju Sudrowskiego — za późno już na kalwinizm, na neokalwinizm (był pisarzem kalwińskim), lecz dobrze, że Sudrowski XXI wieku pisze coś takiego jak Autodafe 1-9, a czego padam ofiarą? Jezuityzmu kulturowego? Czy jezuityzmu elit? A może neojezuityzmu? Postjezuityzmu? Bo to nie jest już jezuityzm w swojej jawnej oraz czystej postaci, to już nie żółć. Nauczyliśmy się maskować. Mówiąc Konwickim, to znaczy: tak by zapewne powiedział Konwicki, zdradza nas wyłącznie nadkwasota, ludzka nadkwasota — warto o tym pamiętać, jeżeli coś posyła nas na szafot, jest to prawdopodobnie coś postjezuickiego, gdzieś w okolicy działała — z jakimś dość sporym skutkiem — ludzka nadkwasota… Ona nie lubi potraw ciężkich, nie lubi kondotierstwa, każdą radę odbiera najczęściej, mówiąc Witkacym, jako kondotierstwo autorytetu: tzw. człowiek autorytetowy przy podobnym osoczu przypomina postać cervantesowską, taka Ewa mówi przykładowo o antropologii wiedzy, ale i tak poczytuje się podobny wysiłek za kiszotyzm, uważa się, że — skiszotowała swój projekt, który świetnie się zapowiadał…

Modernista powiedziałby bardzo dramatycznie, że ludzie są kwaśni, ziemia Polski skwaśniała, że skwaśniała nauka polska, skwaśniała metafizyka polska — w każdym razie niewątpliwie skwaśniała ziemia Warszawy… Nie wiem, czy skwaśniała ziemia Mazowsza, dlatego, że nie potrafię wydać obiektywnego sądu o Ostrołęce. Niestety, wygląda na to, że zajęliśmy się na całego candy science, ewentualnie — żeby pokryć aż taką bezpośredniość — zajmujemy się — candy metascience… To i tak jest jednak tylko nieco lepiej wyrafinowana kopia tego, co podpatrzymy w telewizji albo internecie… Kopia metacandies (i nie ma nic wspólnego z kulturą umysłową)… Widzę, że coraz bardziej popadam tutaj w moralizm — w rodzaju tego, co można usłyszeć w sadze Garrenów lub w zapiskach Sándora Máraia. Więc będzie to: co? Ostatecznie? Márai, Witkacy, Konwicki? Tym będą te Praktyki? Mam może powiedzieć, że to — nie jest najgorzej? Byłoby dobrze, jeżelibym przeniósł ten Máraiowski klimat do dramatów, do których ciągle się zakradam. A może dramat Márai, może komedia Márai?

 

cdn.

Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści