Skip to content

JULIA DRĄŻKIEWICZ

0411

Nikt nie lubi przeprowadzek. Wyprowadzek tym bardziej. Jeśli ktoś je lubi, to albo jest szalony, albo właśnie zmienia miejsce zamieszkania z najgorszego na najlepsze. Ot, zwykłe doświadczenie ludzkie, a jak bardzo może zmienić człowieka. Wpłynąć na wszystko. Na resztę życia, uczuć i sposobu patrzenia na świat. Można nagle wszystkich pokochać, a można znienawidzić. Dom to coś więcej niż ściany i dach. Dom to coś więcej niż kuchnia i salon. Dom raz można mieć, a raz można go nie mieć. Ja go straciłam na zawsze. Już go nie odzyskam.

Już więcej nie usiądę, ani nie położę się na tej kanapie. Nie usłyszę kroków dziadka, ani nie wyleci na mnie znikąd jego papierosowy dym. Nie wyjdę z domu bez celu. I nie znajdę go w ciągu trzydziestu sekund. Nie skieruję się na ulubione lody. Ba, nawet nie pójdę na spacer ulubionymi ulicami. Ściegiennego po dwudziestu czterech latach przestanie być moim drugim, najbliższym sercu, domem. Domem, który znam od zawsze. Domem, z którym od nienawiści przeszłam do miłości. Bo nie zawsze było tak pięknie i kolorowo. Ściegiennego nie jest święte i za uszami ma swoje grzechy. Całkiem spore, pełne syfu i soczyste, świeżo wyciskany sok z emocji, którego nie da się wypić do obiadu.

Wspomnienia z dzieciństwa będą blednąć przy promieniach słonecznych rzucanych gdzieniegdzie przez zasłonięte okna. Tu, gdzie kiedyś stał domek dla lalek, stało Markowe wino, samogon jego roboty. Marek po czterdziestych którychś urodzinach znalazł nowe hobby. Rozpoczął produkcję win własnej roboty. Super, że w moim mieszkaniu i bez mojej zgody. W dodatku musiałam brać w tym udział i dolewać wody do jakiejś śmiesznej rurki. Z rodziną to jednak najlepiej na zdjęciu. Albo przy winie, bo samogony też czasem wychodzą smaczne. Poczułam ogromny ból, gdy we wrześniu na tej samej podłodze nie stało już nic. Nie było beczek ani gąsiorów. Już nie muszę dolewać wody do rurki. Nie została ani jedna szafka, ani jedno krzesło. Całe mieszkanie zostało odarte z życia, a od ścian odbija się echo tęsknoty za siedemdziesięcioma pięcioma latami rodzinnej historii.

W końcu zapomnę o rysowaniu czarownic w notatnikach babci. Cięłam je wtedy na kawałki, by dobro zwyciężyło nad złem. Na pewno w końcu zapomnę o plastikowej truskawce i młynku, które były owocem żywota. Zróbcie mi tę przyjemność i nie czytajcie dzieciom Biblii przed zabawą. Potem biegają po domu i niewiele rozumieją, zapożyczając ciekawe słowa do własnych, niecnych celów. Jasne, zostaną zdjęcia. Zdjęcia, na których nie ma wszystkiego, co cenne i co do zapamiętania. Nie da się uwiecznić każdej sekundy życia człowieka.

Czuję się oderwana od rzeczywistości. Od własnej tożsamości. Moja bezpieczna oaza odejdzie ode mnie na zawsze. Znikną starsi znajomi alkoholicy i ich darcie mordy na całą kamienicę. Nielegalny ogródek piwny, który zrobili za moim oknem, nie będzie mi już dłużej przeszkadzał latem. Śmiech z nienawiści do równoległej ulicy stanie się tylko anegdotą, której pewnie nikomu nie opowiem, bo i tak nikt nie zrozumie, o co chodzi z Jagiellońską. Trzeba się wychować na Ściegiennego, żeby wiedzieć. Część traumy też zniknie. Dużo złego mnie tu spotkało. Spoko. Ale rodzi się już nowa, gorsza trauma.

Bezpieczny zapach ścian, które pachną dziadkami i papierosami, ulatuje. Zastąpią je ściany wielkiego bloku, gdzie każdy sąsiad jest anonimowy. Zostanę sama. Sama. Bez radia Sylwka, które gra na klatce schodowej, bez jego papierosów i gruźliczo brzmiącego kaszlu. Bez pukania Fredka i Lilki Wróblewskich o pomoc z telewizją. Bez ucieczek korytarzowych Kacpra. Bez wywieszania przez Brygidę na klatce kolejnych kartek z nakazami i zakazami. Bez nocnych telefonów, esemesów i pukania do drzwi naćpanej Karoliny z dołu. Bez radości Kryśki z trzeciego piętra na moje głośne „Dzień dobry!”. Będę bez wszystkich. Zostanę sama, bez wszystkich ludzi, których znam od zawsze.

Mam tylko nadzieję, że dzieciak Tomka wyjdzie na ludzi. Oby babcia młodego dopilnowała, by nie był jak Tomek. Oby znalazł się ktoś, kto pomoże Wróblewskim z tym przeklętym przełączaniem dekodera i w codzienności beze mnie. Martwię się, że Sylwek spierdoli się pijany ze schodów na klatce i umrze. A największą nadzieję mam na to, że kurwie z pod szesnastki w końcu zabiorą dziecko. Bo ten mały chłopiec zasługuje na szczęście i miłość. Moja radość z życia ulatuje. Kocham tę starą, patologiczną kamienicę i jej brudne, śmierdzące mury.

Oby mieszkanie numer dwadzieścia dwa przypadło komuś, kto tak samo jak ja zna wartość takich miejsc, kto nie sprowadzi na nie katastrofy, kto zajmie się duchem mojego dziadka. Nie przestraszy się luzem latającego po domu dymu papierosów, które palone były tutaj latami, przynajmniej przez cztery pokolenia. Bo dwadzieścia dwa przetrwało aż tyle. I najbardziej mi przykro, że nie doczekało się piątego. Chcę, by nowy właściciel pokochał to miejsce tak jak ja. Dziękuję Ci dwadzieścia dwa. Za bycie oazą i świadkiem prawie wszystkich etapów mojego życia. Nigdy nie pogodzę się z rozstaniem. Wiedz, że tego nie chciałam. To nie moja wina. To nie zależało ode mnie. Chciałam zostać. Walczyłam. Prosiłam. Pisałam wnioski. Nie udało się. Będę tęsknić. Zawsze o Tobie pamiętać i ciepło wspominać. Dzięki Tobie jestem ja. 0411 na zawsze będzie ulubionym klatkowym kodem.

Julia Drążkiewicz — studentka 2-stopnia studiów pisarskich.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści