KAZIMIERZ BRAKONIECKI
Dziennik berliński. Dzień trzeci
W nocy męczyły mnie literackie „tematy” (stąd nerwowość, a może będę pisał?), ale po śniadaniu euforia skończyła się jednym aforyzmem: „Pisał, bo nie miał nic do powiedzenia”.
Kierunek Haus der Wannsee Konferenz. Punkt obowiązkowy. Wspaniałe, nadbrzeżne wille z podwórkami wypełnionymi jachtami i łódkami w szarobiałych pokrowcach. Szkoły żeglarskie, hangary: Wassesporty, Ubootsporty, Yacht Cluby. Przed wojną Wannsee kojarzone było z ulubionym przez berlińczyków miejscem sportów wodnych i wypoczynku nad wodą. Na rogu przy Colomierstrasse 3 willa wybitnego malarza Maxa Liebermanna (1847-1935), honorowego obywatela Berlina i prezesa Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych w latach 1920-1933. Willa zaprojektowana została w 1903 roku przez tego samego architekta, który nieco później wykonał plan willi zwanej teraz Haus der Wannsee-Konferenz. Piękny, funkcjonalny dom z pieczołowicie odtworzonym ogrodem, neoantycznym gankiem, zejściem nad wodę. Jeśli dobrze pamiętam to Liebermann zaczynał jako tradycyjny werysta północnoeuropejski (sceny rodzajowe i miejskie), aby w drugiej połowie życia malować ładne, impresjonistyczno-realistyczne pejzaże z francuskich inspiracji. Hitlerowcy po dojściu do władzy wyrzucili go z akademii, a wdowa Martha Liebermann w 1940 roku musiała sprzedać posiadłość. Co gorsza w 1943 roku popełniła samobójstwo, aby jako Żydówka uniknąć deportacji do obozu zagłady. Obok muzeum Liebermann-Villa do wizyty zachęca Villa Thiede — ośrodek sztuki secesyjnej (zamknięty zimą).
W niewielkim parku (buki, sosny, brzozy, platany) stoi złowroga, ładna willa nad brzegami Grosser Wannsee. W tym miejscu 20 stycznia 1942 roku zebrało się doborowe kierownictwo aparatu bezpieczeństwa i państwa (15 funkcjonariuszy SS, NSDAP, ministerstw III Rzeszy), aby przedyskutować i przygotować ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej — obradom przewodniczył młody i fanatyczny antysemita Reinhard Heydrich (zginął w zamachu w Czechach), szef bezpieczeństwa RSHA. Na wystawie zdjęcia, teksty, kopie dokumentów, świadectwa — planowany holocaust pokazany jest sumiennie i wzorowo, tak samo wzorowo i sumiennie jak został przeprowadzony. W bocznej sali, która ładnie wychodzi na park i sine jezioro, goście sympatycznie biesiadowali po podjęciu technicznych decyzji o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej: deportacja, transport, podział obowiązków. Pośrodku sali w gablotach wyłożono kopie protokołu spotkania, którego autorem był sam Adolf Eichmann. Niedużo zwiedzających na parterze i na pierwszym piętrze. Grupka dziewcząt pilnie pracuje w czytelni bibliotecznej. Muzeum to należy do miejsc zwanych Böse Orte — miejsc przeklętych. Obawiano się, że po otwarciu opanują je neonaziści, co się jednak nie stało. Tak czy owak to oraz wiele innych tego typu miejsc na terenie Niemiec i samego Berlina stało się turystyczną atrakcją przez lewicowo nastawionych Niemców nazywaną „nazistowskim Disneylandem”.
Do końca świata Niemcy studiować i rozpamiętywać będą swoją zbrodnię ludobójstwa, ale korzystając z upływających lat i normalizacji politycznej, psychologicznej oraz mnogości innych tego typu wydarzeń dopuszczać coraz częściej będą nie tyle relatywizację tej zbrodni, ile jej uhistorycznienie oraz poszerzenie o dokonania innych narodów (w tej materii na przykład Ukraińców, Litwinów, Rumunów, Węgrów, Rosjan, Francuzów, Polaków). Zauważyłem rozkaz Himmlera (to wszystko byli faceci stosunkowo młodzi), nakazujący nakłanianie miejscowych grup nacjonalistów na podbitych wcześniej ziemiach wschodnich do niszczenia „żywiołu żydowskiego”, ale w taki sposób, aby nie zostawiać własnych dokumentów o tych pozwoleniach i zachętach (inna sprawa, że nie trzeba było nikogo w litewskim Kownie, ukraińskim Lwowie, polskim Jedwabnem zachęcać zbyt długo). Ale pilne studiowanie przez wieczność własnej nikczemności i szaleństwa ma w sobie coś perwersyjnego i nie dziwię się, że współcześni Niemcy chcą być traktowani jako normalny naród, który popełnił potworne przestępstwo, ale poniósł karę i skruszony powraca do normalnego życia, na scenę wielkiej polityki. Rosjanie ze Świętej Rusi i Moskwy jako Trzeciego Rzymu nie mają wyrzutów sumienia, nie skazali zbrodniarzy, a ich głównym problemem i przeszkodą do wyznania win i przebaczenia jest charakter ich ludobójstwa skierowany w dużej mierze przeciw własnej ludności, własnemu narodowi, sowieckim obywatelom. „Wasza polska krew to kropla w morzu naszych nieszczęść, ale przynajmniej wtedy wszyscy nas szanowali i bali się”. Postsowieci nadal nie rozumieją zachodniej, opartej na indywidualnym rachunku sumienia etyki. To traktowanie swojego państwa jako imperium uosobionego carem—bogiem—tyranem poza dobrem i złem jest kluczem do zrozumienia niedorozwoju cywilizacyjno-prawno-moralnego tego okrutnego państwa, z którym niestety trzeba się liczyć, ponieważ dysponuje potężną siłą atomowego mordu oraz nadal neguje pojęcie indywidualnej, niezależnej od państwa, prawno-moralnej osoby. Co prawda w hitlerowskich Niemczech opór był znikomy przeciwko Hitlerowi i NSDAP, a Rosjanie walczyli z komunistyczną władzą długo i bohatersko, ponosząc potworne ofiary, zanim ulegli. Hitler obiecał: każda rodzina niemiecka będzie miała volkswagena i wannę w domu. Nikt Niemców do hitleryzmu nie przymuszał ani państwowym terrorem, ani rozpętaną wojną domową. Sami swoim wyborem uznali, że tak będzie dla nich lepiej: gospodarczo, kulturowo, narodowo. A jak będzie na ostatek ta obiecana Europa germańska, to już w ogóle cymes! W Rosji i ZSRR cymesu nigdy nie było, ciężki przemysł wymagał ciężkich ofiar, nowoczesnego niewolnictwa. Hitler niewolników szukał wśród narodów podbitych, Stalin uczynił niewolnikami wszystkich swoich poddanych. Kto nie uległ jego bestialskiej przemocy? A jednak w kilkanaście lat po wojnie bohaterskie elity inteligenckiej Rosji zregenerowały się i ponowiły podziemną działalność.
Niekiedy wyobrażałem sobie, jak ja bym się zachował w Niemczech poweimarskich, kiedy drobnomieszczański ojciec kombatant, nauczyciel kombatant, pastor nacjonalista, opowiadaliby mi nieustannie o niezawinionej klęsce mojej poturbowanej przez wszystkich ojczyzny. Z moim emocjonalnym w okresie młodości podejściem do „ojczystych cierpień” i szukaniem kompensacji w autorytetach przeszłości stałbym się łatwym łupem nacjonalistów wszechniemieckich albo nawet narodowych socjalistów (przy założeniu, że nauczono by mnie nienawidzić klas wyższych i obcych, które zdradziły ojczyznę dla kapitału, dla kosmopolitycznych celów). A może bym trafił na dobre książki, na myślących samodzielnie rodziców, mądrych wychowawców i moje wrodzone uczulenie na zło, poszukiwanie sprawiedliwości, bunt przeciw zakłamanym i pokornym dorosłym, doprowadziłyby mnie do opowiedzenia się po stronie przeciwników hitleryzmu, a następnie do wykluczenia, emigracji, likwidacji? Opowiedzenie się po stronie zła lub dobra nie jest przewidywalne i zależy od wielu koincydencji, w tym od najprostszych i przypadkowych wydarzeń jak i od najzwyklejszych nauczonych, wpojonych odruchów. Rzadko kiedy w tym wyborze decydują pozytywne emocje indywidualne lub intelektualne zasady, a raczej negatywne, stadne i pospolite argumenty (ze strachu, wstydu, przynależności, z bezpieczeństwa, obojętności). Ruch hitlerowski przedstawiany był skutecznie jako patriotyczny ruch ocalenia narodowego i jako taki postrzegany był przez społeczeństwo, które w swojej absolutnej większości z satysfakcją korzystało z dobroczynnych działań reżimu (jak sukces gospodarczy, bezpieczeństwo wewnętrzne, powrót do granic wielkiej Rzeszy z Austrią, zdobycie prestiżu, sukcesy dyplomatyczne i wojenne, udział w zyskach). Śmierć Hitlera pod koniec 1939 roku albo przed inwazją na Francję w 1940 roku ukazałaby światu totalną miłość Niemców do największego w ich historii Wodza i Męża stanu. Stałaby się też świetną możliwością do kolejnego Monachium, podpisania pokoju z Francją i Anglią, który by zaakceptował status quo i na zawsze wyeliminował państwo polskie (podzielone między Rzeszę a Związek Sowiecki) z mapy Europy. Wojny między komunizmem stalinowskim a nacjonalizmem posthitlerowskim w tych nowych warunkach chyba można byłoby uniknąć, ale to nie sprawa odzyskania przez Polskę niepodległości byłaby powodem jej wybuchu lub niewybuchu. Poza tym teoretycznie nie można wykluczyć udziału Zachodu w tej krucjacie przeciw sowieckiemu tyranowi.
Przystanąłem w parku, ja, Polak-Ziemiec na wspomnienie uprzejmego, niemieckiego profesora historii, który na spacerze po Olsztynie zadał mi to trudne pytanie: „Czy kiedyś Polacy autentycznie wybaczą Niemcom wyrządzoną im zbrodnię?”, na które szybko, jakby odruchowo, odparłem: „Nigdy!”. Profesorowi zrobiło się przykro, ja posmutniałem i zaraz przerażony dodałem: „To absolutne zło nie jest jedynie historyczne, ale ono, jak każda rzecz i każde wydarzenie fundamentalne, naruszyło zasady kosmiczne i psychospołeczne naszego gatunku, a więc weszło w krwiobieg zachowań ludzkości. I dlatego jest też w was, ale i w ocalonych Polakach czy Żydach, jak było wcześniej w rewolucji francuskiej mordującej w Wandei, w mordach tureckich na Ormianach, w zbrodniach sowieckich, w ludobójczym Wielkim Głodzie na radzieckiej Ukrainie, w Rwandzie, Kambodży, Chinach, a także Serbii i Bośni. Jednak ludobójstwo na Żydach wniknęło głębiej w nasze geny biologiczno-mentalne i jest pewne, że jakiś naród, jakieś państwo, jakaś cywilizacja powtórzy to tu lub tam, jutro lub za lat 100 to samo działanie, mając wkodowane pozwolenie na rasistowsko-nacjonalistyczno-kulturowe wykluczenie ludzi oznaczonych jako Obcych-Wrogów-Nietutejszych-Podejrzanych-Wywrotowców. I to jest nie do wybaczenia. To, że niczego z tej zbrodni się nie nauczyliśmy! Ja osobiście przecież nie za bardzo przejmowałem się zbrodniami z wojny jugosłowiańskiej. Oczywiście, to okropne, ale na Bałkanach zawsze mordowano się z przyjemnością. I tyle. To efekt II wojny światowej! Hitleryzmu i komunizmu. Jak i z każdej innej, monumentalnej zbrodni przeciwko ludzkości! Historia zmagania zła z dobrem jest jedną wielką historią upadku człowieka duchowego, który im wyższe tworzy teorie religijne i polityczne, tym częściej i groźniej sięga po praktyczne zło, gdyż wymaga tego plemienny Bóg, narodowa Partia, wybrany Naród, najlepsza Ideologia czy Rasa. Jak godnie i pokojowo żyć z uczuciem, że nie jesteśmy ani bogami, ani zwierzętami, lecz irracjonalnymi, pękniętymi duchowo istotami, które w swojej samotności egzystencjalnej i kosmicznej skazane są na własne, niedoskonałe prawa i instytucje? Podstawowym problemem filozoficznym nie jest, jak wołał Camus, samobójstwo, ani śmierć Boga, jak chciał Nietzsche, lecz Zło. Ludzkie, naturalne, boskie. Istnienie radykalnego zła. Nasza predylekcja do czynnego zła, które jest niezbywalną częścią naszej struktury psychicznej i społecznej jak i rzeczywistości zewnętrznej (naturalnej, obiektywnej).
Czy należy się bać tego rosnącego na świecie ponownego powrotu do Dogmatu, Ortodoksji, Bezpieczeństwa, Religii, Ideologii, tej potrzeby zdefiniowania na nowo (obronnej, opartej na wykluczeniu) tożsamości? Jeżeli nie ma moralnego postępu w dziejach ludzkości, to czy przynajmniej wzrosła indywidualna świadomość etyczna u poszczególnych ludzi? To jednostka przecież podejmuje, chciałoby się przynajmniej w to wierzyć, ostateczne decyzje o tym, czy akceptuje zło, czy aktywnie staje po stronie dobra. Niestety, jesteśmy zarażeni, wirus przyzwolenia na wojnę, na śmierć innych, na złe traktowanie innych, wkracza w kolejną, spektakularną fazę, którą wzmacnia wszelkimi sposobami globalno-plemienna wirtualno-medialna cywilizacja Symulakrum i Spektaklu. Wojny na zamówienie telewidzów! Komputerowo-telewizyjna biblia pauperum!
Czy Polacy Niemcom wybaczyli? I jacy Polacy, i kiedy? Same ofiary? Potomkowie ofiar? Był taki słynny list biskupów polskich „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, na który biskupi niemieccy nie umieli stosownie odpowiedzieć. Jest to jedyny znany mi w historii polskiego Kościoła katolickiego przypadek chrześcijańskiego postępku polskich biskupów. Dziwne, że nie wystosowali wcześniej takiego listu do biskupów cerkwi rosyjskiej. Ale nie mogli w tamtych czasach. Cerkiew rosyjska praktycznie nie istniała w ZSRR. Łatwiej czasami wybaczyć obcym (możnym i zwycięskim w sumie) niż podobnemu bliźniemu (przegranemu i szaremu). Mogę mówić jedynie za samego siebie. Nie mnie wybaczać. Do mnie należy bolesna pamięć oraz współczujący rozum, którym należy posługiwać się krytycznie, wnikliwie i w ogóle umiejętnie. Nie dać się oślepić ani resentymentami, ani polityczną głupotą „teraz się kochamy, jutro się nienawidzimy”. Miłość nie jest naszym celem. Nienawiść tym bardziej. Przynajmniej w polityce. Ale może być pragmatyczne docieranie się, myślenie rachunkami politycznymi opartymi na realistycznej strategii zachowania bezpieczeństwa, poczuciu wspólnych interesów kulturowych i cywilizacyjnych, przynależności do tego samego samotnego gatunku (etyka polityczna jako wyraz jedności gatunku ludzkiego oraz współczucie dla jego skończoności oraz ułomności). To wystarczy. To dużo. Nie można ulegać presji i dyktatowi historii, ale jej trudnej prawdy nie można pominąć. Czas leczy rany, pokolenia się wymieniają i nie są winne przeszłości, ale gloryfikacja niepamięci, cynizmu, handlu wartościami nie popłaca. Trzeba intensywnie uczyć się reguł świata z tragicznego teatru zła i dobra, aby nie być bezbronnym, nieświadomym, naiwnym. Żeby nie być po raz kolejny „świętą ofiarą” albo „kozłem ofiarnym”. Nigdy nie rezygnując z rozumu, sumienia i polityki opartej na szlachetnych wartościach (co nie oznacza apoteozy sentymentalizmu). Polskim mitem założycielskim jest mit romantycznej ofiary i coś z tym fantazmatem trzeba zrobić. Lata od 1990 roku świetnie pokazują, że potrafimy dobrze się zorganizować w sytuacji kraju normalnego, wolnego i demokratycznego. Który szuka strategicznych przyjaciół wśród europejskich sąsiadów. Chociaż z dużą dozą nieufności. A co z Rosją? Nie musimy się kochać, ale rozumieć się nawzajem powinniśmy i na prawdzie historycznej budować mosty porozumienia dla przyszłości. Bez euforii i kompleksów, bez naiwnej wiary i niewiary, bez fałszywego zadufania oraz chorobliwej nieufności. Polacy wszystkim za wszystko mają za złe, to nasza bolączka, która uniemożliwia nam prowadzenie skutecznej i odpowiedzialnej wewnętrznej i zewnętrznej polityki.
Polska nie będzie imperium (na szczęście dla naszego np. zdrowia psychicznego), ale nikt więcej nie wybuduje na naszym terytorium kolejnego Auschwitz i więzienia NKWD. I chcę panu powiedzieć, że wierzę, że nigdy sami nie wybudujemy nikomu nowej Berezy Kartuskiej, ani nie urządzimy pogromów jak w Kielcach czy Jedwabnem. Wybaczyć, a zapomnieć, to dwie różne sprawy.
Wina niemiecka, która przechodzi do (wybaczalnego) świata przeszłości, byłaby podobna do kolosalnej winy na przykład belgijskiej, angielskiej, francuskiej, japońskiej, rosyjskiej (państwa kolonialne, które mordowały masowo Afrykanów, Tasmańczyków, Aborygenów australijskich, ludy syberyjskie, Polaków, Chińczyków), gdyby hitleryzm — wyrosły z klęski w I wojnie światowej oraz specyficznie prusko-niemieckiego dążenia do udowodnienia światu, że Niemcy potrafią rządzić i władać światem (tak jak Europą Wschodnią) — nie doprowadził do przemysłowo przeprowadzonej Zagłady. Ta święta misja cywilizacyjna ugruntowana w romantycznej (biologiczno-mistycznej) idei „völkisch” (naród-lud i dusza niemiecka), a następnie w nazistowskim amalgamacie rasistowsko-nacjonalistycznej neoreligii politycznej głoszona była (w zastępstwie antycznych, podziwianych Greków) przez nowoczesnych Niemców w imię „nowej, aryjskiej Europy”. Nic więc dziwnego, że głównym celem zagłady mieli być Żydzi ze swoją Jerozolimą, skoro stanęli u początków niewolniczej cywilizacji judeochrześcijańskiej, a więc antygermańskiej. Naziści, poprawiając romantyków, ulepszając antycznych Greków, pragnęli stworzyć masowy ruch sakralizacji ziemi rodzinnej, ziemi obiecanej i ziemi wiecznej w rytuale samowystarczalnej, mitotwórczej, plemienno-rasowej liturgii nacjonalistycznej wymierzonej w barbarzyńców. Lebensraum niemiecki to powtórzenie powrotu Hebrajczyków do świętej ziemi Kanaan. Ta ziemia, ten świat nam się należy z boskiego rozkazu! Podświadomość niemiecka nieustannie zajęta była naśladownictwem wybranego przez Jahwe narodu hebrajskiego i dlatego spychali tę obsesję w nieświadomą przestrzeń mordu, którą identyfikowali z cywilizacyjną misją przeciw barbarzyńcom na wzór starożytnych Greków. Kompensacja, sublimacja, eksterminacja!
Likwidacja stopniowa Słowian nie wymagała takiej ideologizacji mitu wyższości rasowej oraz kulturowej jak eksterminacja Żydów — mającego świadomość swojego wybrania przez Boga ludu Księgi, Ziemi, Zbawienia. Wystarczył program podbicia, grabieży i kolonizacji ziem słowiańskich w akcji powiększania terytorium do życia dla dzielnych Germanów w ramach akcji Lebensraum. Ten program ideologii niemieckiej zakiełkował w romantyzmie, wszedł w lud po upadku pruskiej Wiosny Ludów, a zakwitł po zwycięstwie Prus nad Francją. Wina niemiecka to efekt długotrwałego procesu identyfikacyjnego, który wynikł z metamorfoz romantycznej i rakowiejącej ideologii wszechniemieckiej, której wypracowany światopogląd miał być emanacją czystej kultury niemieckiego „Volku”, a która pod wpływem rosnącej pychy Prus, biologiczno-rasowego szowinizmu, klęski w I wojnie światowej oraz wynikłego z niej resentymentu swoje radykalne spełnienie znalazła w totalitarnym ruchu partyjno-nacjonalistyczno-państwowego nazizmu z jego liturgią nienawiści, przemocy, panteonem archaicznych, pogańskich bóstw, rytualnym mitotwórstwem opartym na apoteozie narodowej misji cywilizacyjnej, bohaterskiej śmierci na polu bitwy, na liturgii ziemi, krwi i rasy oraz wykluczeniu nieczystych—obcych—innych. Przewodnikiem moim w tych skomplikowanych, przeklętych problemach był historyk amerykański pochodzenia żydowskiego, urodzony w 1918 roku w Niemczech George Lachmann Mosse, którego pradziad ze strony matki Markus Mosses był lekarzem w Wielkopolsce pod panowaniem pruskim, sprzyjał w okresie Wiosny Ludów tamtejszym Polakom, a nawet kilka tygodni z tego powodu siedział uwięziony w twierdzy Kostrzyn. Jego syn Rudolf Mosse stał się wielkim berlińskim potentatem prasowym i wydawniczym, założycielem m.in. czasopisma „Berliner Tageblatt”.
Z dzisiejszej pozycji historycznej mogę panu powiedzieć, ale nigdy z poziomu ofiar, bo to byłoby nieuczciwe i nieetyczne, że tak, ja Niemcom wybaczam, ale nie proszę o wybaczenie. I nie zapomnę, gdyż nie potrafię. Skaza w pamięci zostanie na zawsze. Nie chciałbym, abyśmy byli wrogami, zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyśmy mieli wspólne sprawy, interesy, kultury, ale nie wiem, czy wam ufam, czy tak do końca ufam. Bo i sobie nie ufam. Raczej nie i nie chcę być krótkowzroczny, co oznacza, że nie chcę być krótkowzroczny i w moją stronę, w stronę mojego narodu, który nie jest bez win, za którego też się czasami wstydzę, za którego chciałbym być w pełni odpowiedzialny. Widzę, jaki macie stereotypowy stosunek do nas, do Polaków, a jaki mieszany (kompleksowy) do Rosjan, którzy was pobili. My w oczach przeciętnego Niemca nie jesteśmy ani prawdziwymi partnerami, ani sojusznikami. Jeszcze na to wyróżnienie nie zasłużyliśmy! Dziwne i trochę niebezpieczne, że macie czelność po takich zbrodniach wystawiać nam oceny i laurki historyczne! W tej waszej dawnej miłości niemiecko-prusko-rosyjskiej, potem w tej zaburzonej fascynacji narodem radzieckim (sowieckim), który dotarł aż do Berlina, odarł z wielkości Niemcy, w tej miłości-nienawiści kryje się pokrętny szacunek dla zwycięzcy, dla jego rozpasanej i okrutnej zemsty, która jakby wyrównała zło i zbrodnię wykonaną okrutnymi w tym samym stopniu niemieckimi rękami. Myślę, że w państwowych planach niemieckich i rosyjskich Polska i Polacy nie zajmują zbyt dużo miejsca w absolutnych zmaganiach i okrucieństwach potęg imperialnych. My nie mamy prawa wchodzić na te ogromne pola konfrontacji pomiędzy równymi sobie w pokusach dobra i zła narodami-cywilizacjami, stąd nieznajomość i odtrącanie naszych wątłych głosików o szacunek dla wysiłku wojennego, historycznych ofiar, odrzucanie naszych polocentrycznych i rzeczywiście niekiedy groteskowych obsesji.
Ale proszę posłuchać i tego! To stereotypowe ośmieszanie naszej gospodarki mianem Polnische Wirtschaft. Ja mam na to dobrą odpowiedź: niemiecka gospodarka to Deutsche Auschwitz. Nieźle co! I co lepsze? Karna, sumienna, świetnie zorganizowana gospodarka holocaustu. Maszyna do zabijania made in Germany. Obóz śmierci. Bez zarzutu pracujący. Tylko tak pytam, bo jestem rozeźlony, nie lubię siebie, jak tak gadam, ale skoro mam mówić prawdę, to proszę bardzo. Przepraszam pana. Tak dużo się między nami zmieniło na korzyść, ale ostatnie wydarzenia związane z tym muzeum wypędzeń projektowanym w Berlinie wprawiły mnie w osłupienie i zły nastrój. Mniej nadziei, otóż to! Mniej ufności, otóż to! Koniec z pojednaniem. Koniec z mitem. Osiągnęliście, co chcieliście: zjednoczone państwo, i tyle! Ale traktaty pokojowe podpisane, ale jesteśmy razem w jednej Europie! To bardzo dużo. A teraz sami musimy wypracować swoją wielkość przetargową na scenie świata: mądrością obywateli, przedsiębiorców, polityków, elit intelektualnych.
A może mamy oboje szczerze dosyć tych mitów utraty? Ani my, ani wy nie potrzebujemy widm i upiorów przeszłości. Jesteśmy innymi ludźmi. Pan nie jest moim okupantem, ja nie jestem pana poddanym. W pewnym sensie tworzymy wspólnotę, ale nie jako kat-ofiara, lecz jako ja-ty-osobno-razem poszukujący wspólnego języka akceptacji, przyjaźni, rozpoznania indywidualnego losu, a nie grozy fatum. Tak jak nie jestem filosemitą czy antysemitą, lecz asemitą, tak nie jestem germanofobem ani germanofilem. Nie jestem też polonofilem ani polonofobem. Jestem pojedynczym człowiekiem o konkretnym imieniu i nazwisku i pragnę spotykać indywidualnych ludzi i rozpoznawać ich wartość nie poprzez krew, ziemię, małe ojczyzny, ale poprzez etyczną wartość osoby-jednostki, poprzez fakt samego spotkania, rozmowy, zadzierzgniętego losu uniwersalnego: ojczyzną człowieka jest drugi człowiek. Mój ideał to Europa etyczna, a nie etniczna. Przepraszam, że się powtarzam, ale muszę to sobie powtarzać, bo jestem ułomny, bo znam swoje zło, swoją bierność i swoje stereotypy emocjonalne oraz poznawcze. Dajmy sobie szansę na pokojowe, aresentymentalne współistnienie w nowej Europie dzięki budowaniu wspólnej, głębszej świadomości więzi losu opartej na moralnym zobowiązaniu do traktowania człowieka jako celu, a nie środka do celu, na aktywnym współczuciu i poszanowaniu wolności i odrębności”.
Nie wiem, czy go przekonałem. Nie wiem, czy samego siebie przekonałem. Ile lat od wojny można tak obsesyjnie kręcić się w kółko! Żona ma do tego zdrowy stosunek — dopóki nie pożegnamy się z Hitlerem i Stalinem, dopóki nie przestaną nam wkładać do głów tych straszliwych rocznic, dopóty nie stworzymy w Polsce normalnego, zdrowego i cieszącego się normalnym życiem społeczeństwa. Wychodząc z bramy, obejrzałem się na złowrogi Haus der Wannsee-Konferenz i ujrzałem jak widmo jakąś głowę w esesmańskiej czapce w oknie. O, Boże! Ja nie chcę ani siebie, ani nikogo nienawidzić!
Powrót. Kosy, wróble, gwizdy jakiegoś niewidocznego ptaka, może to ten, taki malutki z długim dzióbkiem? Na skwerku przed domem literatury wypatroszone zwłoki gołębia. Przez wrony? Zaczyna padać zimny deszczyk. Minęła godzina piętnasta. Poczułem się zmęczony.
Budzę się. Jest już ciemno. Jakieś koszmary mnie męczyły. Idę zjeść fast fooda w okolicy. I wrócę spokojnie, ja, wyraziciel i zwolennik światopoglądu tragicznego, do łóżka pod portretem ironicznie uśmiechniętego Brechta.
cdn.
Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved