PAWEŁ ALBO POCZYTALION
Październik ‘25
1.
Swinarski. Biografia ukryta autorstwa Beaty Guczalskiej to w zasadzie pierwsza biografia Konrada Swinarskiego, znakomitego reżysera teatralnego, który już za swojego życia uważany był za legendę, a od swojej śmierci w roku 1975 zdążył się już w tej legendzie pokryć spiżem, a tego typu książki o sobie, pełnej i odsłaniającej wiele, doczekał się — w zaświatach oczywiście — dopiero teraz (wcześniejsza biografia — Konrad Swinarski Joanny Walaszek z 1991 r. miała raczej charakter biografii artysty i skupiała się na dokonania scenicznych) .
Wielce to zastanawiające, ale i w jakiejś mierze zrozumiałe. Zastanawiające, a nawet zadziwiające, jeśli zważyć, że jego życie i dzieło to wprost wymarzony materiał na barwną, pasjonującą biografię artysty, ale też zrozumiałe z tej przyczyny, że zarówno życie, jak i dzieło pełne było tajemnic oraz wieloznaczności. Z którymi każdy prawdziwy biograf, a nie poszukiwacz sensacji, musiałby się zmierzyć.
Owszem, tajemnice i wieloznaczność to fascynująca dla każdego biografa materia, mogłyby więc być same w sobie zachętą dla sporej rzeczy pisarzy biografistów — zwłaszcza że mamy dziś modę na obszerne biografie kontrowersyjnych postaci świata sztuki — tyle że w przypadku Konrada Swinarskiego atrakcyjność tematu musiała jednak iść w parze z wiedzą i walorami warsztatu doświadczonego teatrologa, ale też z taktem, wymaganym przy pisaniu życiorysów ludzi zmarłych już dość dawno wprawdzie, lecz wciąż żywych w pamięci ich bliskich oraz środowiska, w którym żyli i tworzyli. A pisanie o Swinarskim to naprawdę stąpanie po kruchym, niepewnym lodzie. O tym wybitnym człowieku, nie tylko polskiego, bo i europejskiego teatru, wiadomo bowiem dziś wiele, lecz równie wiele jest w tej mierze spraw niejasnych, zasłoniętych kurtyną — przez niego samego zresztą — a pewnie i niewygodnych dla łatwej o nim pamięci.
Beata Guczalska, znakomita teatrolożka, przez wiele lat rektor krakowskiej PWST, autorka m.in. biografii Jerzego Treli — a więc aktora, którego chyba najbardziej kojarzymy wciąż ze Swinarskim (zagrał przecież Konrada w jego sztandarowych, najsłynniejszych inscenizacjach — Dziadach i Wyzwoleniu na deskach Starego Teatru w Krakowie), poradziła sobie z tymi problemami i ograniczeniami, jak i „atrakcjami”, które pod innym piórem mogłyby się zmienić w tanią plotkę, dając nam pracę wspaniałą. Bogatą poznawczo, ale też niezwykle zajmującą w lekturze.
Świetnie bowiem napisaną — zarówno jako biografia, jak i analiza dzieła, oraz zwyczajnie ciekawą i przenikliwą. Unikającą przy tym epatowania sensacją, a skupiającą się na poszukiwaniu w biografii Swinarskiego tych wszystkich cieni i mroków, które mu towarzyszyły od dziecka, a zarazem były źródłem wybuchającego z nich ognia, co — razem wziąwszy — stanowiło o uwikłaniach jego sztuki w życie, ale też życia w sztukę. Przede wszystkim zaś było mu pomocne w osobistej drodze do — nomen omen — wyzwolenia. Z mocy niezawinionych traum i demonów, które nim władały, a zdaniem niektórych — no, może nie dosłownym — wpisały się też w jego śmierć. Przypomnijmy: Konrad Swinarski zginął w katastrofie lotniczej Ił-a lecącego do Damaszku, pod banderą… Lufthansy. Katastrofie do dziś — pięćdziesiąt lat po niej — nie wyjaśnionej. A swoją tragiczną grozą domykającą ledwie 46. letnie życie twórcy niby przypisane mu dramatyczne memento.
Pomyśleć zresztą, że ten kojarzony dziś tak bardzo z polską tradycją romantyczną reżyser — jawnie skądinąd jej niechętny, a na pewno nieufny wobec niej przez lat wiele — zmierzał do swoich arcyprzedstawień Mickiewicza drogą zdecydowanie dla polskiej kultury nieortodoksyjną.
Urodził się bowiem wprawdzie jako Polak (jakkolwiek by to zabrzmiało) czystej krwi — ojciec był pułkownikiem WP odznaczonym Virtuti Militari za wojnę polsko-bolszewicką, a i matka, z domu Liczbińska, choć w niemieckiej kulturowo Wielkopolsce wychowana, za przodków miała patriotów prawdziwych (jej ojciec z kolei był powstańcem wielkopolskim) — lecz okoliczności życiowe (wczesna śmierć ojca, potem wojna i volkslista matki) sprawiły, że nie tylko przez lat wiele chłonął niemiecką kulturę (chodząc np. do niemieckiej szkoły), a i stawał się mimo woli obywatelem niemieckiej Rzeszy. Wszystko wskazuje też na to, że należał do Hitlerjugend, ba, jego starszy brat zginął na froncie jako żołnierz Waffen-SS. Co więcej — jedyną bliską rodziną, jaka mu po wojnie została, byli mieszkający w Berlinie krewni jego matki. W pełni już czujący się Niemcami.
Jak z tego świata wydobył swą polskość — ale też sztukę przede wszystkim, sztukę, która nie ma obywatelstwa — Konrad Swinarski? Guczalska pisze o tym wnikliwie i drobiazgowo — analizując wielorakie talenty przyszłego reżysera (głównie malarskie, plastyczne), a potem jego spektakle, których — uwaga! — zagraniczne początkowo, głównie niemieckie, sukcesy legły u podstaw wybitnych inscenizacji krajowych. Przede wszystkim w Krakowie, na scenie Starego Teatru.
Autorka opowieści o tym burzliwym, niezwykle twórczym życiu — przerwanym tak nagle i dramatycznie jak ów lot do Damaszku, bo w trakcie realizacji wielu planów — z niezwykłą precyzją opisuje przedstawienia Swinarskiego, ale też związaną z nimi — toczącą się w nim samym — walkę. Która go napędzała do kolejnych dzieł, ale też spalała, niszczyła. Swinarski okresami okropnie pił, męczył się też ze swoim podwójnym życiem erotycznym (miał żonę, ale był też homoseksualistą), cierpiał na depresję, leczył się w psychiatryku, a mimo to uciekał z prób generalnych swoich przedstawień, wciąż miał jednak wiele projektów, których rozmach zachwyca do dziś i pozostawia ogromny żal, że się ich nie udało spełnić (chciał nakręcić film fabularny według Fantazego Słowackiego!).
Za to książka krakowskiej teatrolożki pięknie dopełnia to nie do końca spełnione życie — mądrą i czytelną klamrą. Wypada zresztą mieć nadzieję, że w przyszłości wpiszą się w tę klamrę również inni badacze życia i dzieła Swinarskiego. Chciałoby się przeczytać taką książkę, która byłaby na przykład polemiką z Guczalską i, w miejsce jej tłumaczeń i wyjaśnień, wpisywałaby swoje wątpliwości i nowe pytania. Tak jak w przypadku wielkiego dzieła wielkiego twórcy być przecież powinno.
[Beata Guczalska, Swinarski. Biografia ukryta, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025]
2.
Wytłoczony na tyle okładki blurb brzmi tak: „Nazistowski zbrodniarz i nauczyciel gruźlik wyruszają na poszukiwanie najlepszej pölsy na świecie w iście borgesowskim popisie literackim Lindgrena”.
Muszę przyznać, że blurb to znakomity. Złapałem się na niego jak kiełb na wędkę szczupakówkę. Rzecz w tym, że do dziś czuję się po tej lekturze kiełbiem (maleństwem niegodnym takiej wielkiej literatury), a z drugiej strony mam wrażenie, że szczupakówka — nęcąca wybitniejszego ode mnie czytelnika — wydaje mi się przesadną bronią rybacką jak na przynętę, która na niej zawisła.
Owszem, Torgny Lindgren (1938-2017), szwedzki pisarz, autor powieści Przepis doskonały — który to kulinarny tytuł zachęcił mnie do powyższych uwag wędkarsko-kucharskich — uważany jest w swoim kraju, a i w innych krajach skandynawskich (nie bez kozery jest członkiem Akademii Szwedzkiej), ba!, w świecie (tłumaczono go na ponad 30 języków), za grubą rybę literatury, lecz książka, o której tu napiszę, nie jest lekturą ani łatwą, ani przesadnie smaczną; na dodatek — tak specyficzną w swoim (kulinarnym) rodzaju, jak wspomniana w blurbie pölsa. Będąca — jak wynika z opisów w samej powieści — czymś w rodzaju salcesonu ze świńskich podrobów (?), będącą zarazem jakby kaszanką, to znów galaretą mięsną (w poznańskim zwaną: galart, a przez pijaków rodzimych: meduzą).
Dla naszego słowiańsko-polskiego podniebienia nie byłby to raczej rarytas (podobnie jak zgniłe śledzie, którymi się Szwedzi zajadają), o to akurat nie mam specjalnych do smakoszy z ojczyzny Lindgrena pretensji. Oni też mają prawo nie lubić naszej zepsutej kapusty z mięsem (bigosu) ani zepsutych ogórków (kiszonych). Gusty smakowe to jednak rzecz inna, tak jak i narodowe tradycje w ogóle. Gorzej że piszący całe strony o pölsie — jako że bohaterowie, zgodnie z blurbem — rzeczywiście szukają takiej najlepszej, idealnej — zdają się przenosić smaki kulinarne na literaturę jako taką. Przez co powieść zdecydowanie nie jest „borgesowska”, ale bardzo skandynawska właśnie. Niby zdystansowana do tematu (jedzenie i kultura), a przecież jakoś z niego wynikająca (jak pölsa przemielona przez maszynkę do mięsa i spływająca taką burą breją do miski).
Naprawdę nie wiem, co autor miał na myśli, gdy w scenariusz podróży przez szwedzkie pustkowia wpisał tak różnych bohaterów, jak ukrywający się w Skandynawii nazistowski zbrodniarz i chory na gruźlicę (panoszącą się po przemierzanych przez nich terenach jak prawdziwa pandemia) wiejski pedagog. Zwłaszcza że ludzie, których obaj spotykają po drodze, są nie mniej od nich samych dziwni czy też może w równy im sposób mało oczywiści, a to: prości aż po prymityw, głupi, jak to bywa z „wsiowymi głupkami”, lub odrealnieni na maksa.
Całość sprawia więc wrażenie jakiegoś grubego (?) żartu z przyzwyczajeń czytelniczych (tym bardziej że autor mocno sobie na tej drodze pokpiwa ze słowa pisanego, zwłaszcza dziennikarskiego, ale i literatury) i całymi partiami bywa nudna jak… nie, nie falki z olejem, ale pölsa pewnie.
Tu kończę wymierzone w powieść szwedzkiego autora inwektywy i zapisać muszę wrażenia zdecydowanie odmienne. Lindgren pisze bowiem stylem wysmakowanym (tak, tak! mimo pölsy), wyrazistym — zimnym jak szwedzki krajobraz, lecz przenikającym dziwnie do duszy (podobnie jak ów krajobraz zresztą) — a między refleksjami na temat „przepisu doskonałego” na mięsną breję, raczy nas naprawdę całą masą niezwykle trafnych, a często dowcipnych uwag wynikłych z obserwacji świata i ludzi. Bywa przy tym skrótowo celny jak poeta (nie bez kozery, od poezji zaczynał), mądrze zdystansowany do rzeczywistości, w tym do historii, która takich bohaterów jak Borman kreuje, a w swoich poszukiwaniach sposobu na życie — bo o tym w gruncie rzeczy jest ta książka — wykazuje się i wyobraźnią, i dyscypliną równocześnie. Tak że powieść jego można czytać, jakby… powieścią nie była. A na przykład notatnikiem intelektualisty, który za wszelką cenę nie chce być za intelektualistę uważany. Za to w życiu (czytelnika) może być pomocny.
Podsumowując: blurb na okładce fałszywy, a książka — mimo swoich wad — bardzo prawdziwa. I nie zdziwię się, jeśli znajdzie też prawdziwych entuzjastów.
Na marginesie: na okładce książki, wpisanej przez wydawcę wyraźnie w cykl zagranicznej prozy współczesnej, widać węża. Ewentualnie jelito. No, może powikłaną ścieżkę. Ale głównie węża. Nadawałaby się więc (okładka) na zupełnie inną, a sławną powieść Lindberga, już w Polsce wydaną, o tytule Droga wężowa na skale. Nie wiem, dlaczego zniechęca do Przepisu doskonałego, z którym w ogóle się nie kojarzy. No chyba że chodziło o to, by nie dawać na okładkę pölsy. Czyli brei.
[Torgny Lindgren, Przepis doskonały, przeł. Dawid Jabłoński, Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2025]
Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.
—
—
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved