KAZIMIERZ BRAKONIECKI
Dziennik berliński. Dzień czwarty
Dlatego, że Jahwe był nieobliczalnym Wodzem plemiennym, Żydzi mogli Hitlera i hitlerowców traktować jako wysłanników losu — wykonawców zemsty Pana za ich grzechy. Dlatego też po tej apokalipsie holocaustu religijni Żydzi mogli w pewien sposób Niemcom wybaczyć, skoro mordercy wypełnili okrutny, ale jednak boski plan. W Starym Testamencie ten sakralny sposób mordu wymierzony w całe plemiona stosowany był przez samych Izraelitów jako naród wybrany przez Boga. Żydzi Polakom nie potrafią przebaczyć, ponieważ ci ostatni nie mieli nic „do załatwienia” w tym tajemniczym projekcie zagłady i odrodzenia, a jeszcze swoją niską nikczemnością podludzi sprofanowali czysty i święty holocaust, to nowe przymierze z Bogiem (milczącym?) przez ogień. Niemiecki Abraham, nieświadomy, że wybrał go do tego Jahwe, ponowił zabicie żydowskiego Izaaka na wieczną pamiątkę przymierza (ani Izrael, ani Jahwe nie umarli w ogniu Auschwitz). Współczesny Izrael w stosunku do Palestyńczyków, którzy, jak twierdzą pewni badacze, są bardziej żydowscy z pochodzenia niż syjonistyczni przybysze, stosuje podobne metody co biblijni Hebrajczycy w stosunku do podbitych plemion Kanaanu. Nic nowego pod słońcem. Historyczna agresja nie ginie, zawłaszczona zostaje przez państwo, które ją sakralizuje, ponieważ czuje się zagrożone. Jeszcze większy paradoks, że Izraelczycy, walcząc o swój żydowski Lebensraum, kolonizując zajęte po wojnach tereny palestyńskie, stosują metody rodem z systemów totalitarnych XX wieku, przed którymi uciekli z Europy. Izrael postępuje wobec zgromadzonych w getcie Gazy i Zachodniego Brzegu Palestyńczyków tak, jak modelowe rasistowskie państwo nacjonalistyczne. Holocaust staje się w ten sposób świetnym pretekstem do mordów przeprowadzanych przez izraelskie państwo, które uzurpuje sobie jedyne na świecie prawo do zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciw ludzkości w imię (historycznego) ludobójstwa! Nie znaczy to, że Palestyńczycy i Arabowie byli lub są barankami pokoju. Ich działania do 1948 roku, do czasu powstania państwa izraelskiego, nie należały ani do pokojowych, ani do humanitarnych. Faktem jest, że to społeczność międzynarodowa powinna była lepiej obmyślić nową sytuację polityczną na Bliskim Wschodzie. Cóż, to Anglicy i Francuzi są najbardziej winni tamtym historycznym błędom, które skutkują do dzisiaj. Palestyńczycy i Izraelici skazani są na nienawiść, dopóki Izrael nie wycofa się do granic sprzed 1967 roku (w co wątpię), a Palestyńczycy oraz państwa arabskie (oraz Iran) nie uznają tego znienawidzonego państwa, które nie zawaha się użyć w krytycznym momencie w obronie swojego istnienia broni atomowej (co będzie końcem tamtego, a i może naszego świata).
Podobno ani Grecy, ani Rzymianie nie chcieliby mieć nic wspólnego z takim pojmowaniem wojny świętej w imię wyższości rasowej, religijnej, zbawczej (czyli eksterminacyjnej), jaką wprowadzili do naszej europejskiej historii judeochrześcijanie, a następnie postchrześcijanie, czyli różnej maści faszyści oraz komuniści. Wątpię, przecież Grecy nie uznawali za równych sobie ludzi niewolników i barbarzyńców i likwidowali takich wrogów bez wyrzutów sumienia. Nieszczęsny los Troi (w Trojankach Eurypides zawarł całą grozę mordów) porównać można do eksterminacji osiedli w Kanaan. Rzymianom zdarzało się prowadzić wojny na wyniszczenie przeciwnika, jeżeli byli w stanie to uczynić, gdy tak im kazały zimna kalkulacja i racje geopolityczne. Podejrzewam jednak, że wojna w rozumieniu wyprawy misyjnej, krzyżowej, świętej to pomysł żydowski, chrześcijański i islamski pochodzący z jednego źródła semickiego. Islam pochodzi z ekspansjonistycznej (na zewnątrz i wewnątrz na mocy posłuszeństwa boskiemu rozkazowi), przekształconej przez Mahometa religii mojżeszowej i opiera się na zdobywczości i wykluczeniu. Nie mamy więc szans na wieczny pokój! A Hindusi? Przecież pojęcie walki, zmagań też należy do sedna ich pojęć kosmiczno-filozoficznych. Wszystko to po prostu wygląda na uniwersalną skazę naszego gatunku. Inaczej nie potrafimy, inaczej nie może się toczyć nasze życie, jak w cieniu śmierci, agresji, wojny, zła, zagłady. Dobro jest ze złem, bóg z diabłem, twórczość z destrukcją. Zło jest w człowieku i tyle: „I stworzył Boga na swoje podobieństwo”. Trzeba wziąć to pod uwagę i pogodzić się z naszą zwierzęcością, archaiczną agresywnością, trwogą przed unicestwieniem, i nieustannie tworzyć etykę przetrwania, współczucia, współpracy.
Niemcy przerazili się zwierzęcości, nieboskości, skończoności swojego antropologicznego, narodowego projektu i rzucili się w stronę Systemu Rasistowskiej Gnozy Politycznej, która miała zastąpić dotychczasowe fundamentalizmy. Skończyli jak skończyli! Rzucili się do Aten w poszukiwaniu germańskiego Graala, a święta misja w imię Lepszego Nadczłowieka ich zadławiła. Misja była tak wielka, że — jak Goethe, który gardził nędzą narodu niemieckiego pojmowanego jako całość, a podziwiał jego wielkość, która przejawiała się w jednostkach — niekiedy ulegali opętaniu (od Lutra jako niemieckiego, na wzór starotestamentowego, proroka do surowego pruskiego pastora; od zamkniętego przed uczuciami pastora do surowego nauczyciela; od psychopaty Lutra, narodowego prawodawcy, do psychopaty Hitlera, neopogańskiego oprawcy). W opętaniu misją historyczną, dziejową, rasową kryła się choroba germańska, która wzięła się z paradoksalnego, opartego na autonienawiści, naśladownictwa Hebrajczyków, idealizacji Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, wieloletniego kompleksu niedocenienia i odrzucenia niemieckiej misji dziejowej, z urażonej dumy narodowej i cywilizacyjnej, która nie mogła spełnić się w okresie powstawania nowoczesnych mocarstwowości imperialnych. Stąd kompensacyjne pomysły na zajęcie miejsca w kulturze światowej po Grekach, na utworzenie nowej Grecji germańskiej. Świat jednak nie potrafił docenić poświęcenia Niemców dla tej wielodyscyplinarnej, trudnej, ofiarnej misji cywilizacyjnej ponownego przemyślenia dziedzictwa świata i zajęcia w nim odpowiedzialnego miejsca w koncercie wielkich potęg. Stąd ta chorobliwa i groteskowa buta, patologiczny narcyzm, nihilistyczne nadczłowieczeństwo, które spełnić się jedynie mogło w święcie śmierci, w aktorstwie nieczułej pychy, która nieważnym dla „postępu” ofiarom odbierała godność imienia i nazwiska. Żyd nie dlatego był prześladowany, że był tożsamy ze swoim (stereotypowym) żydostwem (europejskim), lecz dlatego, że symbolizował zanegowaną rasowo (nieświadomie podziwianą), izraelską misję sakralno-cywilizacyjną prowadzoną w okresie biblijnym z rękojmi plemiennego Boga Jahwe, która historycznie i ideologicznie sczezła, a która mimo wszystko oskarżona została o (absolutne) znieprawienie cywilizacji (mitu) białego człowieka (aryjsko-germańskiego).
Drugi przypadek odwrócenia systemu religijno-mitycznego przedstawia komunistyczna Rosja, która posługując się prymitywnym scjentyzmem jak pseudoreligią, odwołując się propagandowo do takich celów, jak wyzwolenie człowieka z okowów religii, pracy, historii, narodu, uwikłała człowieka w najobrzydliwszy system niewolniczy oparty na kłamstwie, strachu, wyzysku, terrorze, przetwarzając despotię carską w sowiecko-ciężkoprzemysłowo-totalitarny euroazjatycki obóz karny. A że nie spotkała ją tak wielka klęska jak Niemców, to nie znaczy, że nie spotka, bo dojrzewa w niej straszliwa destrukcja przez nią samą wypracowana, której na imię nieprzerobiony, nieodrzucony, nieoskarżony o ludobójstwo komunistyczny stalinizm.
Nie potrafię wyrwać się z tych obsesyjnych zmagań wieloletnich i wiem, że się powtarzam, och te moje nerwice: ten Hitler, ten Stalin, te gułagi i konzentrationlagery, ten los Polski pomiędzy Rosją i Niemcami. Zresztą podobnie obsesyjna historia nie chce opuścić Ukraińców, Węgrów, Słowaków, Serbów, Czechów, a przecież również i Niemców (przynajmniej od wojny trzydziestoletniej). To nasza Środkowoeuropejska specyfika — fascynacja i ucieczka przed ciśnieniem historii i narodowej tragedii, która farsą wydaje się tylko w rzadkich chwilach odprężenia. Ofiara i drapieżnik. Bestia i człowiek. Obrona i agresja. Swój i obcy. Mój teren — wasz teren. Gniew, nienawiść, sycenie się łupami.
Kolejką do mitycznego Zoologischer Garten, skąd najbliżej do muzeum Käthe Kollwitz. Dzisiaj niestety zamknięte. To nie jest dom Kollwitz, która od 1891. do 1943. mieszkała w ubogiej dzielnicy wschodniej, teraz modnej, Prenzlauer Berg. Na dziedzińcu skrzeczą przeraźliwie dwie sójki, biegają kosy, a wróble i sikorki spokojnie siedzą na gałęziach. Zatrzymała się furgonetka z rejestracją szczecińską. Wysiadło dwóch mężczyzn w różnym wieku w białych kombinezonach roboczych. Zaczęli przenosić pojemniki z farbą z furgonetki do stojącego opodal czerwonego kombi. Zadzwonił telefon, padły polskie słowa: „Na miłość boską, kobieto…”.
W mieszczącej się w sąsiedniej kamienicy Literaturhaus kupuję The Songlines Bruce Chatwina oraz The Course of German History Alana J.P. Taylora. Spacer po Fasanenstrasse — na jej początku znajduję gminę żydowską z resztką orientalnych portali po zniszczonej w 1938. synagodze; skromny pomnik z nazwami obozów koncentracyjnych, a przy nim dwóch policjantów (chronią przed wandalami lub ekscesami).
Autobusem 100 na górnej platformie, żeby lepiej widzieć. Zimny wiatr. Za mną polska matka z dziewczynką. Również zwiedzają. Na ulicach niewielu mieszkańców. Turystów podobnie. Kierunek Aleksanderplatz. Jesteśmy w pobliżu Wyspy Muzeów. Wysiadam za Instytutem Polskim, idę w stronę wieży telewizyjnej, która stała się od lat 60. symbolem enerdowskiego Berlina Wschodniego. Na prawie samym szczycie w kuli jest restauracja. Peerelowscy Polacy musieli koniecznie tam się znaleźć i tak jak dzieci pojeździć ruchomymi schodami w okolicznych domach towarowych (lepiej zaopatrzonych niż ówczesne polskie). Nigdy nie byłem na wieży i chyba nie będę, szybko przechodzę obok, aby zanurzyć się w holach dworca Alexanderplatz. Lubię tutaj, chociaż tamtego miasta nie ma, wspominać ulubioną powieść Berlin Alexanderplatz Döblina:
„Na Alexanderplatz rozkopują jezdnię, budują kolej podziemną. Tramwaje kursują od rogu placu i Alexanderstrasse przez Münzstrasse do Rosenthaler Tor. Na prawo i na lewo są ulice. Przy ulicach stoi dom koło domu. Od piwnic po strychy są one pełne ludzi. Na dole znajdują się sklepy. Na Alexanderplatz wieje jak sto diabłów, na rogu koło Tietza ciągnie cholernie”… (wszystkie cytowane fragmenty w przekładach Izabeli Czermakowej). Z takim samym zapałem czytywałem amerykańskie powieści o nowoczesnym mieście i jego mieszkańcach autorstwa Lewisa, Dreisera i Dos Passosa, które, myślę, stały się podnietą dla przedstawienia przez Döblina ekscytującego życia niemieckiej stolicy w bardzo dla niej dramatycznym okresie historycznym. Alfred Döblin urodził się w 1878 roku w żydowskiej rodzinie kupieckiej w Szczecinie. Jego bestsellerowa powieść ukazała się w 1929 roku. Autor znał i cenił Ulissesa Jamesa Joyce’a, którego bohaterem było miasto Dublin. Szybko zwrócono uwagę na pokrewieństwa pomiędzy tymi wspaniałymi utworami. W tym samym roku w Niemczech ukazały się ponadto: Na Zachodzie bez zmian Ericha Marii Remarque’a oraz Opera za trzy grosze Bertolta Brechta. Rok 1929 przeszedł do historii jako początek epokowych zmian na świecie.
Dzielnica Alexanderplatz po I wojnie światowej charakteryzowała się z jednej strony nowoczesną zabudową (kina, sklepy, kamienice), a z drugiej — zaniedbanymi i biednymi ulicami, które mieściły się pomiędzy takimi wielkomiejskimi arteriami jak Frankfurter Allee i Landsberger Allee, które biegły na wschód (obie te ulice zachowały i teraz swoje nazwy, ale jakby zaczynają się trochę dalej — sporo było przeróbek, robót drogowych, no i zniszczeń wojennych): tę pierwszą po wojnie nazwano Stalinallee. W latach 50. zaczęto ją odbudowywać jako pierwszą socjalistyczną w pełni ulicę Berlina i do dzisiaj przypomina swym neoklasycyzmem, urozmaiconym typowymi dla epoki detalami, tamtą proletariacką epokę; w moich oczach to warszawski MDM. W kilkupiętrowych, potężnych kamienicach pomieszczono w pełni wyekwipowane mieszkania (z łazienkami, ubikacjami, centralnym ogrzewaniem). Na dole sklepy. We wschodnim Berlinie łatwiej było niż w zachodniej jego części wytyczać nowe ulice na powojennych gruzowiskach, ponieważ samo państwo było jedynym władcą wywłaszczonego z kapitalistycznych właścicieli miasta. Przyglądam się planowi Berlina i widzę, że dzisiejsza Frankfurter Allee zaczyna się nie od Alexanderplatz (ale czy zaczynała?), ale od tej monumentalnej Karl-Marx-Allee (która na jakiś czas zastąpiła na całej swojej długości Stalinallee; widocznie za czasów komunistów podzielono tę magistralę). W moim przewodniku z 1861 roku Grosse Frankfurter Strasse dociera do Alexanderplatz krótką ulicą Kaiserstrasse. Natomiast Landsberger Strasse, która też obecnie nie ma styczności z tym placem, wybiega z niego bezpośrednio w kierunku wschodnim. Berlin nie tylko w tym miejscu zmieniał się wielokrotnie, ale najpoważniejsze zmiany wynikły w okresie budowy metra i kolejki miejskiej na początku XX stulecia oraz w wyniku wojennych zniszczeń, powojennych robót budowlanych na niesłychaną skalę. Po zjednoczeniu w 1990 roku nadszedł trzeci okres wielkich urbanistycznych zmian.
Oto roku 1928 ciąg dalszy: „Rrum, rrum, na Alexanderplatz przed Aschingeren szaleje parowy kafar. Kafar sięga pierwszego piętra i wbija w ziemię szyny jak piórka (…). Obłożono wszystko deskami. Przed Tietzem stała Berolina z wyciągniętą ręką, kolosalna baba, ale ją usunęli. Może przetopią na medale. Uwijają się nad ziemią jak pszczoły. Setki ludzi krząta się i pracuje dniem i nocą. (…). Po drugiej stronie jezdni wszystko burzą, burzą domy wzdłuż kolei miejskiej, skąd biorą pieniądze, miasto Berlin jest bogate, płacimy przecież podatki. Zburzono Loesera i Wolffa z mozaikowym szyldem, ale o dwadzieścia metrów dalej mają oni już nowy sklep, a przed dworcem jeszcze jeden. (…). Ze wschodu: Weissensee, Lichtenberg, Friedrichshain, Frankfurter Allee — żółte tramwaje pędzą na plac przez Landsbergerstrasse. 65 jedzie od Rzeźni Głównej przez Grosser Ring, Weddingplatz, Luisenplatz. 76 jedzie z Hundekehle przez Hubertus Allee. Na rogu Landsbergerstrasse dawny dom towarowy „Friedrich Hahn” wyprzedali i opróżnili, posłali w diabły. (…). Tak upadł Rzym, Babilon, Niniwa, Hannibal, Cezar, wszystko przemija, pamiętajcie o tym”.
Fritz Biberkopf, ciężko doświadczony przez życie bohater Berlin Alexanderplatz, włóczył się po tej dzielnicy, w której mieszkali drobnomieszczanie, lumpenproletariat, Żydzi (z ulicy Scheunenviertel — uciekinierzy przed rosyjskimi i ukraińskimi pogromami z początku stulecia, pogardzani jako Ost-Juden przez zasymilowanych, należących do wyższej oraz średniej klasy niemieckich Żydów), prostytutki. To właśnie Żyd Nachum pomógł naszemu bohaterowi po wyjściu z więzienia, kiedy ten błąkał się po ulicach i na podwórzu jednej z kamienic zaczął śpiewać „Wacht am Rhein”. Biberkopf, były żołnierz z czasów wojny 1914-1918, który osobiście nie „ma nic przeciwko Żydom, ale jest zwolennikiem porządku” (główna akcja dzieje się pod koniec 1927 roku i w 1928 roku, w roku gospodarczej prosperity tuż przed ogólnoświatowym kryzysem), postanawia sprzedawać dla zarobku nazistowską gazetę „Völkischer Beobachter”, co doprowadza do konfliktu w knajpie z lewicowo nastawionymi robotnikami. Jego dewizą po opuszczeniu więzienia w Tegel, gdzie znalazł się z powodu zamordowania kochanki, było przekonanie, że musi teraz „być porządnym i troszczyć się o siebie”, co nie uchroniło go przed dalszymi kłopotami natury kryminalnej.
Alfred Döblin, jak na przykład Louis-Ferdinand Céline, należy do tych wielkich pisarzy, którzy zawodowo uprawiali zawód lekarza (ten pierwszy psychiatry). Znał więc z codziennej autopsji mieszkańców dzielnicy rozciągającej się wokół Alexanderplatz. Zaowocowało to nie tylko opisem życia ludzi z dołów społecznych, ale nowoczesnym sposobem opowiadania o życiu nowoczesnego miasta z montażem informacji statystycznych, bieżących, o stanie gospodarki, wyglądzie i infrastrukturze miasta, zachowaniach ludzi, a nawet pogodzie.
Dodać do tego trzeba strumień świadomości głównej postaci, komentarze i sentencje odautorskie. Kolorytu dodawała też powieści gwara berlińska zgodnie z dewizą jednego z wielu pomniejszych bohaterów: „Nie jestem Grekiem, jestem berlińczykiem”. Intencją autora było mitotwórcze uobecnienie losu zwykłego bohatera w ramach nowoczesnej cywilizacji, symbolizowanej przez rozpętane ciemne moce Miasta, przywołanie i degradacja mitu starożytnego bohatera pozbawionego patosu, wzniosłości, tragedii, a więc i katharsis, w postaci zwykłego rzezimieszka. Tu szaleństwo, zło, ludzki błąd, przemoc są wkomponowane w rozpętaną strukturę społecznego i politycznego, a nie metafizycznego, świata.
„Franciszek Biberkopf, dawniej cemenciarz, potem robotnik transportu mebli i tak dalej, a obecnie sprzedawca gazet, waży prawie dwa cetnary. (…). Czyżby prześladowały go wyrzuty sumienia z dawnych czasów: Ida i tak dalej, zmory nocne, niespokojne sny, męki, Erynie z epoki naszych prababek? Nic podobnego. Proszę zważyć zmienioną sytuację. Zbrodniarz Orestes, swego czasu wyklęty przez Boga przy ołtarzu (…). Ścigają go wiedźmy z wężami, psy bez kagańców (…). Franka Biberkopfa nie ścigają Erynie. Powiedzmy mu śmiało: smacznego (…), sprzedawca gazet Franek Biberkopf z północnowschodniego Berlina przy końcu 1927 roku różni się od słynnego, starożytnego Orestesa. W czyjej skórze wolałbyś zatem tkwić, bratku?”. Ale Biberkopf, który ujawnia nadwrażliwość niegodną lumpenproletariusza, wadzi się ze sobą, z Bogiem, z losem, może jest kolejnym wcieleniem Hioba? Obojętny los jest silniejszy i powali go jeszcze nie raz. Czy ta powieść jest nowoczesną reinterpretacją odwiecznych mitów? Przełożeniem ich na dwudziestowieczny miejski rytm i nowoczesny (bez)sens? Miasto jako Kosmos, jako labirynt uczyniony z mrocznej, ludzkiej Podświadomości?
Drobiazgowe opisy mieszkańców poszczególnych domów, przebiegu linii tramwajowych, ulic, dzielnic tworzą sugestywną dokumentację aglomeracji w ruchu, w życiu, w napięciu. Życie rodzi się, dojrzewa, umiera. Trzeba się o nie bić. Biologia, maszyneria, cykliczny czas. Eros i Tanatos Miasta. Rzeźnia! Rzeźnia! Sugestywny i wstrząsający obraz rzeźni miejskiej powraca i powróci przy scenie morderstwa Mani, dziewczyny Franka, przez Reinholda, jego kumpla i zarazem wroga. „Świnie, bydło i cielęta zarzyna się. Nie ma powodu się nimi zajmować. A gdzie my jesteśmy? My!”.
Spazieren in Berlin ciąg dalszy. Kazik-łazik. Widzę betonową przestrzeń, penisową wieżę, rzeźbę-fontannę, kolosalne poenerdowskie aleje z olbrzymimi, socjalistycznymi kamienicami z betonu. Biurowce, mrówkowce, jakże dobrze znane z naszej rzeczywistości; mieszkania w nich podobno teraz modne: Ossis uciekli, wali modna młodzież Wessi. Tramwaje pozostały. Tędy wielokroć szedłem zaniedbaną Otto Braunstrasse na ulicę Friedenstrasse, do pastorów-przyjaciół E. i J. Goertzów, którzy po upadku muru przeprowadzili się tu z Naumburga. Zszokowany zapuszczeniem chodników, torowisk, bloków, to była ta NRD-owska okolica miasta, która czekała na swoją kolejkę do odnowy tyle lat po zjednoczeniu. Okropny tunel pod Karl Marx Alle pozostał. Ileż włożono tu pieniędzy, a nie starczyło na wszystko! Cofam się Karl Liebknechtstrasse aż pod pomnik Marksa i Engelsa. Jeden stoi, drugi siedzi. Japonki pstrykają zdjęcia. I nikt tych dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą panów nie chce wysadzać ani przenosić do muzeum czy na cmentarz. Moi przyjaciele nie mogli w NRD studiować, chyba że teologię, więc jako dzieci pastorów zostali pastorami. Odwiedziłem ich po raz pierwszy w 1981 roku i zdumiałem się, że w NRD są środowiska, w których o niemieckiej winie rozprawia się otwarcie (po chrześcijańsku), jeździ się do Polski ramach akcji pokuty.
Angela Merkel, z domu Kasner, obecna pani kanclerz, również pochodzi z domu pastorskiego. Jej ojciec Horst Kasner jako pastor miał poglądy lewicowe, socjalistyczne i popierał oficjalny Kościół ewangelicki nadzorowany przez autorytarne państwo wschodnioniemieckie. Córka, w odróżnieniu od podobnych jej dzieci z tego poddanego inwigilacji środowiska, należała do czerwonych pionierów, co umożliwiło jej pójście na studia techniczne (i wstąpienie do młodzieżówki komunistycznej FDJ, Freie Deutsche Jugend). Okres ten raczej przemilcza w wyznaniach autobiograficznych. Czekała ją nieprawdopodobna kariera po upadku muru berlińskiego. Po wojnie w NRD, w szeregach partii, milicji, sądownictwa, podobnie jak i w zachodnich Niemczech, znalazło się tysiące aktywistów NSDAP, „zdolnych do służby i poszanowania państwa bez względu na jego orientację polityczną”. Angela Merkel wywodziła się z lewicowej pastorskiej rodziny, a w życiu kierowała i kieruje się pragmatyzmem. I chyba wygrała na tym.
Powrót przez prawie całe miasto autobusem M48 przez ładną dzielnicę Steglitz. Wysiadka na Potsdamer Chaussee. Grubasek widziany w przelocie: w sandałkach, krótkich spodenkach, koszulce. Wędrówka trochę na ślepo wzdłuż sosnowego parku i kolejnej imponującej willowej dzielnicy. Złapałem autobus 112. W nim dwie pretensjonalnie w skóry i kolorowe fatałaszki ubrane Rosjanki: matka z córką. Na stacji Nikolasse przesiadłem się na kolejkę do Wannsee. Jak to miasto jest urozmaicone architektonicznie i urbanistycznie! Postmodernizm, modernizm, historycyzm, socjalizm, kapitalizm, parki, skwery, kanały, lasy, jeziora, lotniska, stadiony, enklawy narodowościowe, cały odrębny świat. Ale i często pruskość, którą znam z reprezentacyjnych gmachów w Olsztynie (rejencja) lub Poznaniu (np. zamek Wilhelma II). Masywność, patetyczność, wzniosłość, co ma powalać na kolana i głosić potęgę. To nie Bizancjum lecz germański Egipt. Patrz egipskie, monumentalne plany Hitlera przekształcenia Berlina w stolicę cywilizacyjnego świata panów. Welthauptstadt Germania (stolica świata Germania) i jej autor naczelny architekt III Rzeszy, Albert Speer. Bombardowania aliantów zniszczyły zabytkową substancję miasta. Pozostawiły wyspy z minionych epok. Ale duch Prus pozostał, a może i powróci wzmocniony, przecież planowana jest odbudowa zamku. Przeniesienie do Berlina stolicy zjednoczonych Niemiec już wpływa na kierunek niemieckiej polityki wewnętrznej oraz zagranicznej. Przeinterpretowanie dziejów Prus w kierunku wyróżnienia ich pozytywnych aspektów przyczyni się do podjęcia rewizji historii ogólnoeuropejskiej.
Już u siebie zaglądam do International Herald Tribune: „Wykształceni Niemcy emigrują za pracą i lepszymi zarobkami. Po raz pierwszy w 2005 roku więcej Niemców emigrowało niż powróciło (144 880 na 128 100). Do USA udało się 13 569, do Szwajcarii 14 400, do Austrii 9314, do Polski (9229!), Wielkiej Brytanii (9012), pozostali (3000) do innych krajów zachodnioeuropejskich oraz Kanady”.
cdn.
Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved