Skip to content

KAROL SAMSEL

Praktyki. 7

 

niedziela, 27 lipca 2025

Poezja jako dobro wspólne, czytam w związku ze spotkaniem, które Joanna Mueller promuje w Otwartym Jazdowie. Po co wspólne? Niech wspólnota odkryje wartość swojej osobności, zrozumie naturę indywidualności bez kompleków, bo w przeciwnym razie cała solidarność, jaką uzyska, z nich właśnie, z kompleksów, powstanie. Chyba, że chcecie — Państwo, właśnie rzeczpospolitej poezji powstałej z kompleksu Edypa? Lub uniwersalizmu powstałego z kompleksu Edypa? Wierzcie dalej w takie nieporozumienia, jak kresy albo poetyckie dobro wspólne, a wkrótce — zapewniam — przerodzą się w bardzo nieprzyjemne, kliniczne postacie mitu. Ktoś powie, że jestem wrogiem marzycieli, nie, szukam marzeń — takich, w których ktoś zatopi głęboką błyskotliwość, a natykam się na marzycielską butę i tępotę narodów. Ogniem i mieczem? Raczej butą i wtopą? Choć niekiedy — to dionizyjska wtopa: religii i dionizyjska: wtopa literatury. W naturę także wpisana została wtopa, lecz dionizyjska wtopa natury jest częścią pewnego porządku, chociaż należałoby go zapewne nazwać, wręcz, antypierwszym, antyjońskim. Czy orientują się Państwo, tak szeroko — jak myślę — rozeznani w poezji jako dobru wspólnym, w tym, co antypierwsze daje, czy może dawać literaturze albo religii? Nie wiem, wyobrażacie sobie, żeby Biblię zbudowano na tym, co antypierwsze, lub przynajmniej Watykan ustalono właśnie na głębokich, antypierwszych — zasadach? A czy dla mnie jest to duchowa katastrofa — mieć pomimo wszystko aż tyle do powiedzenia w świecie, który otwarcie nie uznaje moich wartości? Nie przesadzajmy tu przynajmniej z katastrofizmem. To tylko głęboka, ale symboliczna klęska utrwalona — w — jak by to powiedzieć — prymusowskim zwycięstwie, w którym, nawiasem mówiąc, jestem Pyrrusem prymusów.

Do dwudziestego piątego roku życia (a więc ćwierć wieku: 1986-2011) kształtowała mnie religia — w 2012 roku współżyłem z mężczyzną po raz pierwszy. Kolejne dwadzieścia pięć lat kształtuje mnie kultura (wygląda na to, że będą to prawdopodobnie lata 2011-2036 — przy założeniu, że dożyję do pięćdziesiątki, co powinno mieć miejsce przy mojej dzisiejszej, większej, trosce o siebie). Można to wszystko podzielić, ale jeszcze inaczej: dwadzieścia pięć lat teologii dogmatycznej, dwadzieścia pięć lat teologii wolności — a to jak przejść między dwoma nieporównywalnymi poziomami udręk, więc na przykład, między chorobami serca a chorobami skóry. Teologia przymusu nie prowadzi wystarczająco głęboko, a więc jeżeli ktoś ją angażuje do „chorób serca”, może wyleczyć jedynie skórę. By sięgnąć chorób serca, a nie chorób skóry, trzeba teologii wolności. Tutaj pojawia się moja literatura, a wełna, sery, piwo na eksport, jak mówi Pasolini w Chlewie, przechodzą do literackiej przeszłości. Myślę, że wizja poezji jako dobra wspólnego jest — właśnie czymś takim, jest równie utopijna jak chmiel — wizja poezji jako dobra wspólnego zatem jest równie głęboka jak wizja piwa na eksport.

Zróbmy przynajmniej dobrze te sery, ażeby dawało się w końcu mówić o polskim postmodernizmie. Albo załóżmy jeszcze coś więcej — że mamy dwie teologie: teologię na eksport i teologię na import, wraz z tymi teologiami obydwu rodzajów mamy także ważny dylemat — czy aby lepiej zrozumieć naturę Boga, teologia na eksport powinna się różnić od teologii na import, czy być identyczna / dążyć do identyczności. Ktoś powie — dylematy, zaprawdę, godne kompleksu prymusa, chętnie odpowiem, że z drugiej strony widzę brak dylematów, godny kompleksu chmielu. Postmodernizm nie jest chmielem, nie sprawia tym samym przyjemności, tzn. że nie jest przyjemnym tekstem do naciskania, wypełniania, spróżniania czy przepełniania. W jego wypadku choroby skóry naprowadzają na choroby serca, bowiem de facto jest sercem w skórze, sercem z dermy, jedne choroby sąsiadują tu z drugimi. Na nic tu nie pomoże prymusowski mistycyzm, ale tym bardziej nie pomoże tu w ogóle piwny liberalizm… Z jednej strony jesteśmy — wiedzą tajemną, z wierzchu będzie tu jednak cała groza kontrastu: na powierzchni rozumiemy dokładnie tyle samo, co zamożni mieszczanie — to trochę tak, jakbyśmy nosili w sobie opozycję oznaczającą, że od Mount Everestu do głębi Challengera dzieli nas czasem ledwie jeden krok. Mijają wręcz — eony, a nadal nie jesteśmy pewni, czy gdzieś żyją jacyś skoczkowie, którzy nie przypłacili tego szaleństwem. Przypominam, że o tym pisze Joan Lindsay i to przedstawia Peter Weir — a jednocześnie zastanawiam się, co stałoby się, gdyby Pasolini nie został nigdy znaleziony martwy i zmasakrowany przez męską prostytutkę, ale… po prostu wyparował, tak jak — cudowne dziewczęta z Hanging Rock. Wystarczyłoby nie widzieć ciała, byśmy traktowali Pasoliniego jak anioła, nie jak diabła — czy to nie groteskowe — ciało zmienia aż tak naszą żelazną logikę, marmurowy rzekomo punkt widzenia? Mogę więc umrzeć ze wzwodem i, nawet, zostać wykastrowany w niejasnych okolicznościach, jednak, jeżeli zadbam o dobre ukrycie ciała, mogę obronić sens swojej kanonizacji przed Kościołem, innymi słowy, bez dowodu zbrodni, bez mojej dermy — Kościół uczyni mnie świętym. A może nawet — biorąc tutaj: pod uwagę Praktyki — nawet doktorem Kościoła.

Wróćmy do 2012 roku, kiedy mnie, wygnańca ze świata religii z wdzięcznością — przyjęła kultura, w której winnicy zacząłem swoją pracę — na postrach ludziom. Myślę, że wszystko, o czym mówię, nie jest wcale związane z bluźnierstwem, przywołuję bojaźń — świętość dawnego pojęcia bojaźni, oczywiście, w moim wydaniu również, jak pięćset lat temu… chodzi o bojaźń Bożą… Przytyłem i można powiedzieć, że nawet ja przed czterdziestką jeszcze — przymierzam swój „mieszczański kostium”. Miałem tyle pięknych masek, czas w końcu założyć ziemniaczaną twarz z wiersza Herberta — ile jeszcze da się w kraju takim jak Polska powiedzieć — z fizys ziemniaczanego Wallenroda? Oczywiście, Polacy będą podkreślać, że słuchać mnie będą do końca… Ale to przecież jasne, że każdy z nich, mając do tego sposobność, wymieni starą, ziemniaczaną twarz na młodą i marmurową. Byłem marmurowy, kiedy zajmowałem się religią, religia zawsze ma piękno, młodość, ministrantów, dzieci wzrastające duchowo od kołyski, seminarzystów, alumnów, księży — religia ma tysiące marmurowych masek, jak uważam, całkowicie niesprawiedliwie, kultura — ma już tylko tysiące masek ziemniaczanych. Mówiąc tutaj Chateaubriandem, jak wielki byłby „geniusz chrześcijaństwa”, gdybyśmy odebrali mu jego urodę? Co byłoby — jeżeliby religia przestała składać ofiary z urody, gdyż ta przestałaby być jej dostępna… Co stałoby się, gdyby ta sama młodość ofiarowała się kulturze — powstałyby na przykład — zakony literackie? Może stalibyśmy się więcej warci niż nasz chmiel i piwo na eksport — właśnie pomyślałem o piwie „Chateaubriand”?

Wyznaję wolną religię. Po to tutaj może jestem najbardziej, bo wyznawanie wolnej miłości i wyznawanie wolnej literatury nie mają już z wolnością niczego wspólnego. Więc (mówiąc najkrócej) nawet nie teologia wolności, ale — coś czystszego — wolność teologii… Może moje dwadzieścia pięć lat teologii wolności miałoby właśnie do tego w 2036 roku doprowadzić: do osobistej wolności teologii? To przecież oczywiste, że osobistej. Chyba Państwo nie myśleliście, że — dążyłem do poezji jako dobra wspólnego. Uważam, że w tym wypadku osiągnięcie celu przybliża nas też do celu przeciwnego — to znaczy perspektywy poezji jako wspólnego zła. Dlatego proponuję umiar — pozostańmy przy piwie — i zróbmy, przynajmniej, dobrze te sery…

Słyszę w telewizji o letnich przykazaniach dla skóry. Może mój problem właśnie na tym polega? Tworzę powieści obiadowe gdzieś w samym środku literackiej republiki śniadaniowej. Powiada się, że powieści obiadowe dowodzą swojej wielkości, gdy wydźwigają literaturę śniadaniową do góry… Co jednak, jeżeli zostają zignorowane? Albo załóżmy, że jesteśmy teologami, ale któregoś dnia w jednej chwili wszystkie dogmatyczne podstawy naszych przekonań, cóż, nabierają charakteru dermatologicznego — otacza nas więc Biblia dermatologiczna, a także katechizm dermatologiczny, tyle tylko wystarczy, aby uprawianie teologii okazało się zgoła niemożliwe, prawda, proszę Państwa? Teodermatologia? Nie wiem. Nie przychodzę pisać poezji, a tym bardziej nie przychodzę tutaj pisać prozy, by gromadzić kontakty i nabierać przyjaciół jak pełne sieci ryb — dla mnie to nie Genezaret, a ja nie rekompensuję tu sobie traum czy niedostatków interpersonalnych, towarzyskich, międzyludzkich czy egzystencjalnych: mój stosunek do literatury jest całkowicie bezinteresowny, także na tym polega pewna — elementarna — czystość mojego stosunku do tekstu. Właśnie to bardzo łatwo mylicie Państwo z aryjskością. Na tej samej zasadzie można powiedzieć, że współczesna praca w reklamie jest technologicznie odświeżoną formą żydowskiego nagabywania i nie będzie miała nigdy niczego wspólnego z moralnością towarową — to zrewitalizowany — w formie reklamiarstwa — kształt dawnego handlu żydowskiego, czy też — kupiectwa. Ja chciałbym oglądać w telewizji inne reklamy, które przypominałyby starożytność — przypominałyby mi zachęcanie Fenicjan, nie Żydów — tzn. fenickie rozumienie zakupu, nie żydowskie… Niech namawiają do zakupów w MediaMarkt żeglarze, a nie karierowicze z internetu… Po Medei oglądam Chlew Pasoliniego, wydaje mi się, że jest tu jeszcze czytelniej niż w Teoremacie, podoba mi się to, na razie — pierwsze — 25 minut…

Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści