KAROL SAMSEL
Praktyki. 6
poniedziałek, 21 lipca 2025
Staram się z prostych pytań czynić wielkie pytania filozoficzne, na przykład — może zacznę od klasycznego i przez to najmniej ciekawego — czy ja to ja? A ściślej, czy ten ja z Praktyk, to ja z rzeczywistości — bo wyobraźmy sobie, że wszystkie mosty zbudowano — owszem — ale wyłącznie po to, by oszukać ludzkość, a przynajmniej uśpić jej czujność — w materii prawdziwej realności spotkania, porozumienia, czy wręcz wędrówki, która nie jest niczym więcej, jak tylko mitem znarkotyzowanej wyobraźni. Dokładnie to samo, myślę, przyświecało projektantowi Praktyk (bo przecież nie narratorowi!): doprowadzić do tego, byśmy zastanawiali się nad porozumieniem mojego „praktycznego” „Ja” z rzeczywistym, wydaje nam się bowiem od wieków, że jeśli nad czymś się zastanawiam, to to istnieje, res cogitandi, ktoś powie, ja jednakże powiem: „Myślę, a więc jest to, co myślę, skoro o tym myślę”, tyle zrozumieliśmy (zrozumieliśmy?) z Kartezjusza. Nie. Mosty są podstawowym elementem siatki naszych złudzeń, mających doprowadzić do prostej wiary, że wędrujemy. Niestety nie. Nie ma wędrówki, nie ma więzi, więź jest pojęciem życzeniowym, podobnie zresztą jak spotkanie. Nie da się pomyśleć pojęcia „miejsca” w liczbie mnogiej bez mostu, zatem stworzono most. Ale czy on coś łączy? To równie wątpliwe jak fakt, że miałoby być cokolwiek do łączenia między realnością Praktyk a realnością roku 2025, którą Praktyki — próbują opisać. Krótko mówiąc, każde wielkie pytanie filozoficzne można uznać za iluzję szukania podstawy podstaw, nie ma podstaw, bo nie ma mostów, bo nie ma miejsc w liczbie mnogiej: jesteśmy tu i teraz, i nigdzie indziej, i nigdy indziej, i to jest właśnie serce każdego panteizmu, panenteizmu i apokastazy.
My zaś w tym wszystkim? Och, bylebyśmy jedynie — nie powiedzieli, co myślimy naprawdę, to nam przyświeca nasza jutrzenka warta śmiechu (płaczuwarta). Ale mówię tu przede wszystkim o spotkaniach w świecie, takich przy kawie albo herbacie — co do mnie, chciałbym, by powielały zasadę życia Bourgeois, I do, I undo, I redo, „Tworzę, niszczę, odtwarzam” — i takie dialogi staram się prowadzić z ludźmi, dziś spróbuję poprowadzić podobny — z Marią Jentys-Borelowską, ale — na przykład, w otoczeniu rodzinnym, i czy miałbym przy sobie swoją rodzinę, czy rodzinę Łukasza, kończy się to raczej tak samo lub podobnie — tak się nie rozmawia. Jesteśmy wówczas jak jakieś siedem, osiem albo dziesięć pudeł rezonansowych, którym zakazano wibrować — nie możemy przedstawiać więc swego światopoglądu w kontaktach osobistych, ale co innego wielkie odyseje społecznościowe — przecież Facebook to współczesna Iliada, a Instagram — Odyseja. Tam wywiązujemy się z naszych światopoglądów z nawiązką — dyskutujemy politycznie, antypolitycznie, religijnie, antyreligijnie. Zamykamy nasz światopogląd w wirtualnych kapsułach, na zewnątrz często zostawiając łuski bez charakteru, depresyjne łuski lub melancholijne, przewożone metrem, pociągami, autobusami, dowolnym transportem — uwaga, przez naszych technologicznych kolonizatorów, którym oddaliśmy całą naszą wolność. To nie galernictwo, proszę Państwa? Bardzo jestem ciekaw, co to jest, jeżeli nie galernictwo, neogalernictwo? Proszę Państwa, drodzy Państwo, na Boga, czy nie widzicie, że ktoś nam wysterylizował kontakty realne? Innymi słowy, że mają pozostawać sztuczne i sterylne, tak jakby wszystko inne należało tu celebrować? Jak jakąś używkę? Używkę ze skrajnego realizmu — a przypomnijmy, że sam Arystoteles nawet optował za umiarkowanym realizmem pojęciowym.
Każdy ranek — jest to kał, sperma i mocz oraz litry delikatnego płynu kofeinowego… Zaraz po napisaniu tych słów poprawiam się — litr wystarczy. Ale tak czy inaczej — moją twórczość definiują płyny — posiłki są tej twórczości śmiercią do tego stopnia, że jeżeli spożyję: ciężką kolację, nie napiszę niczego dobrego i lekkiego nawet o jedenastej dnia następnego. Piję więc delikatną rozpuszczalną kawę kremową, często po trzy łyżeczki na kubek, pięć takich kubków do jedenastej, pomaga mi — uważam — operacjonalizować oraz eksterioryzować naraz myślenie poetyckie i myślenie intelektualne. Mówię o jedenastej — właściwie — z powodów postanowień podjętych wczoraj: postanowiłem pić kawę tylko w pięciogodzinnym oknie między 6.00 (ewentualnie 5.00) a 11.00 — wtedy także tworzyć (i realizuję to właściwie, dzień po dniu, od 2020 roku, czyli: od czasu początku pracy nad Niemożliwością Piety). Więc chciałbym to wyraźnie podkreślić — spójną jedność mojego metabolizmu i katabolizmu: źródło mojego spełnienia, większe, na pewno, niżeli formy zewnętrznego docenienia: można powiedzieć, że oddaję światu razem z twórczością, krótko mówiąc, prawie jednocześnie, a w najgorszym wypadku — na przemian: kał, spermę i mocz. Wypróżniam się, masturbuję i wydalam płyny. Masturbacja jest pierwsza, chociaż nieraz — konkuruje z wypróżnieniem, o ile popędzam się bardziej kofeiną niźli pornografią. W taki sposób oczyszczam się, gotów na przyjęcie nowego dnia i jego treści — oczyszczam się — w płynie i w materii: uwielbiam ten moment dnia, moment oddawania, który jest jednocześnie momentem przygotowywania darów, darów twórczości — jestem wówczas najszczęśliwszy: wtedy przygotowuję najlepsze artykuły naukowe i poematy, więc wygląda na to, że proces twórczy jest dla mnie pochodną procesu wydalniczego, ale to przecież nie wszystko — bo: staram się również tak porządkować czas, aby proces twórczy był, niekiedy, czymś więcej, może więc emanacją procesu wydalniczego? Pomaga mi w tym w pewnym sensie kofeina, którą wciąż piję w niewiarygodnych ilościach, może więc to moja praca z ciałem? Tak czy inaczej, podejrzewam, że również dlatego — porzuciłem alkoholizm — rozbijał równowagę między procesem wydalania a procesem twórczości, co identyfikowałem (tę równowagę) z istotą samej twórczości.
*
Myślę, że w tym tkwi sedno sedn. Nie potrzebuję w swoim życiu samoświadomości żywiołu szalejącego we mnie. Niech sobie szaleje, jeżeli rzeczywiście tam jest. To, czego potrzeba mi przede wszystkim — to świadomości płynów, płynów i form, które mnie — jakiś czas — wypełniają, a które potem — w humanistycznym geście oddaję innym: twórczość tutaj więc z kałem, dydaktykę ze spermą — a przecież nie tylko dydaktykę uniwersytecką, bo co pewien czas zdarza mi się uczestniczyć w dydaktyce szkolnej, wczesnoszkolnej, a nawet: przedszkolnej. Albo jakkolwiek. Może to niezła rada dla artystów i dla akademików, może zamiast na żywiołach skupmy się na płynach, naszych studentach i płynach, a nie naszych studentach i żywiołach. Czy jakość naszej pracy formacyjnej wtedy nie wzrośnie?
*
Odsyłając ten fragment Praktyk Gustawowi, nieoczekiwanie, też dla samego siebie, zaczynam rozważać naturę europejskiego postmodernizmu i myśląc tu przede wszystkim o Rousselu i Calvino, rozpatrywać jego bezpośredniość — na tle amerykańskiej obcości oraz inności postmodernizmu zawsze jakoś nie dość przyjemnie zanurzonego w globalność, etniczność, transkontynentalność, kosmopolityzm (Saul Bellow, John Barth). Trochę także podsuwam mu po przeczytaniu fragmentu Królestw tę europejską postbezpośredniość — tak nastroiło mnie pierwsze opowiadanie Gustawa, Hagal. Ale myślę też, niestety bez dobrych wieści, o polskim postmodernizmie: dlaczego jest tak sterylny, tak asekuracyjny i — tak konwencjonalny, a uosabiają mi ten nietrafiony polski postmodernizm: Bitner, Gretkowska, Słyk, czy powinienem pamiętać o kimś jeszcze? Może przez wpatrywanie się w — słońce amerykańskiej szkoły postmodernistów? Może stąd cała polska krótkowzroczność — tzn. z amerykanizmu? Naprawdę wydaje mi się, że sekret europejskiego postmodernizmu byłby właśnie taki: „dalekowzroczność, więc bezpośredniość”, a właściwie „dalekowzroczność to bezpośredniość”.
*
Myślę o tym, co nas odmładza. O tym, że z bardzo określonych i jasnych powodów zakładamy „kilkutygodniowe okulary na pięćdziesięcioletnie oczy, albo — kilkumiesięczne ubrania na sześćdziesięcioletnie ciało”. Na tej samej zasadzie matkę i ojca odmłodzi — jak myślę, niemowlę, jeżeli tylko weźmie się je na ręce. Można wręcz powiedzieć, że to w zastępstwie eliksiru. Nowe okulary też występują w zastępstwie eliksiru — odmładzają w niezwykle skuteczny, bo matematyczny sposób — twarz, ilorazem. Założmy więc, że mam czterdzieści cztery lata i zakładam okulary, które mają dwa lata — prawdopodobnie zostanę wzięty za trzydziestopięciolatka. To kłopotliwe przyznawać się do czegoś podobnego, ale to dość aforystyczna, a wręcz limeryczna, zasada. Nie pamiętacie, Państwo, podobnego konceptu z limeryków? Miał czterdzieści lat, postanowił się odmłodzić okularami, zadziałał iloraz, jest teraz szczęśliwym posiadaczem dwudziestu lat. Przecież to czysty limeryk / aforyzm, otóż, właśnie sobie uświadomiłem, że mój humor reprezentuje niekiedy prostotę limeryku, może — limeryku spotęgowanego wulgarnie albo pornograficznie. Ale mój humor to też prymityw limeryku, cały prymitywizm limeryku. W ogóle uważam, że postmodernizm powinien, jak myślę, zainteresować się limerykami. Może na tym polega siła Praktyk, że wprowadzają w polski postmodernizm limeryczną lekkość? Byłaby w ogóle możliwa powieść limeryczna, limeryzm jest dla mnie tu trochę synonimem bliskości życia, więc warto o to powalczyć, więc — może zacznijmy od strumienia limerycznego / limerycznego strumienia świadomości?
*
Large Language Models. A gdyby Primę wrzucić w taki LLM? Myślę, że było to pouczające doświadczenie — zapoznać się z tym, jaki dataset LLM przygotuje w oparciu o tysiąc: stron Primy. Chociaż, jeżeli mówimy w tym wypadku o datasecie LLM, powinienem uwzględnić, jak myślę, dla pełnego obrazu Primę, Pietę i Praktyki, czyli — na ten moment: jakieś dwa tysiące stron, do dwóch tysięcy stron mojej twórczości. Myślę, że to właściwy kierunek — podczas, kiedy jedni rozmawiają o swoim dziele literackim z Chatem GPT, ja wyruszę już dalej, na „rozmowy na szczycie” z LLM-ami. Oczywiście, część z nas uzna zapewne, że to niepoważne, wyraz manii wielkości czy coś w rodzaju tea mountaineering, czyli: bądźmy tu może dosłowni, wspinaczki przy herbacie. Muszę po spotkaniu z Marią Borelowską obejrzeć coś o Konstantym Jeleńskim… Masturbacja udanie staje się częścią mojej: gospodarki intymnej, o ile tylko traktuję ją z dionizyjskim szacunkiem. Kontrola i dyscyplina to też dzieło artysty i jeżeli w ogóle zaistniewa — i zaistniewa skutecznie — jest artystyczne. Seks to banalny żywioł — jest jak woda, a wodzie trzeba zbudować tamę — to najczęściej nazywamy początkiem wszelkiej gospodarki. O takiej gospodarce mówię oraz o takich, etycznych, jej początkach. Na dalsze pytania zatem — czy gospodarka intymna może pozostawać źródłem etyki, i ogólniej: czy gospodarka w sensie ogólnym może być źródłem etyki, odpowiadam, tak, bardzo nieoczywiste, ale przekonane — tak. Właściwie po to tutaj przyszedłem, by Praktykami porozmawiać o gospodarczych etykach drzemiących gdzieś w samych fundamentach literatury.
Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved