WOJCIECH JUZYSZYN
Posąg. 3
Altany Spokoju były otoczone ścianami ułożonymi z masywnych kamulców. Siech’saw nie mógł jednak zastosować fortelu z drabiną i wspiąć się, ponieważ z wierzchołków muru wystrzeliwała dalej aż do nieba, albo i kosmosu, niewidoczna ściana zaporowa utworzona z energii roślin porastających drugą stronę muru.
Siech’saw do dziś pamiętał, jak za brzdąca zakonnicy karcili go, gdy wyjadał miąższ pysznych, niebieskich owoców Magnus Protectis, które wytwarzały ochronne ściany. Uwielbiał chować się w kątach, między krzewami, łodygami, przytknięty kręgosłupem do muru wgryzać się w te wielkie baniaki, których nawet nie dawał rady zrywać, morusać sobie strój i zaczytywać się w opowieściach o Błyszczących Krwią. Tak, już od małego przeczuwał swoje powołanie.
I w tę ponurą noc wiele lat od tych beztroskich dni ponownie zaszył się w kącie. Tyle że tym razem stawił się w bramie przejściowej wciśniętej w zaułku za karczmą. Magnus Protectis ciągnęły ku kosmosowi, więc wisząc tu tylko u szczytu muru, pozwalały przejść przez bramę poniżej temu, kto wiedział, jak to zrobić. Przelotowy wyłom, który Siech’saw sforsuje w trymiga dzięki instrukcjom z listu do Asystenta Papieża. Bogowie, co za betka.
Księżyc, dziki jak ślepie wilka, wisiał między chmurami i obserwował spomiędzy wysokich budynków nicponia wkradającego się na swe rodzime ziemie. Nie mrugał, żadna z powiek uformowanych z chmur na moment go nawet nie przysłoniła, widział dokładnie, gdy Siech’saw wyciągnął z pozoru zwarty z resztą muru kamulec tuż przy łukowatej bramie, a w ślad za nim wysunął magiczną szufladę z runicznymi przyciskami gorejącymi zielenią. Księżyc w szoku, gniewie lub zachwycie dostrzegał, jak Siech’saw drżącym palcem wklepuje runiczny szyfr, zestresowany, że zaraz coś wystrzeli z ciemnego otworu i oderżnie mu łeb.
Nic złego się nie zdarzyło. Zgodnie z instrukcjami brama się rozchyliła. Bogowie, co za betka. Siech’saw wkradł się za nią cichcem i uciekł spod wzroku wilczego ślepia, w sercu jednak własnym zew psa lasu kultywując.
Po posadzce w misterną szachownicę oraz pomiędzy przelotami kolumnady zakradały się ku niemu roślinne pnącza. Siech’saw stanął i bez walki pozwolił się im owinąć. Na sam koniec pnącze z zarodkiem wpełzło przez usta wojownika i dostało się do mózgowia, zsyłając na niego mentalną próbę.
Drzewo… Runa Aspektamen… Dziupla… Wejść
Niebo… Runa Ignispetra… Przenieś wiatr
Wulkan…
Siech’saw odbywał podróż po stacjach natury zgodnie z wytycznymi z listu, które wykuł na blachę. Najpierw spośród wielu drzew z gorejącymi nań runami wybrał to z runą powietrza i wszedł do dziupli. Po transfer-błysku znalazł się na wielkiej równinie, gdzie wszędzie na horyzoncie wisiały runy, siłą woli zmusił wiatr, by dął w stronę runy ognio-skały, ta zajaśniała i w odwecie omiotła wojownika promieniem energii. Po następnym transfer-błysku Siech’saw przyjął formę lawy i kotłował się w wulkanie. Wpełzł pod glebę i skierował się poprzez złożony labirynt podziemnych korytarzy, był szybszy niż jastrząb, sprawnie wybierał ścieżki, by nie wpaść w zasadzkę i aby zarodek pnącza nie sfajczył mu czaszki. A potem istotnie był jastrzębiem i upolował polną mysz, której wąsy wygrywały na wietrze Melodię Aurora Mortis. Nie słyszał tej melodii, czuł ją zmysłem jastrzębia, wybrał właściwą mysz niemal w locie, również dosłownie. Nagle stał się upolowaną myszą i to on umarł w dziobie niedawnego siebie. Odrodził się jako kropla wody spływająca po liściu. Kusiło go wiele bodźców, słońce, sąsiedni liść, ślimaki, ale on gnał na stracenie prosto przed siebie, pamiętał, by nie reagować na żadne pokusy i oczyszczać umysł. Aż opadł na glebę i poczuł jej miękkość. Poczuł miękkość całego pola, ponieważ tak zadecydował, a potem stał się całym globem, ponieważ tak zadecydował.
I tutaj, w pustce kosmosu, poczuł na sobie promienie słońca i przyjął je ciepło, a pnącza puściły jego ciało.
Siech’saw opadł na kolano, dyszał przemożnie. Betka? Kurwa, ale to było ciężkie! Nigdy nie forsował zabezpieczeń, wycieńczyło go to. Nie miał też więc porównania, ale uważał, że bardzo trudne byłoby odkrycie, jak je złamać. Dobrze, że miał dokładne wskazania z listu, które runy oraz ścieżki wybierać oraz kiedy tych ścieżek nie wybierać i pozostać obojętnym. Od chuja tego było — popaliłoby chyba z pół tysiąca szpiegów, nim skrawek po skrawku wysłaliby mentalnie pełen raport obejścia. Samych dziupli w lesie było z kilkadziesiąt do wyboru.
Ależ Siech’saw bystro spamiętał instrukcje. Jakie tam problemy z pamięcią! Wykuł na blachę niby kowal młotem, żadna skleroza się go nie ima. Obawiał się jednak, że poziom energii w ogniwach zabezpieczających mógł znacznie spaść po przełamaniu bramy i kapłanki to wyczują.
Otrząsnął się, spiął dupę i ruszył wzdłuż kolumnady do sektora mieszkalnego, okupowanego już od lat tylko przez jego trzy krewne. Najcięższe miał za sobą. A jeśli chodzi o finał, grande vengeance, sprowadzi go na swe krewniaczki w pełni honorowo. Zda się na własną dopieszczoną tężyznę, użyje kamienia paraliżu tylko w ostateczności.
Jakże mrocznie łupały jego żelazne buciory, gdy mijał kolejne kolumny, sterczące w ciemności jak strażnicy zaświatów. Jeden z tych żelaznych szpikulców trącił porzuconą na posadzce małpę. Odtoczyła się po szachownicy w odcieniach szarości, obiła o cokół ściany biegnącej po lewej stronie korytarza i zabębniła talerzami.
Siech’saw przypomniał sobie, jak straszył tą małpą Nutelę za młodu, piękna drobina przeszłości. Mechaniczna zabawka, wielkie małpie oczy, bębniące talerze, podskakująca jak na rozżarzonych węglach kuzynka i jej wzburzony włos. Nawet jednak się nie zatrzymał, sunął dalej jak kostucha z połyskującym ostrzem kosy, za nic sobie mając sentyment. Wahanie nie miało prawa tu wystąpić.
Mijał po prawej smukłą straż zaświatów, po lewej zwartą połać ściany korytarza, w którym czuł się odgrodzony od reszty miasta, znalazł się w bąblu, w którym umysł skupił się na jednej jedynej rzeczy do wykonania — wbiciu „kosy” w trzy kapłańskie piersi.
Za jego plecami coś zadudniło! Odwrócił się. Małpa z talerzami stała tuż za nim i owłosionymi ramionami tłukła talerzem o talerz! Ale jakże one grzmiały! Jak pioruny na onyksowym niebie!
Trach! — piorun przeszył nieboskłon.
Siech’saw z trudem łapał oddech, stał w górach na szczycie ponad chmurami, powietrze było tutaj rozrzedzone jak porwana wata, nadto wicher skradał jego garstki z ust. Wokół pięły się smukłe szczyty, spływały w dół na złamanie karku skalistymi graniami chłodniejszymi niż śmierć i ginęły w nieprzeniknionym bielmie chmur, które jak choroba oka odcinały wyżyny od spojrzeń żywych istot.
Na szczytach stały monstrualne posągi z kamienia, jedne nagie, inne niemal całe skryte w kołtunach szat. Przedstawiały ludzi, dostojników, a także ludzi skrzyżowanych ze zwierzętami. Zadzierając głowę, Siech’saw ledwo dostrzegał masywne łby, których korony wbijały się w sam kres nieba, jednocząc niemal z kosmosem. Każdy z posągów trzymał w wyciągniętej dłoni naręcze pulsujących serc.
Ze sklepienia, gdzie korony się wkłuwały, skapywał jaskrawy Sok Życia, spowijał kamiennych gigantów spokojnym wodospadem i docierał również do żywych serc. Tutaj Siech’saw poczuł coś, o czym w zwojach nie pisali. Tam, daleko, het, daleko, czuł, że w jednej z masywnych dłoni spoczywają serca Joszachy, Nuteli i Klomuli. One nie tkwiły w ich piersiach, ciągle spoczywały w ręce jednego z Dawnych.
Siech’saw trafił do Wodospadów w Chmurach.
Chmury zakotłowały się jak zjawy z kosmosu, wzdychały tęsknie i pomrukiwały, aż jęły przemawiać do Siech’sawa, a mówiły głosem Dawnych Bogów:
Podróżniku. Nawiedzasz te, które naznaczyliśmy. Jeśli chcesz krzywdzić, zamkniemy cię w świątyni Wuang’khar.
Chmury zionęły w Siech’sawa, wyzwalając w umyśle kłąb energii. Wyświetlił mu się przekaz. Siech’saw leżał w świątynnej nawie na ołtarzu, bez myśli i bez ruchu, a kosmos żywił się nim i trwało to wieczność.
Mów szczerze, po coś tam przybył. Uważaj. W twym głosie usłyszymy każdą prawdę i każdy fałsz, każdy ich ton.
Siech’saw zawahał się, zmarszczył brwi.
— Nie pamiętam, czemu tu przybyłem — wyrzekł ceremonialnie. — Najchętniej wróciłbym do domu i wypił Gęstwinę z procentami.
Wicher zadął, chmury zakotłowały się.
Prawda. Dawni Bogowie zawyrokowali. Serce masz czyste. Idź.
Ponieśli go na obłokach do świątyni Wuang’khar, stojącej nieopodal na szczycie niemożebnie stromym, aby stamtąd wojownik zstąpił po chmurach na ziemię.
Siech’saw ocknął się, leżąc obok małpy z talerzami.
— Ja jebię. — Przetarł twarz. — Co to było?
Małpa milczała. Nie biła już talerzem o talerz.
To nie mogła być sprawka tej głupiej zabawki, widać nad naznaczonymi istotami bogowie roztaczają spontaniczną opiekę. To wyjątkowy mistycyzm broniący Altany i jej kapłanek.
Wojownik skupił myśl i stopniowo przypomniał sobie, po co tu przybył. Podróż astralna i majestat Dawnych Bogów nadwyrężyły jego zdolności poznawcze. Tak oto skleroza Siech’sawa okazała się wytrychem przełamującym ochronę Najwyższych.
Koniec, pomyślał Siech’saw i zaśmiał się. Och, nie, zaraz… Uśmiechnął się chytrze pod noskiem, a czubek głowy parował mu ciemnym złem — to dopiero początek. Kurtyno grande vengeance, nie wiśże nieśmiało, unieś się i pokaż nam deski teatru, po których spływa najbardziej błyszcząca z błyszczących krwi.
Zaraz… Strapił się, jak przez mgłę wracał myślą do projekcji astralnej. Serca krewniaczek… One tkwią w dłoniach Dawnych Bogów. Cóż teraz mam czynić? Uśmiechnął się szkaradnie. Sprowadzę zemstę, a potem się pomyśli, co dalej. A nuż są i tu, i tu. Nie wiem. Lecz tym bardziej zemsta będzie ciekawa. Otworzę ich piersi jak pudło z pralinami i nie wiem, czy na cokolwiek natrafię.
Łupnął się w pierś, wydał gniewny pomruk i poszedł dalej.
Usłyszał jej nadobne nucenie, wkradające się za kolumnadę korytarza niby morski śpiew Tęsknej. Poznałby głos kuzynki wszędzie, kiedyś śpiewali razem w chórku Jaśminowej Pieśni (oraz próbowali zrewolucjonizować repertuar, a także przekuć tradycyjne aranżacje w awangardę — bez skutku). To nie były złe chwile. Śmiesznie było drażnić tych nadętych chórmistrzów i drzeć ryja z Nutelą. Ale nie. Żadne zawahanie nie ma prawa tu zaistnieć.
Nutela siedziała w ciemności na jednej z ław przy stawku na dziedzińcu sektora szklarni. Nuciła i czytała książkę w słabym świetle latarni, a przy jej nogach bulgotał mały kociołek. No tak, czy on naprawdę się spodziewał, że jego krewne po północy będą spać? Pewnie pracowała nad nową miksturą, lubiła robić to w naturze, nad wodą, otoczona drzewami.
Świerszcze, rzekotki i inne żaby zagnieżdżone w stawie dawały dzisiaj popisowo. Świetnie, kumkanie i rechot żab zagłuszą szelest trawy, którą Siech’saw przemierzy w tęgich buciorach.
Ruszył wojownik… Powoli, ospale… Każdy kok ważył… Miarkował przez palce. Kolana ostrożnie… Do góry, do przodu… Stopa leciutka… Ciało wytrwałe.
Rzekotka skoczyła mu na twarz z drzewa! Stracił rezon i łupnął jak długi na trawę!
Książka wystrzeliła z rąk Nuteli i wpadła na daszek przeciwległego korytarza.
— Kto zacz?! Jak się tu dostałeś? Czy to ty, Rukh’monie? — To nie było pytanie, lecz strachliwe błaganie.
Gdy intruz z żabich powstał i ujrzała dymiące złem czaszki na zbroi, wnet już wiedziała, że to nie Asystent Papieża, to niej jej Rukh’monik, nie jej pieszczoszek pączuszek.
— Przybywam po zemstę. Za te kwiaty… Za te kokardy… — dukał w gniewie. — Od teraz będę siał mroczny mord, póki ogień we mnie nie zgaśnie.
A więc kuzyn wpadł po trzech latach z wizytą i prosto w mordę jej oznajmił, że chce ją zakatrupić. Nutela parsknęła nosem. Takie rzeczy to doprawdy tylko w Rujniecku, tylko w Trzeghla’towie.
Przestało jej być do śmiechu, gdy ruszył na nią z kopyta. Wzięła w dłonie kociołek i miała tylko nadzieję, że mikstura polimorfii znów jej nie wyszła. Cisnęła nim w kuzyna. Bach! Potężna eksplozja odrzuciła Siech’sawa.
Dobrze, znów uwarzyła wybuchową mieszankę. Nutela zerwała się z ławki, minęła staw i wbiegła za bramę do sektora szklarni. Liczyła na to, że po rendez-vous z kociołkiem kuzyn już nie wstanie, ale oczywiście zaryglowała się od drugiej strony.
Zamroczony Siech’saw ledwo się podniósł. Nie podejrzewałby, że kapłanka pracuje nad miksturą bitewną. Wokół niego leżało mrowie martwych żab, siła mikstury kąsała również staw przy brzegu i wznieciła żabi deszcz, który spadł na Siech’sawa.
— Niech to, suka. Urządziła mnie.
Masował łeb. Rozsadzało mu czaszkę, szkliwo napieprzało, a szkielet piłował jak upiór nieszczęśnika przytwierdzonego do pnia — gdyby wyposażyć go w piłę. W sercu tliła się podwójna sromota — zgromiony ręką kapłanki oraz poczęstowany haniebnym opadem żab.
Pozbierał się. Suka zaalarmuje inne, musiał działać chyżo, jeszcze sprowadzą tutaj paladynów albo obudzą bestię. Czy miały tutaj bestię? Nie wiedział, ale to jego krewne, więc pewnie tak. Może bazyliszka? Ach, to pudło z pralinami. Przygoda coraz bardziej zaczynała mu się podobać.
Drzwi na końcu przeciwległego korytarza zamknięte, zaryglowała się skubana. Cóż, zostawi ją sobie na deser. Zawrócił korytarzem, po minięciu stawu jeszcze trochę kroczył i wybrał drzwi, przez które dostał się do korytarzy wewnętrznych. Jeśli nic się nie zmieniło, jakoś tędy dotrze do sektora mieszkalnego, musiał przyznać, że ździebko pozapominał układ pomieszczeń. Ach, ta jego głowa, zupełnie jak pudło z pralinami — czasem sięgniesz po tłustą czekoladkę, czasem palce omiotą pustkę.
Szedł niezbyt szerokimi korytarzami usłanymi pasmami miękkiej wykładziny w ciemne, stonowane, choć misterne, quasi-roślinne wzory, jakby przemierzał mroczną dżunglę w świecie obcych. Mijał sporadycznie ozdoby, obrazy, łapacze snów, figurki z wielkimi oczami oraz posążki zarumienionych kotów i oczywiście kwiecie w dzbanach, w koszach wiszących, posadzone na parapetach. Ileż można tych dzieci natury tutaj gromadzić.
Choć w sumie Siech’saw lubił za młodu „sadzić kwiatki”. Nauczycielki od językoznawstwa zawsze punktowały jego błędy w referatach i nazywały je „kwiatkami”. Jedna mu raz napisała obok wyjątkowo niskiej punktacji, że to już nie jest grządka, tylko cały ogród. Parsknął nosem, to Joszacha nauczyła go, że można buntować się przeciw belfrom, że w szkole można „sadzić ogrody” i wyrażać tym duszę. Sama była podobna. Ale nie… Zawahanie nie ma prawa tutaj wystąpić.
Zaglądał do różnych pomieszczeń, aż trafił do sporawego pomieszczenia z biurkami, wieloma książkami na półkach oraz ziołami hodowanymi na podłużnych stołach stłoczonych po środku. Po przeciwległej stronie znajdowały się także drzwi i Siech’saw usłyszał, że ktoś się do nich zbliża.
Instynktownie wszedł do środka i schował się w szafie, w której zmieścił się między donicami, grabkami i jakimiś pałąko-stelażami. Wstrzymywał oddech, widząc, że do sali wchodzi jego siostra Joszacha. Miała na czubku głowy wielką kokardę i opływała szatami przypominającymi pozszywane prześcieradła. Pod pachą tarabaniła wielkie lustro, lecz odłożyła je.
Poczeka, aż krewna się zbliży i wtedy, o Smętni Bogowie, ta kokarda długo się nie utrzyma.
Joszacha jednak robiła dziwne rzeczy i to tak zaintrygowało Siech’sawa, że przyglądał się dalej. Snuła się po sali, zaglądała do różnych ksiąg, odnajdywała w różnych miejscach luźne kartki papieru, jakby nie wiedziała, że tam są, ale jednak jakoś zgadywała, czytała je, klepała się przy tym w udo, zanosząc śmiechem, szukała kolejnych kartek, wzrokiem wracając do tych w dłoniach. Siech’saw kosztował zajęcia podglądacza, raczył oczy niecodziennym rytuałem.
Aż wreszcie stało się najdziwniejsze. Joszacha odnalazła między ziołami kluczyk i otworzyła nim kłódkę, na którą zamknięta była szafa przy przeciwległej ścianie, a z tej szafy najpierw wysunęło się ramię trupa, a później cała Klomula. Kuzynka wytoczyła się z mebla jak kula-niespodzianka, po czym jednak żywa powstała. Joszachę zszokowało to po stokroć bardziej niż Siech’sawa.
Dziewczęta-kobiety wszczęły prawdziwy harmider śmiechu, całą wręcz zamieć śmiechu.
Co to za mecyje? Domyślił się. Klomula urządziła kuzynce „pokój zagadek”. Pochowała w pomieszczeniu szlak wskazówek, które finalnie doprowadziły do kluczyka i do szafy. Już wcześniej działy się tu takie rzeczy, gdy jeszcze tu mieszkał, choć organizowała je psotna Joszacha, a teraz niezbicie zrobiła to Klomula, siebie zostawiając na koniec jako prezent.
Spowszedniało mu, dość certolenia. Skoro dziewczęta tak gustują w prezentach, z tym większym impetem wystrzelił z kryjówki.
— Chłopiec-mężczyzna-niespodzianka! — ryknął.
Krewne krzyknęły w przestrachu i rzuciły w niego donicą. Jebnęła go w głowę i to, kurwa, wyjątkowo dobrze jebnęła. Siech’sawa przyćmiło i podreptał w tył, aż wsparł się o ścianę i spłynął na posadzkę.
Gdy się zebrał, a wzrok mu się wyostrzył, krewne już czmychały drzwiami, przez które tu zaszedł. Joszacha z małym opóźnieniem, ponieważ dźwigała pod pachą panel zwierciadła.
Biegał korytarzami, starał się dogonić ich śmiech i łopot szat, ale gdy skręcał tam, gdzie powinien zastać krewne, odgłosy wybrzmiewały gdzie indziej. Plątało mu się w oczach, miał wrażenie, że tym zgubnym labiryntem dotarł na drugi skraj Altany, a więc przebył niemały kawałek.
Wreszcie je znalazł, milczące i spokojne, siedziały na podłodze i grały w karty. Podbiegł do nich, wyjął miecz i przeciął obie naraz. Rozwiały się w mglisty śmiech. Zaczyna się, mąciły mu w głowie.
Smętni Bogowie, potrzebuję was, nie pozwólcie, by rozbłysła we mnie radość, odegnajcie ode mnie dobro i harmonię. Splunął chamsko. Muszę być mroczny, przetopcie kruszec mej duszy w zło.
Zmęczył się, przestał biec i maszerował cichymi korytarzami. Czuł się jak wędrowiec przemierzający pusty szkielet wymarłego boga giganta spoczywającego na jednym z obcych światów zawieszonych w odległym kosmosie.
Jeden z mijanych obrazów przykuł jego uwagę, ponieważ nie był obrazem, a rysunkiem stworzonym kolorowymi kredkami. To była klomulowa wspominka. Dawno temu narysowała go, jak jadł niebieskie owoce Magnus Protectis przy murach Altany. Nakryła go i po kryjomu sprowadziła przytulną scenę na łamy papieru.
Kiedy pokazała mu wtedy dokończony rysunek przed snem w pokojach, przeszły go ciarki przytulności, a zarazem wstrząsnął nim chaotyczny spazm śmiechu. To było dziwne, aż warte zapamiętania. Lecz nie, odwrócił wzrok, tutaj nie będzie żadnego zawahania. Czarnemu sercu nie wypada stołować się w karczmie przeszłości.
W ciszy korytarza dosłyszał łopot i po chwili poznał, że to nie łopot szat, tylko skromnych skrzydeł. Przekroczył kolejne już z dziesiątek otwieranych po drodze drzwi i wreszcie ujrzał swe krewne.
Klomula leżała na kamiennym ołtarzu z wąską maską zwierzęcia na twarzy. Oczy jej przezierały przez obwody piór, a miast nosa sterczał jej dziób. Wszędzie, na różnych poziomach zagraconego pomieszczenia, na podłodze, półkach i szafach, stały klatki z ptakami sporadycznie wachlującymi skrzydłami. Paliło się tu mrowie świec, a przez podłogę wiodła ścieżka z płatków róż. Po różanym dywanie kroczyła ceremonialnie Joszacha i trzymała wysoko przed sobą sztuczne skrzydła, by przypiąć je do pleców kuzynki i przemienić ją w ptaka.
Obie zmieniły suknie na teatralne kreacje. Kiedy one zdążyły się przebrać? Czyżby przeniosły się z pokoju zagadek i uprawiały tutaj quasi-zabawę, jednocześnie wodząc go za nos iluzjami po korytarzach? Ciągle gonił tylko duchy?
To z pewnością kolejna iluzja. Bez pardonu przełamie ceremoniał niesienia skrzydeł i przerzedzi ręką ramię Klomuli, a to rozwieje się w mglisty śmiech. Jakże zdziwił się, gdy nie przerzedził kuzynki i nic się nie rozwiało, tylko kuzynkę złapał.
— Mam was… — mruknął i dobył złowieszczego miecza.
Brzdęk-dęk-dęk!
Klatki pootwierały się jednocześnie. Ptaki wyswobodziły się i utworzyły między nim a krewnymi zasłono-zaporę. Chaos piór, łopot skrzydeł, żadnego jednak skrzeku. A chwilę później te wszystkie ptaki gdzieś zniknęły, rozwiały się jak magiczna kurtyna, a wraz z nimi Klomula i Joszacha.
Na podłodze pozostał ślad z piór prowadzący do wyjścia. Pewnie Joszacha gubiła pióra ze sztucznych skrzydeł. Siech’saw chętnie skierował się pierzastym szlakiem. Ponownie wpadł w matnię korytarzy, aż wiedziony piórami dotarł do korytarza, na którego końcu znajdowały się uchylone drzwi, przez które wpadał nęcący, zielonkawy blask.
Gdy zbliżał się do nich, jego uszu coraz wyraźniej dobiegał tęskny śpiew, jakby jego dźwiękiem matula natura zlepić zapragnęła nowy glob w kosmosie, pełen egzotycznej roślinności i bogactwa fauny, obcych okazów majestatycznych stworzeń. Śpiew ten przerzedzały telepiące się drzwi, targane niespokojnym powietrzem, obijały się o coś podłużnego, co leżało między nimi a ścianą. Rzecz ta poruszała się i wydawała nieprzyjemne odgłosy.
Docierało do niego, tym razem z większym opóźnieniem niż przy stawie, jakby zielony blask zamrażał strumień myśli, że to śpiew jego kuzynki Nuteli. Kiedy chwycił za gałkę, spojrzał w dół na obiekt blokujący drzwi, to mechaniczna zabawka stonoga.
Przebrzydły wynalazek, którym starsza siostra straszyła go za brzdąca, puszczała za nim stonogę, a Siech’saw nieporadny uciekał przed nią, raczkując, jak przed smokiem ziejącym ogniem. Klomula i Joszacha na pewno upuściły tę szatańską zabawkę, aby zadrwić z niego. A może i nie. Tak czy siak zakonotował w głowie, aby na zwieńczenie przygody wrócić tu i urwać jej nogi.
Odkopnął stonogę, otworzył drzwi i spokojnym krokiem mordercy wkroczył do sektora hodowli roślin. Na polu trawy otoczonym nierównymi korytarzami z kolumnadami rozpleniło się ponad tuzin rozdętych szklarni, jakby sam Atmosfis napompował je swym tchnieniem.
Zmierzał do tej, która rozsiewała blask i zionęła jaśminowym śpiewem tęsknej Nuteli. Bez trudu otworzył szklane wrota. Siech’saw wiedział, że jego skóra i mięśnie prześwitują jak owe wrota i wszem i wobec ukazują światu żądzę krwi, z której skrystalizowany był jego szkielet.
Na drugim skraju długiej szklarni, za gąszczem hodowanych tu roślin stała Nutela w pentagramie wyżłobionym w glebie. To pięcioramienna gwiazda roztaczała zielony blask, na boki, jak i do góry, napełniając ciało kapłanki mocami witalnymi. Skubana, zdążyła się naładować, jej oczy…
Kula ognia rozprysła się tuż przy twarzy Siech’sawa, trafiając od zewnętrz w ścianę szklarni. Odskoczył, lecz przysmoliło mu brwi i nadszarpnęło grzywkę. Po odskoku przejechał ślizgiem po trawie, aż zatrzymał się, rozstawiając nisko na nogach.
Klomula i Joszacha trzymały na łańcuchu bestię, którą wyprowadziły z piwnic ulokowanych pod kolumnadami. A więc trzymały tu potwora, skrzyżowanie kurczaka z papugą wysokie jak miejska wieża. Wingus Flammix, potocznie zwany Kurczagogiem, o kurczęcopodobnych, grubych nogach i wiotkim ciele rozklepanej papugi ze zdegenerowanymi skrzydłami. Krzywy dziób i wybałuszone oczy Wingusa Flammixa przywodziły na myśl nieszczęśnika zmożonego latami tortur w lochach.
Kurczagog zawył żałośnie do księżyca i ruszył do szarży, wyrywając kapłankom łańcuch z dłoni. Gdy odbijał się od ziemi, z pazurów wielkich łap wydobywał się dym, a wiotkie ciało strzelało iskrami i językami płomieni. Pochylił się w biegu i oczy wyszły mu z orbit, gdy rzygnął kulą ognia.
Siech’saw wykonał unik, przetoczenie i zasadził się w bitewnej pozycji. Wingus przypuścił szarżę dziobem, po czym wykonał serię kłapnięć z ostrymi najazdami, co spowodowało, że wojownik unikami dotarł do kolumnady.
Joszacha i Klomula zerwały się do biegu i schowały się w szklarni, gdzie ich ostatnią linią obrony była naładowana mocami natury Nutela.
Siech’saw schronił się w korytarzu, Flammix był szybki i sprawny, wbijał dziób w prześwity między kolumnami, wojownik zaś próbował siekać go mieczem, jednak twarde jak skała dziób i powieki, które zamykał, wytwarzały pancerz, a ciosy w pierzastą mordę nie robiły na nim wrażenia.
Kurczagog uskoczył nieco, włożył na spokojnie łeb od boku. Gardziel zdążyła przepchnąć ogniowe rzygi i przez korytarz buchnął płomień. Siech’saw wyskoczył z kryjówki i od razu dostał tam dziobem. Przeleciał pół długości sektora, po drodze tracąc miecz. Zerwał się do ucieczki do najbliższego korytarza.
Bestia skoczyła wysoko w górę i zdybała go tuż przy wlocie, mniej więcej tam, gdzie stały kapłanki z łańcuchami. Wylądowała, stąpnęła mocno po glebie, Siech’sawa wybiło do lotu. Pozbawiony punktów oparcia, bezwładny jak kukła leciał w przestworza. W zwolnionym tempie zbliżał się do niego wygłodniały dziób i rozszerzone w furii ślepia.
Wojownik chwycił sztuczne skrzydła, które porzuciła tu Joszacha i które również wybiły się do lotu. Jestem uskrzydlony, pomyślał. I zamachnął się, wbijając głęboko ostry stelaż nakładanych skrzydeł w rozdziawione oko.
Wingus Flammix ryknął, wycofał się i opadł. Siech’saw trafił na spadzisty dach korytarza, łupnął o dachówki, zdążył się przekręcić i zatrzymać zjazd stopami. Z oka bestii tryskała gnuśnie posoka, przez chwilę w górę jak fontanna na tle nocnego nieba, później jak wodospad w dół.
— Walczyłeś dzielnie, jesteś pięknym stworzeniem — wyrzekł Siech’saw.
Siedział na krawędzi dachu z podgiętymi nogami, potwór zataczał się, drobił niepewnie i chwiał. Wojownik patrzył na jego ostatni taniec w blasku księżyca. Pierzasta wieża runęła, biednie przytulony do gleby zagasł, nie ruszał się i nie dymił, był zgliszczami swojej płomiennej żywotności.
Siech’saw zeskoczył, minął wielkie cielsko, zgarnął miecz z trawy i wszedł do szklarni. Klomula i Joszacha chowały się za unoszącą się już w powietrzu Nutelą. Wojownik przedostał się przez gąszcz roślin, zatrzymał się odpowiednio daleko od quasi-druidki i pentagramu pod nią w obawie przed nagłym atakiem.
— Przełamałem bramę zabezpieczenia, pokonałem wasz eksplodujący garnek, pokonałem wasze iluzje, pokonałem waszą bestię. Czas, abym przeto…
Rzuciły w niego donicą. Jebnęła go ponownie w głowę, i to, kurwa, tak samo dobrze jebnęła. Zgrzytnął zębami, gdy doszedł do siebie i spłonął wstydem.
— A żeby was…!
Ruszył z orężem, Nutela jednak wytworzyła ścianę z grubych pędów, korzeni i liści okapujących kwasem. Co przecinał mieczem, to zaraz wyrastało wzmożone, sprawniej niźli hydrze głowy.
— Bogowie ziemi, bogowie roślin, przybywaj wasza mocy, chroń nas w świętym przybytku — głos kapłanki niósł się echem.
Korzenie i pędy zakończone ostrymi kolcami atakowały najeźdźcę z boków. Ciął je, obrywał, paliły go kwasem, walczył dzielnie, jakże żałował, że nie ma ze sobą tarczy.
— To nie musi się tak skończyć, Siech’sawie — przemówiła Nutela. — Możesz wrócić do nas, do Altan. Przyjmiemy cię jak syna marnotrawnego. Bowiem nawet najwyrodniejsi, którzy pokochali gnuśność i mrok, w końcu zrozumieją, że kwiat pachnie ładniej.
— Nie osłabisz mnie smoczym językiem! Moje serce sczerniało po wieki! I jest to najprzykrzejsza z pięknot!
Starał się, lecz nie mógł się przebić przez stale rosnącą plątaninę groźnych roślin.
— Nie walcz, Siech’sawie, wróć do nas, nie pamiętasz, ile przeżyliśmy tu wspaniałych chwil?
— Nie, nie pamiętam! — odparł bez zastanowienia, byle odeprzeć perswazję.
Ciosy jego miecza jednak osłabły, nie machał już tak zawzięcie. Obrazy same wracały do głowy. Zawahanie nie miało prawa wystąpić, a jednak się tliło.
Straszenie Nuteli małpą z talerzami, to jak darli ryja w śmiałych aranżacjach chóralnych, ich konflikty z nadętymi chórmistrzami. Joszacha pokazująca mu swoje wypracowania i ucząca, że z belfrów można drwić, preparować im kawały na piśmie, „sadzić kwiatki”. Rysunek Klomuli, ten, na którym czytał książkę i jadł zakazane owoce oparty o mur.
To i wiele więcej.
Nawet mechaniczna stonoga wydała mu się teraz błyskiem w ciemności.
Nutela ściągnęła gniewnie brwi.
— Bo masz sklerozę! — Oczy kuzynki zajaśniały silniejszym blaskiem.
Siech’saw zamarł. Nikczemna kapłanka. Lord Huberiusz co rusz podważał jego zdolności pamięciowe, jednak nigdy, przenigdy nie powiedział, że Siech’saw ma sklerozę.
Wspomnienia zniknęły zachlapane czarną farbą. Miarka się przebrała.
Wyciągnął kamień paraliżu, jebać honor.
Przyjął waleczną pozycję i bez cienia wysiłku wystrzelił mglisty pocisk w pożalcie się, bogowie, kapłankę.
— Nie!
Joszacha krzyknęła i wskoczyła przed kuzynkę, zasłaniając ją i siebie wielkim zwierciadłem. To całe spękało, od góry do dołu, skrawki rozprysły się, pocisk jednak odbił się od tafli i uderzył w Siech’sawa, paraliżując go w walecznej pozycji z dziarskim ramieniem wyciągniętym do nieba.
Może gdyby lustro było mniejsze, choćby ociupinę mniejsze, może nie dałoby rady odbić pocisku wojownika.
Kapłanki rozsadziły się w Altanie Głównej, częstując się ciekłym wywarem szczęścia, miłą, bursztynową herbatą. Tym razem nie grzebały w papierach, ot, cieszyły się pięknym dniem, zapachem kwiatów, słońce muskało delikatnie lica.
Wczoraj, zaraz po zatrzymaniu napaści Siech’sawa, przytargały sparaliżowanego krewniaka do tutejszych ogrodów i wstawiły w miejsce, gdzie razem uzgodniły wcześniej, że energia powinna się piąć i należy posadzić tam drzewo. Zastygły Siech’saw ze wzniesionym ramieniem sprawdził się lepiej niż kolejna roślina, był ciekawym urozmaiceniem aranżacji wizualnej.
— Och, kuzynie — westchnęła Klomula nad filiżanką. — Właśnie ciebie brakowało nam w naszym pełnym skromności ogrodzie.
Skronie przystroiły mu wiankiem, ciało obsiały bogato girlandami kwiecia. Nałożyły mu też na ramiona stelaż najwyższego dobra, personalnie upstrzony pięknymi kwiatami i zawijańcami ziół. Gdy to wczoraj robiły, czuły się jak za dawnych lat. I nie płakały ze szczęścia, lecz w piersiach ich kotłował się wulkan miłości rozmiękczonych serc.
Kwiat, wieczna zmora przeszłości, w końcu zmógł Siech’sawa doszczętnie, usidlając go na dobre w ogrodach Altany. Był zastygły, zupełnie jak płatek kwiatu wiszący w świątyniach jaśminu. Był jak Boża Myśl.
— Piękny mężczyzna. — Teraz to Joszacha westchnęła nad filiżanką.
Nigdy nie kochała brata bardziej niż teraz.
— A może i piękniejszy się stanie. — Nutela się zarumieniła. — Już ja się o to postaram, gdy tylko skończę pracować nad wywarem polimorfii!
Zaśmiały się po dziewczęcemu. Lubiły przebieranki, modyfikacje ciała i kwiaty oczywiście. Joszacha ubolewała tylko, że pękło jej ulubione lustro, z którym miała tyle pięknych, dosłownie, wspomnień.
Póki nie zwolnią kamienia paraliżu z posługi, póty Siech’saw trwać będzie bez ruchu. Artefakt był zaś niezawodny, prosto z rąk czarnego lorda Huberiusza. Ustawiły kamień w honorowym trzymadle na jednej z głównych alei, by sobie ćmił lekko i buczał. Będą musiały chować go na czas wizytacji, góra nie byłaby zadowolona, widząc w ogrodach nekro-runy.
Chmury jęły się kłębić, mimo wczesnej pory ciemniało.
Podniosły czarnomagiczną szkatułę, w której Siech’saw zabrać miał ich serca.
— Co robimy z tym? Jak myślicie, po co mu to było?
Z nieba skapywały nieśmiałe krople deszczu.
— Możemy trzymać tu owoce — miauknęła Joszacha. — Albo wkładać zioła, których nie dopilnowałam, jako suszonki.
— Nie, owoce — natychmiast wypaliła Klomula, nie mogąc słyszeć, że zioła umierają pod opieką kuzynki.
Zamiast sercami szkatuła zapełni się pomarańczami, jabłkami, winogronami, bananami i gruszkami. Najukochańszymi ich z owoców.
Deszcz padał coraz mocniej, wydawało się jednak, że to przejściowa rozterka nieba. Czymkolwiek się smuci, zaraz pewnie zapomni. Krewne zamknęły oczy, zbliżyły filiżanki do ust i w tym samym momencie napoiły się kulturalnym łykiem.
Westchnęły.
Ogród był szczęśliwy jak nigdy.
Po Siech’sawie spływały krople deszczu, jednocześnie wsiąkając zaraz po zderzeniu, jakby wojownik był posągiem z kamienia. Pod oczami wyrysowały się ciemne smugi, beznamiętne łzy pochmurnego nieba.
Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Opowiadania publikował w „eleWatorze” i „Twórczości”. Mieszka w Szczecinie.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved