WOJCIECH JUZYSZYN
Jotun-man
Nusheh smarował cięciwę pszczelim woskiem, aby nadać jej żywotność, a czynił to z czcią, ponieważ nie odnajdywał w życiu nadobniejszego interesu nad swój wierny łuk. Kamratowali mu Jowaz i Kemen, bracia serca od kołyski, obecnie zasłuchani w ciszę wszędobylskiej nocy przetykaną pohukiwaniem sowy.
Ognisko prażyło wyczekujące twarze trzech mężczyzn. Jasność ognia niezbicie przyciągnie w końcu Skehl’wrah, który urządził sobie pieczarę tutaj, w głębi iglastego lasu, ponoć w samym sercu Miękkich Stawów.
Jowaz przytulał się trwożnie do włóczni, to dopiero jego trzecie starcie z jakąkolwiek bestią. Kemen siedział na tarczy rozwalony jak w fotelu i dłubał wykałaczką w zębach. To dopiero jego pierwsze starcie, jednak lekkoduchostwo wyssał z cyca matki.
— Ile byś nie tarł tej cięciwy i tak zginiesz dzisiaj, Nusheh, czuję to w kościach — rzucił zaczepnie Kemen.
Zawsze prztykało się tych dwóch, ich relacja polegała na dorzucaniu do zgliszcz ich braterstwa. Zrodzeni z jednej matki, choć zupełnie inni, a jednak parowi, choć parowo indywidualni.
— A mianowicie czuję to w szkliwie, wiesz? To aż przechodzi na wykałaczkę. To, że umrzesz dziś.
— Mhm… — burknął Nusheh. Skrupulatnie pielęgnował cięciwę dalej. — W jaki sposób niby przechodzi?
— Panowie — Jowaz miauknął. — Dosyć tej czczej paplaniny. Nasłuchujcie lepiej Skehl’wrah, bo pomrzemy tu wszyscy jak guźce na uboju.
Cisza, trzask ognia. Hukanie sowy w niebezpiecznym lesie brzmiało jak fujara szatana wyczekującego martwych, by zlepić ich dusze w rurkę i doczepić do fletu.
— Kto by pomyślał, tak długo wyczekiwane Przymierze i takie komplikacje. — Kemen rzucił miłym głosem w przestrzeń, aby pojednać się z bratem.
— Ano. — Brat przyjął rękę wyciągniętą na zgodę.
Jowaz zasępił się. Sprawa była świeża, nie minął nawet rok od Przymierza, pozostało jeszcze multum Skehl’wrah do wybicia. Podpisanie Przymierza odbyło się na Srebrnej Grani, w kolosalnej, wielokondygnacyjnej stolicy olbrzymów.
Na najwyższej kondygnacji, na rozległej połaci skały, marmuru i lodu, w środku śnieżnej zawieruchy ludzie zakończyli odwieczny konflikt z olbrzymami. Władcy imperium oraz władcy skał wykuli pakt przymierza w runicznym głazie przyjaźni. Tłumy podziwiały, jak każdy z władców obu nacji wykuwa dłutem podpis serca na potężnym głazie. Spowity mieniącymi się tęczowo runami pomrukiwał jak medytujący olbrzym i zwiększał siłę ciążenia, gnąc karki zgromadzonych i pochylając ich głowy.
Później niemal przez dwa księżyce balowano i ucztowano, olbrzymy jednały się z ludźmi w piciu i tańcach, na każdej z kondygnacji osadzonej na i spływającej po Srebrnej Grani.
— Ja myślę… — zaczął Kemen. — Że Przymierze to można o kant dupy rozbić.
Znudził się wykałaczką, wyrzucił ją, splótł dłonie za karkiem i osunął się wygodniej w głębokiej tarczy. Patrzył na rozgwieżdżone niebo przez trupie palce gałęzi.
— Konflikt trwał od zawsze, zobaczycie, że olbrzymom znudzi się spokój, tak jak mi się znudziła wykałaczka i znów karmić nas zaczną pożogą. One coś szykują, gdybym był władcą, wtoczyłbym więcej balist na wieże, ale nie jestem i nie będę. — Pyrknął w nieokreślony sposób ustami.
Jowazowi zaświeciły się oczy w blasku ognia. Spodobało mu się, jak kamrat zrównał Przymierze z olbrzymami do marnej wykałaczki. Doceniał w nim tę nutę poety, jednak nie wyrzekł tego na głos. Już zbyt wiele razy prali się po mordach po tego typu spostrzeżeniach.
— Jesteś głupcem, Kemen — ozwał się spokojnie Nusheh znad cięciwy. — I prostakiem, ale to już przy okazji. Olbrzymy nie mogą złamać paktu, który wykuty został na ich świętym głazie.
— A skąd mam wiedzieć, że był święty? Mnie tam nawet nie było. Zaprosić mnie nie łaska, za wysokie progi dla byle Monstrożercy.
— Musiał być święty, nasi władcy przy tym byli, im w kaszę dmuchać ni hu, hu. Jeśli taki pakt zostałby złamany, Bogowie Gór zrównaliby z ziemią całą Srebrną Grań, a później zabraliby się za pozostałe miasta olbrzymów.
Zawiało chłodem, Jowaz wzdrygnął się.
— Może tak by było lepiej. — Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w słowach Kemena skrywało się wiele roztropności.
Przecie już nawet podczas Uroczystości Przymierza zaczęła się nielicha draka. Część olbrzymów zbuntowała się i przypuściła szturm na stolicę. Zbuntowane kolosy zostały ujarzmione i ukarane śmiercią, uciekinierów również pochwycono i zaszlachtowano. Każdy jednak z nich w pogotowiu niósł niecną miksturę od wiedźm z lasu.
I każdy, kto zdołał upić jej przed śmiercią, przemieniał się w dzikie, osobliwe zombie. Po zgonie odrywała mu się od reszty ciała głowa, zieleniała, brzydła, gniła i parchaciała. Ponadto nabywała zdolności latania, a także niepojętej tężyzny, agresji i żądzy zniszczenia i mordu. Tak oto buntownicy chcieli uprzykrzyć ludziom żywot po raz ostatni.
Nie napadały na miasta, nie potrafiły się organizować. Atakowały podróżnych w lasach, na równinach i pustkowiach. Ludzie nazwali je Skehl’wrah — Widmowymi Czaszkami — i do dziś dzień sprzątali ten szajs.
Na jednego z nich zasadzili się dziś Nusheh, Jowaz i Kemen.
— Myślicie, że damy mu radę? — Nusheh odłożył łuk, co było godne zauważenia. — Kumpel mi mówił, że i w tuzin chłopa niezłą mieli zadymę.
— Pewnie nie byli Monstrożercami.
— Jacy tam z nas Monstrożercy, połowy szkolenia nawet nie mamy.
— Kto ci mówił o tej zadymie?
— Arahiris.
— Daj spokój, on co słowo to bajdurzy. Akademia nie słałaby nas we trzech, gdyby to było za mało.
— Hm, mogli się pomylić w papierkach i pomieszać ekipy. — Jowaz zasępił się. Zasępił się jeszcze mocniej i zwerbalizował swe wątpliwości: — Myślicie, że te odcięte łby dalej to potrafią? Niby mówią, ale do naszego miasteczka informacja wszak nie dopływa. Myślicie, że nawet taki półmartwy olbrzym potrafi roztaczać iluzję? Bo jeśli tak, to czapa.
Fujara szatana parę razy huknęła. Czy to sów przybyło? Może to te mroczne. Czy wygłodniałe i zbiedzone przybyły tu z cmentarza, bo trupa wyczuły?
— Słuchajcie, nie frasujmy się na zapas — zapodał żywo Kemen. — Co powiecie, by po akcji wybrać się do stolicy i wydać zarobioną mamonę u Jotun-mana?
— Och, nie pomyślałem o tym! — Jowaz pokraśniał. — Wyborny pomysł! Za taką sumkę starczy nam z nawiązką! Ustalone! Ubijamy pierdoloną czachę i hajda we trójkę do Jotun-mana!
— We dwójkę. — Kemen uniósł dwa palce. — Nusheh przecież dzisiaj umrze.
Brat Kemena nie słuchał już, bowiem zatracił się w pieszczeniu cięciwy, pochylał się nad nią jak nad puklem kochanki.
— Skończ już, nikt nie umrze. — Jowaz nie lubił fiksacji. — Nie zachęcaj losu.
Skończyli biadolenie, by nasłuchiwać Skehl’wrah.
— Może by dorzucić do ognia? — rzucił Nusheh. — Coś długo już czekamy.
— A wiesz, że dobra myśl.
Jowaz wziął dupę w troki, z kloca drewna ledwo powstał i gałęzi pęk leżący obok niego chwycił. Przeszedł krok i drugi, nim jednak rzucił chrust, spomiędzy gałęzi wyleciała bestia i wylądowała z łopotem na trawie. Sowa trzymała coś w dziobie i patrzyła głęboko w oczy Jowaza.
— Patrzcie, ona coś ma dla nas.
— Uważaj, to ta z mrocznych.
Pozlepiane i skłębione czarne pióra ptaka sterczały na wszystkie strony, dzikie ufryzowanie na czubku głowy zionęło w górę jak płomień. Czerwone jak krew oczy hipnotyzowały trójkę Monstrożerców. Nie sposób się oprzeć, Nusheh powstał takoż z kloca, Kemen z wklęsłości swej tarczy i jęli pomału we trójkę zbliżać się do stworzenia. To, niepewne, drobiło i z rzadka odskakiwało, lecz dziób z czymś krzywym i błyszczącym bardziej ku nim wyciągało.
Pochyleni i ostrożni stąpali jak po lodzie i szli zapatrzeni w powietrze, ponieważ tak naprawdę nic tam nie stało, a za nimi, zza ognia, wynurzała się wielka, zielona, brodata, pomarszczona głowa. Rozwierała szeroko oślinioną paszczę, w którą bez trudu na raz trzech chapnie. Bez połowy zębów, z przegniłymi oczami, niemal już dotykała ich pleców śliny strąkami.
Fujara szatana! Huknęła jak wicher!
Drgnęli, sowa w mgłę się rozwiała, w ostatnim momencie się obejrzeli. Gęba chapnęła, jakoś uniknęli!
— Cię sunę! — zawył Jowaz z przestrachem.
Padli na plecy, odtoczyli się. Fruwający łeb rzucił się na Kemena, ten z trudem ją przeskoczył — była wielka jak katapulta. Zamortyzował upadek potężnymi udami. Wojownicy dopadli swego oręża.
Kemen zamarł schowany za tarczą i z mieczem w grabie, nie wiedząc, co czynić. Jowaz stanął obok niego z wyciągniętą włócznią.
— Bracie, ogień w sercu! — krzyknął dziarsko.
Nusheh skitrał się za nimi. Jego ramiona subtelnie falowały, dłonie tańczyły w powietrzu, gdy nakładał strzałę i naciągał cięciwę. Palce muskały pióra lotki delikatnie, jakby pieściły grzywkę lubej. Na moment przed strzałem zamknął oczy o długich rzęsach, a następnie uniósł powieki.
— Poznaj, Bestio Mroku, jak dotkliwie kąsać może moja kochanka — wyszeptał z uczuciem i puścił strzałę.
Grot wbił się w brzydki policzek Skehl’wrah. Potwór charknął, wzdrygnął się, ale wrażenia na nim to nie zrobiło. Nieco tylko się zdumiał.
— Trzymać szyk, panowie! — Jowaz zarekomendował. — Celuj w oczy, Nusheh! Skup się!
Nusheh uśmiechnął się pod noskiem.
— A więc ta noc, to nie będzie tylko gratka na jeden strzał.
— Jezu, bracie, nie pitol, tylko strzelaj w to gówno! — wypluł z siebie Kemen.
Głowa frunęła na nich, rozdziawiając mordę. Nusheh trafił w oko. Olbrzym-zombie zwolnił, strzała wbiła się w idealnym momencie, aby Jowaz dźgnął w drugie oko zza tarczy Kemena.
Potwór ruszył ponownie, nacierał tak czy owak, Kemen skumulował potęgę i ochronił kompanów tarczą. Ta spękała na całej powierzchni, wojownik zdążył ciachnąć mieczem i naciąć nos. Z rany rzygnęło błotnistymi glutami. Szarża bestii, nawet z tak bliska, rozbiła ich na boki jak cynowe żołnierzyki.
Kemen nie wierzył w to, jego wielka tężyzna, jeszcze przed momentem cała, rozpierzchła się jakby w przestrzeń. Był tak mocarny, silny jak tamci dwoje i jeszcze ociupinę, ale brak bitewnego obycia skradał moc i odwagę. Teraz jednak, potrącony przez brzydki łeb, poczuł, jak w sercu ogni mu się zew lwa.
Wspiął się prędko na drzewo, gdy Jowaz dźgał głowę włócznią, odpierając jej chwiejne ataki. Schroniony za nim Nusheh ponownie załadował łuk, tym razem dwiema strzałami.
— Jeśli jedno serce tej nocy to za mało, co powiesz na chętne ciebie dwa?
Wypuścił pociski, trafiając w oba oczy, bestia tylko niezłomnie napierała.
Kemen skoczył z drzewa, celując mieczem na sztorc w dół. Mlask! Wbił się w czubek tej ohydy całym impetem upadku, zanurzając ostrze po rękojeść. Głowa majtnęła się, spadł z niej, tracąc miecz. Opadła na glebę, rzężąc. Dyszała ciężko i zamarła.
— Poskromiony! — Kemen wstał i wypiął pierś.
— Dobić kutasiarza! — Jowaz ruszył z włócznią.
Łeb ożył, zawirował jak tornado chaosu i staranował ich. Tak nimi zakręciło, że również Nusheh i Jowaz potracili oręż. Przelecieli nad ogniskiem i rąbnęli w drzewa. Ledwo widząc, powstawali, ale wciąż zsuwali się po swoich pniakach. A głowa sunęła ku nim i żywiła się ich słabością. Z mlaskiem rozwarła paszczę, jej długi owalny cień, stworzony przez roztrzęsiony ogień, przerzedzał trawę. Gnuśny oddech zbliżał się i mroczył zmysły.
Wnet rozbrzmiała melodia, jakby stado sów zebrało się w chór. Głowa zatrzymała się i obróciła w bok. Szedł ku niej po trawie ktoś nadludzko wysoki i smukły, cały w czarnej szacie i kapturze, odzienie zasłaniało nogi i stopy, rozpełzając się po glebie. Dzierżył w dłoniach fletnię Pana i wygrywał sowią melodię.
Oderwał ją od ust, gdy stanął przed Skehl’wrah. Wyciągnął dłoń, przypominała ptasie pazury. Monstrożercom obraz rozmywał się i dwoił, nie widzieli istoty wyraźnie. Zakapturzony oparł dwa pazury o policzek zastygłej bestii, ledwo musnął, stali tak złączeni przez moment, a ta zaraz runęła martwo na ziemię.
Przybysz obrócił się ku wojakom i wsunął fletnię w ciemny obszar kaptura, skłonił lekko głowę. Wygrywał im niską, niepokojącą melodię, gdy ci osuwali się, osuwali, aż w końcu zatonęli w ciemnym gąszczu niepamięci.
Gdy się ocknęli nad ranem, okazało się, że Skehl’wrah leżał bez życia. Powiązali go przygotowanymi sznurami i przytachali jakoś przez las i pola do miasteczka. To wywołało niemałe poruszenie w Melinie Monstrożerców.
— Laboga. Pokonaliście go we trójkę? Normalnie posyłamy dziesięciu wojowników, przy dobrych lotach oczywiście.
— No, ba. — Wypięli dziarsko piersi.
Rzeczywiście okazało się, że urzędnik pomieszał w papierach. Nusheh, Jowaz i Kemen mieli tej nocy mierzyć się nad morzem z Gnusieńcem. No cóż, zdarza się. Dostali za to większe wynagrodzenie, o dziesięć procent miało być, ale wytargowali piętnaście.
Wypoczęli w karczmie, co rusz żartowali, jak to w lesie ocaliła ich „fujara szatana”, i przespali nockę, a kolejnego dnia wyprawili się do stolicy zaszaleć. Po trzech dniach podróży oddali tam konie do stajni i spędzili kolejną noc w luksusowej karczmie. Jutro wieczorem udadzą się wreszcie do Jotun-mana.
Siedziba Jotun-mana znajdowała się w klimatycznym zakątku miasta pełnego drzew i latarni. Stała jako jedna z drewnianych chat w ciasnym ich rzędzie, światło latarni wydobywało jej skrawki spod kurtyny wieczoru. Sięgała jednak znacznie wyżej niż inne i rozłożysta była jak skrzydła oraz obwieszona kamieniami szlachetnymi, skałami i minerałami każdej barwy. Według Nusheha strzelisty budynek z ciemnego drewna był jak spieczony paluch serowy nabity wielokolorowymi galaretkami.
Monstrożercy skinęli głowami starcom siedzącym jak zawsze na ławeczce przed budynkiem. Dwóch mężczyzn pozdrowiło ich, unosząc pękaty gąsior z winem. Jowaz zakołatał w drzwi i te samoistnie się otwarły.
Dostali się do przytulnego przedsionka obwieszonego ziołami i amuletami. Przy ladzie dla gości obsłużył ich Jotun-man, wielki olbrzym z gór, który po Przymierzu osiadł tu w dostosowanej do swojej masy siedzibie i świadczył ludziom usługi iluzji.
Przystrojony był dziś w żółtą pelerynę i mechaty kubrak w barwie wilka. Z szyi zwisał mu wisior z kłami Skalnego Serpienta. Skołtunione, wilcze włosie otaczało jego czerep, a spod opadniętych powiek mroziły lodowe oczy. Wargi miał szorstkie i grube jak konary drzew. Ponoć przed Przymierzem Jotun-man był jednym z generałów gór, teraz prowadził biznes dla ludzi.
Jowaz dał grosz Jotun-manowi, a właściwie tłusty, pobrzękujący nimi mieszek i olbrzym przyjął ich w gościnę. Oni udali się schodami przeznaczonymi dla ludzi na drugie piętro, a Jotun-man wjechał magiczną windą dla gigantów, bo na schodach się nie mieścił (nie chodziło o dietę).
Chodzili tylko do niego, gardzili plebejskimi iluzjami olbrzymów-przybłędów, którzy rozstawiali się w namiotach po lasach albo w skapcaniałych chatach na obrzeżach miast, lub tamtejszych olbrzymich bab w wozach, które zamiast wróżyć z kul, hipnotyzowały nimi i zsyłały na klienta obrazy. Jotun-man tworzył profesjonalne iluzje, w które wsiąkało się jak w smołę.
Na drugim piętrze olbrzym wskazał im wolne pokoje, w których spędzą kolejne trzy godziny, które opłacili. Kiedy trójka mężczyzn rozeszła się i zamknęła za sobą drzwi, Jotun-man splótł dłonie za plecami i wyjrzał przez okno na dziki świat za miastem. W złożonych lodowych oczach kruszyły się i pękały osobliwe konstrukcje i bańki, jakby trwała tam wieczna apokalipsa. Spomiędzy powiek jaśniało błękitnym blaskiem spokoju.
Kemen, Nusheh i Jowaz rozsiedli się w swoich pokojach na wygodnych skośnych legowiskach wysłanych futrami. Zatracali się w oparach kadzideł wypełniających ciasne pokoiki obwieszone amuletami z runami potęgującymi iluzję.
Odprężyli się chwilę, po czym rury w kształcie wilczych węży sterczące u góry ścian zaczęły pluć białymi oparami mieniącymi się tęczowymi drobinami. Opary przyjaznych zwidów. Obserwowali z fascynacją ich ekspansję, sam widok zmiękczał mózgi do postaci malinowego budyniu. Opary zbliżyły się i przywarły do ciał.
Mrugali coraz wolniej, aż poddali się rozpadowi umysłu.
Jowaz z twarzą naznaczoną bliznami brał udział w wystawnym bankiecie. Jeszcze nie tak dawno stał na podwyższeniu w honorowym gabinecie Monstrożerców, gdzie Król złożył pocałunek na czubku jego głowy w geście najwyższego szacunku oraz wręczył mu Oręż Rangi Ostatecznej. Jowaz po wielu przygodach wreszcie dotarł tu, gdzie pragnął, na szczyt hierarchii Monstrożerców, a teraz przed nim cała noc świętowania. W sercu jednak skrzyło się inne szczęście, wiedział bowiem, że gdy ta noc minie, wszystko wróci do codziennego porządku i kolejnej nocy jak zawsze spotkają się z Kemenem w parku, by patrzeć w gwiazdy i pisać wiersze i piosenki, które potem recytować i śpiewać będą nadobnym damom w karczmach przy ogniu. Kto by pomyślał, że Kemen w końcu przekona się do poezji i staną się braćmi zupełnie innej maści.
Nusheh kochał się z tuzinem pannic w luksusowym domu rozpusty. Tylko trzy z nich leżały na nim, zaś reszta tuliła się i pieściła jego piękny łuk. Wodziły dłońmi po nieskazitelnym drewnie, drażniły palcami wspaniałą cięciwę, lizały groty strzał, a kołczan wkładały między rozpalone piersi. Nusheh patrzył na to zauroczony, gdy pozostałe trzy panny zajmowały się nim należycie. Czy to możliwe? Czy naprawdę ktoś był w stanie umiłować jego łuk tak, jak i on go umiłował? A jednak… to się działo naprawdę. Trach! Stado zbłąkanych sów wybiło okno i wpadło do zmysłowej komnaty zasnutej purpurową mgiełką. Sowy szamotały się na podłożu, obijały o ściany, bogowie, co za klimat, zimny zefir wpadał do pomieszczenia, rozsiewając zapach mrozu. Mężczyzna doszedł. A one dalej tuliły się do łuku, niepomne na nic, ani na ziąb, ani na wściekłe dzioby, patrzyły głęboko w oczy łucznika i pieściły ten łuk, pieściły bez pamięci.
Kemen zadał dziś glebie ostatni cios. Spulchnił dziś glebę niepomiernie i natyrał się jak wół. Wyprostował się więc, otarł czoło i wsparł motykę o wprawiony bark. Objął wzrokiem poletko ziemi, może niewielkie, ale jego poletko ziemi. Zawrócił do domu, gdzie czekała na niego zacna kobita i domowy ogień. To już ponad dekada, odkąd zabił ostatniego potwora. Nigdy by nie przypuszczał, że przypadnie mu zaszczyt użyźniania gleby, pielęgnowania roli. Nigdy by też nie przypuszczał, że skończą waśnić się z Nushehem, prztykać o byle co i zapanuje między nimi pełna braterska miłość. Kemen musiał teraz oderwać się od roli, wrócić do chałupy i wziąć ożywczą kąpiel. Brat wpadał z małżonką z wizytą, cały wieczór planują grać w szarady oraz plansze literowe i spijać rumianek, dzban za dzbanem. Doprawdy, życie potrafi być zaskakujące. Doprawdy, życie potrafi być piękne.
To nie mogło być życie, było jaskrawsze niż życie i choć tlił się z tyłu każdej z ich czaszek lęk, że to tylko sen, mara lub iluzja, to jednak wiedzieli, że było to właśnie życie.
Pociemniało już, z okien siedziby Jotun-mana wypadał nęcący blask. Sowa hukała osadzona na którymś z drzew. Poszatkowany gałęziami księżyc, wbity w taflę nieba, rozsiewał blade światło.
Staruszkowie dalej tu siedzieli na leciwej ławce i obalali piąty gąsior. Wygrali rano w kości, a po południu w karty, więc wieczorkiem poszaleli. Pili tu dzień w dzień i gaworzyli o byle czym już od dawien dawna, na długo nawet przed tym, zanim Jotun-man przerobił opuszczoną ruderę na przybytek iluzji.
Starzec po lewej wziął solidny łyk z gąsiora i oddał koledze. Barwa świateł z okien przybrała złotawy odcień.
— Ależ teraz złota era, nie to co kiedyś, za brzdąca. — Wzięły go szpony sentymentu. — Przecie to moja matka bać się musiała, że mnie z podwórka olbrzymy porwą! Taka wtedy była nagonka na ludzi.
— To był chyba jeden najcięższych okresów. Nasze dziecięctwo — wyrzekł w odpowiedzi drugi i uraczył się równie solidnym łykiem. — Olbrzymy opętała wtedy jakaś kurwica.
— A teraz patrz, jakie potulne. Raczą nas przyjaznymi iluzjami, usługują nam za pieniądz. Jotun-man, ten to ma najpotężniejsze.
Starzec po prawej tym razem nie odparł nic. Paląc fajkę, wypuścił tylko parę kółek z dymu. Nie zdążyli powrócić do pogawędki, ponieważ ujrzeli daleko na wieczornym niebie przelot zielonych głów.
— To już chyba piąty raz, a wchodzimy dopiero w trzecią kwartę miesiąca.
Cały sznur głów, które oderwały się z ciał martwych olbrzymów, rozciągał się na horyzoncie jak zorza polarna.
— Nowa partia buntowników, myślę — rzucił i ponownie chuchnął paroma kółkami. — Zlatują od strony gór.
— Tyle tych głów, jak nigdy… Wygląda, jakby mieli jakieś powstanie.
Pobratymcy ubili buntowników, ci jednak zdążyli przed śmiercią napoić się wiedźmowym szkaradzieństwem i odżyć jako Skehl’wrah, Widmowe Czaszki. Zgrupowały się w sznur. W końcu dolecą gdzieś, gdzie wybudzą się z transu i jak wszystkie inne poprzednie rozpierzchną się chaotycznie po krainach.
— Chyba nie ma nic mniej trwałego niż przymierze z olbrzymami, nawet spisane na świętej skale.
Starzec po lewej wziął parę łyczków, celebrując w ciszy widok urokliwej „zorzy”. Drugi świętował, przysysając się trwalej do fajki i z ustnikiem między zębami tworząc kolejne koła z dymu.
Księżyc zdążył wyjść zza gałęzi, gdy starcy ujrzeli koniec sznura zielonych głów kojarzący się z ogonem handlowej karawany na trakcie nieba.
— Mój wnuk kiedyś mocno wchodził w ich iluzje. — Ten pierwszy, po lewej, wrócił do wątku przerwanego przez przelot głów.
— Tak? Miał hajsiwo na to?
— Ano miał. Miał passę, parę razy nieźle ugrał w zakładach i w szachy grał na pieniądz. Jakiś konkurs szarad też wygrał. To potem łaził po lasach i na obrzeża miast do tych bab olbrzymek w wozach i „nawdychał się” iluzji po wsze czasy.
— I co, „przeiluzjonował” wszystko i skończyła się zabawa?
— Właściwie nie. Miał jeszcze spory zapas, gdy przestał. Syn mi opowiadał, że wnuk spotkał w lesie jakiegoś zakapturzonego dziwaka z fujarą, pono miał szpony miast rąk. I grał na tych fletach, półmagicznie jakoby, tak wnuk mówił, i to mu coś w głowie przestawiło. Nie wiem, o co chodziło z tym spotkaniem. Potem parę razy jeszcze brał iluzje, ale rozumował już wtedy, że to nie dla niego i woli życie.
— Masz ci. Ciekawa historia.
— Ano ciekawa.
Ten po prawej wydmuchał serię kółek.
— I dobrze, że przestał. Te iluzje mącą w głowach. Ludzie są przez nie niespokojni, agresywni, rozmemłani. Niektórzy przecież skaczą z mostów albo tracą rozum.
— Myślisz, że to przez te iluzje?
— Wcześniej tyle tego nie było.
— Może i być, racja.
— Być może, tak myślę, wcale to nie jest złota era. Czasem się zastanawiam, czy olbrzymy dalej nas nie sieką, tylko że jeszcze podstępniej, bo sami im za to płacimy. To chyba jedna z ich najbardziej zmyślnych iluzji.
Księżyc zniknął za chmurami, hukanie sowy gdzieś przepadło. Starzec wypuścił rozmyty kłąb dymu.
Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Opowiadania publikował w „eleWatorze” i „Twórczości”. Mieszka w Szczecinie.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved