Skip to content

RAFAŁ KASPRZYK

Ciało, śmierć, taśmociąg. Melecki i brudna ontologia codzienności

Każda epoka ma swoich poetów wyklętych. Był Wojaczek — desperacki krzyk cielesności, która chciała się wykrwawić na oczach świata. Był Bursa — ironiczny chłopak z PRL-owskiego blokowiska, który walił w zakłamane formy życia i w świętości, które okazywały się papierowe.

Był Stachura — wędrowiec, który wciąż próbował uciec przed własną śmiercią, szukając w drodze absolutu. Historia literatury, zwłaszcza tej spod znaku przeklętych, to historia krzyku. Krzyku, który nie dawał się zagłuszyć, który wdzierał się w rzeczywistość jak nóż. Krzyku, który nie tyle opisywał świat, co go rozrywał, druzgotał, unieważniał. Wojaczek wrzeszczał własnym ciałem, krwią, masturbacją i śmiercią. Bursa cedził przez zęby szyderczy śmiech, ironiczny, podszyty goryczą, skierowany przeciw obłudzie codzienności i zakłamaniu mieszczańskiego życia. Stachura rwał się w nieustannej wędrówce, byle dalej, byle jeszcze, byle utrzymać się przy życiu. Ale przyszły lata 90. — epoka, którą jedni nazywali transformacją, inni chaosem, a jeszcze inni końcem historii. Zamiast romantycznej walki, zamiast heroicznego buntu, przyszła rzeczywistość folii, bloków, szpitalnych korytarzy, taśmociągów i obwieszczeń o kolejnych zgonach. Świat nie potrzebował już metafizyki, bo metafizyka zgniła na wysypisku słów. Nie było też miejsca na bunt, bo bunt w neoliberalnej codzienności okazywał się towarem, który łatwo sprzedać i jeszcze łatwiej wyśmiać.

I właśnie tutaj pojawia się Maciej Melecki. Nie jako następca Wojaczka, nie jako naśladowca Bursy, ale jako ktoś, kto krzyczy w ruinie, w świecie po końcu buntu. Jego krzyk nie jest jednak romantycznym gestem — to język rozpadu, język zbudowany z resztek, z brudu, ze słów, które są jak kawałki szkła po roztrzaskanym lustrze. U Wojaczka lustro odbijało krew, u Bursy — mieszczańską groteskę, u Meleckiego — nie odbija już nic, tylko ciemną, pustą plamę.

Dlaczego? Ano dlatego, że świat, do którego wchodził autor Przeciwujęć w latach dziewięćdziesiątych, był już inny. Nie było systemu, przeciw któremu można by wykrzyczeć swoje „nie”. Nie było Boga, którego można by przekląć albo do którego można by wołać. Nie było też romantycznej wspólnoty kontestacji, bo bunt stał się towarem, szybko przechwytywanym przez reklamy, telewizję, kulturę masową. To dlatego Melecki musiał krzyczeć w ruinie. Ruiną był świat codzienności: szpitalne korytarze jarzące się trupim światłem, bloki o zakratowanych oknach, foliowe worki, w których pakuje się życie na raty, czy wspomniany już powyżej, taśmociąg obwieszczeń o kolejnych zgonach. Ruiną był też język — słowa nie były już w stanie nieść sensu, były jak rozbite odłamki. I wreszcie dlatego, że milczenie nie było alternatywą. Milczenie oznaczałoby zgodę na to, że język już nie istnieje, że człowiek stał się wyłącznie numerem na taśmociągu. Krzyk Meleckiego jest więc gestem oporu — nie tyle przeciw światu, co przeciw jego rozpadowi, jego pustce, jego nicości. To krzyk bez adresata, bez nadziei, bez wizji wybawienia. Krzyk, który wie, że niczego nie zmieni, ale który wciąż trwa, bo inaczej byłaby tylko kloaka ciszy. On nie pisze poezji osobistej ani politycznej. Jego poezja to manifest punkowego nihilizmu: świat to ruina, a język to gruzowisko. Ale właśnie dlatego jego słowa mają siłę. W epoce, która chciała już tylko normalności i konsumowania resztek Zachodu, Melecki przynosił coś zupełnie innego — rzyg codziennością, obraz kloaki, spalarni i ciała rozpadającego się na części. I w tym właśnie tkwi jego idiom: to poezja, która nie szuka sensu, tylko przeżywa rozpad. Poezja, która nie udaje, że jest metafizyką, ale pokazuje, że po metafizyce został tylko smród gnijącego mięsa. Poezja, która — jak punk — wali w twarz, nie po to, by nauczać, ale by potrząsnąć i powiedzieć: „patrz, to jest świat, w którym żyjesz, i nigdzie stąd nie uciekniesz”.

Autor Zimnych ogrodników (1999) nie tylko czerpie z tradycji poetów wyklętych, ale przetwarza ich doświadczenia w nowy, swój własny radykalny idiom, który można określić jako katastroficzny realizm codzienności. Tam, gdzie Wojaczek krzyczał o własnym bólu, a Bursa ironizował nad absurdem życia w PRL, Melecki pokazuje, że świat sam w sobie jest miejscem rozpadu i apokalipsy, a codzienność jest już nie tłem, lecz głównym bohaterem katastrofy. Bloki mieszkalne, szpitale, taśmociągi, folie i urny — wszystko to staje się symbolem świata, który przestał być miejscem życia, a stał się mechanizmem rozpadu.

Przykłady obrazów poetyckich pokazują, że codzienność jest tu totalna, bezlitosna i bezsensowna: „blok startowy, foliowe worki, zakratowane widoki” (Karne tropy, s. 69) — pejzaż miejskiej pułapki, w której człowiek jest uwięziony i bezbronny; „taśmociąg obwieszczeń najbliższych zgonów” (Odmieszanie, s. 75) — rytuał życia, który jednocześnie jest rytuałem śmierci; „spalarnia, rożny, opadowa plama” (Rożny spód, s. 72) — cielesność i materia stają się częścią ontologicznego rozkładu. W tym świecie nie ma romantycznej podróży Stachury, nie ma estetycznej przyjemności Grochowiaka — istnieje tylko ciągłe osuwanie się w nicość, codzienne konfrontowanie z brzydotą i śmiercią.

Co prawda Melecki, podobnie jak Wojaczek, używa języka nie jako narzędzia opisu, ale jako instrumentu ekspresji katastrofy. Jednak jego poetyka idzie o krok dalej: słowo zostaje rozszarpane, rozszczepione i przekształcone w materię rozpadu. Neologizmy, będące jednocześnie tytułami poszczególnych wierszy, takie jak „przeciwujęcia” (s. 7), „odmieszanie” (s. 75), „rożny spód” (s. 71) nie mają funkcji semantycznej w tradycyjnym sensie — nie opisują świata, lecz konstytuują jego rozpad. Język autora Szeregu zerwań (2011) staje się tym samym „gruzowiskiem” (Obwód, s. 81), w którym czytelnik doświadcza chaosu, brzydoty i bezsensu codzienności. Podobnie jak u nowofalowców, język jest podejrzany, zawodny, ale w poetyce Meleckiego nie prowadzi to do ironii — prowadzi do ekspozycji pustki i przemijania. Każde słowo jest zakażone śmiercią, każde zdanie jest potencjalnym momentem rozpadu. Śmierć natomiast nie jest tylko motywem literackim — staje się ontologiczną kategorią istnienia.

Zasinienia, opad, kloaka, zator, rożny, spalarnia — to nie obrazy, ale figury bytu. Świat w jego poezji nie jest więc tylko sceną, na której rozgrywa się dramat jednostki; sam świat jest dramatem, mechanizmem rozkładu, w którym człowiek staje się elementem maszynki destrukcji. Różnica jednak wobec Wojaczka czy Bursy jest zasadnicza: u Meleckiego nie ma metafizycznej transcendencji ani ucieczki w bunt — świat sam w sobie jest bezlitosny, a język, ciało i codzienność stają się narzędziami jego ukazania. Jeżeli w poezji Wojaczka czy Bursy pojawiała się transcendencja, metafizyka lub chociażby minimalne echo duchowości, u autora Bezgruntu (2019) jest to całkowicie wyeliminowane. Nawet momenty, w których pojawia się „inny”, są chwilowe, złudne i natychmiast zanegowane. Nie ma sensu w miłości, nie ma sensu w buncie — jest tylko ciągły proces rozpadu i zanikania.

W ten sposób Melecki przejmuje spuściznę wyklętych, ale przekształca ją w idiom lat 90. i późniejszych — świat po końcu historii i po końcu wielkich narracji. Jego język i obrazy stają się świadectwem epoki, w której chaos i rozpacz codzienności nie wymagają interpretacji — same w sobie są katastrofą. Debiutuje on i tworzy w Polsce lat 90., w okresie gwałtownej transformacji społecznej, gospodarczej i kulturowej. To czas, w którym rzeczywistość po PRL-u nie przynosiła wielkich idei ani nadziei, lecz chaos i pustkę codzienności, która stawała się sceną upadku jednostki. W jego poezji widać wyraźnie, że świat „po końcu historii” nie jest neutralnym tłem — sam w sobie staje się mechanizmem rozpadu, ruiny transformacji. Obrazy z życia codziennego, które u innych poetów mogłyby być tłem lub opisem, u Meleckiego stają się pełnowartościowym pejzażem katastrofy. Bloki mieszkalne wciąż pełne anonimowych mieszkańców stają się pułapką; szpitale to przestrzeń mechanicznego, niemal laboratoryjnego kontaktu z ciałem i śmiercią; taśmociągi i folie sugerują przemysłowe, pozbawione sensu procesy życia; kurz i brud stają się symbolicznym świadectwem brzydoty świata. W jego tekstach poetyckich codzienność nie jest zatem neutralnym tłem — jest substancją katastrofy, a przedmioty i miejsca, które opisuje, stają się elementami rytuału przetrwania w świecie, w którym nic nie jest już trwałe ani bezpieczne.

Widzimy to choćby w cytowanych powyżej obrazach, gdzie ruch i egzystencja stają się wyłącznie kwestią przetrwania: „blok startowy, foliowe worki, zakratowane widoki” — metafora więzienia, w którym każdy krok, każdy oddech jest próbą utrzymania się przy życiu; „taśmociąg obwieszczeń najbliższych zgonów” — rytuał codziennej katastrofy, w której jednostka zostaje jedynie elementem systemu; „spalarnia, rożny, opadowa plama” — ciało i materia podlegają nieustannemu procesowi rozkładu, a jednostka musi nauczyć się funkcjonować w tym środowisku. Codzienność staje się więc obozem przetrwania, w którym nie ma miejsca na sentyment, romantyzm czy nadzieję — jest tylko praktyka przetrwania w świecie pełnym przemocy i rozpadu.

Jednak w odróżnieniu od poetów wyklętych, takich jak Wojaczek czy Bursa, gdzie bunt był formą manifestacji jednostki wobec świata, u mikołowskiego autora bunt przestaje mieć sens. Świat lat 90. jest tak przesiąknięty katastrofą, że nie ma możliwości jego przełamania ani radykalnej zmiany. Krzyk, który był środkiem wyrazu Wojaczka, staje się w poezji Meleckiego niemożliwy do wypowiedzenia — język jest rozszczepiony, skażony rozkładem. Codzienność jest tak nasycona absurdem, brzydotą i rozkładem, że bunt wobec niej traci znaczenie; Milczenie, a nie krzyk, staje się odpowiedzią na świat: milczenie w ruinach transformacji, w którym jednostka może jedynie próbować przetrwać, zachować ciało i świadomość w krajobrazie rozpadu. Melecki przenosi więc spuściznę wyklętych poetów w epokę, w której świat sam w sobie jest więzieniem i miejscem apokalipsy, a język i ciało stają się narzędziami doświadczenia tej katastrofy.

W poezji autora tomu Przester (2009) świat przestaje być miejscem dramatu jednostki, a staje się mechanizmem rozpadu, w którym każdy element codzienności podlega śmierci, zniszczeniu i erozji. To nie teatr tragiczny, w którym bohater mierzy się z losem i dokonuje wyborów — to rzeczywistość, która rozkłada się sama, niezależnie od świadomości czy woli jednostki. Wszakże tradycyjny teatr tragiczny wymaga bohatera, konfliktu i punktu kulminacyjnego — nawet Wojaczek w swoim krzyku dawał widzowi poczucie zderzenia jednostki z bezlitosnym światem. U Meleckiego nie ma już tej perspektywy: świat jest rutynowym mechanizmem rozpadu, w którym jednostka staje się elementem większego, nieubłaganego procesu. Ciało, przestrzeń i czas są przetrwaną maszyną, w której każda próba buntu jest jedynie chwilowym drgnięciem. Katastrofa nie wynika z decyzji bohatera, lecz jest immanentną cechą codzienności — zanik, gnijące ciało, zator, kurz, folia, bloki — wszystko to funkcjonuje jak części jednej, biologiczno-mechanicznej maszyny. Melecki tworzy więc realizm katastroficzny, w którym codzienność jest apokalipsą w miniaturze — świat rozpada się w każdej sekundzie, bez konieczności dramatycznego punktu kulminacyjnego. W jego poezji miejsca codzienności nabierają ontologicznego wymiaru śmierci. Szpital — miejsce kontaktu z ciałem, które podlega mechanicznej kontroli, cierpieniu i nieustannemu rozkładowi. Kloaka, zatory, ścieki — przestrzenie brudne, odpychające, w których człowiek zostaje sprowadzony do rangi zwierzęcej materii. Spalarnia, rożny — symbole ostatecznej śmierci i procesu eliminacji, w którym ciało staje się odpadkiem. Ta topografia śmierci nie jest alegorią ani metaforą — jest dosłownym pejzażem doświadczenia, w którym każdy ruch, każda czynność wpleciona jest w rytm gnicia i rozkładu.

W miejsce romantycznej lub metafizycznej wizji życia Melecki stawia proces biologiczny i mechaniczny. Egzystencja to ciągłe gnicie, zatory i zasinienia. Język, ciało i przestrzeń są powiązane w sieć nieustannego rozpadu — słowo nie opisuje świata, jest jego elementem. Nawet relacje międzyludzkie zostają zdegradowane do formy chwilowych odbić i złudzeń, które wkrótce znikają, jakby świat wciągał wszystko w wir rozpadu. Mechanizm gnicia jest niezależny od ludzkiej woli — przetrwanie nie wymaga heroizmu ani wyboru, lecz adaptacji do katastroficznej codzienności. W ten sposób twórca tomu Te sprawy (1995) tworzy własny idiom poetycki — katastroficzny realizm codzienności, w którym świat nie czeka na bohaterów, a język staje się narzędziem rozczłonkowania rzeczywistości i doświadczania rozpadu w czasie rzeczywistym. Nie jest już środkiem komunikacji ani narzędziem opisu, lecz materią doświadczenia rozkładu. To język, który kruszy się, rozsypuje i zderza ze sobą w nieustannym chaosie, tworząc świat wyjęty spod kontroli, świat apokaliptyczny w miniaturze. Systematycznie wprowadzane neologizmy, które nie tylko wykraczają poza normę językową, ale same w sobie stają się figurami rozpadu rzeczywistości, nie tylko opisują świat, lecz same stają się jego fragmentami — język uczestniczy w rozkładzie, a słowo staje się częścią katastroficznego pejzażu codzienności

Krótko mówiąc, w poezji Meleckiego słowo nie służy porozumieniu. Nie ma tu narracji, w której autor opowiada historię. Słowa są padliną, która pozostaje po sensie, ale nie pełni funkcji przekazu; są narzędziem rozkładu, jakby każde wymawiane lub zapisane słowo przyspieszało proces gnicia świata; i wreszcie są fragmentem materii, z której utkany jest świat apokalipsy codzienności — język nie opisuje, lecz wpływa na fizyczną i psychologiczną topografię doświadczenia. To nie język literacki, lecz język-przekrój, język gruzu, język pozostawiony sam sobie, w którym każdy dźwięk, każda sylaba, każdy neologizm wybrzmiewa jak echo rozpadu.

Mało tego, Melecki konstruuje swoją poezję jako swego rodzaju walkę ze szczątkami języka, próbując wydobyć z niego maksymalne napięcie, brutalną obecność i organiczną materię. Słowo staje się u niego narzędziem oporu wobec nieistniejącego sensu, podobnie jak ciało bohatera jest świadectwem trwania w świecie rozpadu. Neologizmy i rozszczepienia języka pełnią funkcję czujników katastrofy, sygnalizując fragmentaryzację rzeczywistości. Jednym słowem, poezja mikołowskiego twórcy to nie dialog z odbiorcą, lecz eksperyment ontologiczny, w którym słowo staje się uczestnikiem procesu gnicia, a czytelnik obserwatorem niekończącego się rozkładu. W ten sposób jego idiom punkowo-apokaliptyczny łączy estetykę wyklętych poetów z mechaniką lat 90., tworząc język, który rozrywa siebie i świat, a jednocześnie nie pozwala się oswoić ani zrozumieć w klasycznym sensie.

Co ciekawe, w poezji Przeciwujęć nie ma miejsca na metafizyczną ucieczkę ani duchowe katharsis. Jeśli wcześniejsi poeci wyklęci flirtowali z absolutem, w Meleckim ten flirt zostaje brutalnie odcięty, a świat przedstawiony jest zamknięty w ciele, materii i procesie rozpadu.

U Rafała Wojaczka i Andrzeja Bursy pojawia się jeszcze obecność transcendencji, choć często w formie negacji czy buntowniczego oporu. Wojaczek — ciało cierpi, język krzyczy, ale jego śmierć i destrukcja są ustawione wobec tajemnicy istnienia, wobec Boga jako nieosiągalnego punktu odniesienia; nawet w autodestrukcji pojawia się echo pytania o sens, o absolut. Bursa — ironia wobec życia codziennego, wobec PRL-owskiej szarości, nie pozbawia poety metafizycznego wymiaru: krytykując, nadal dotyka spraw ostatecznych, flirtuje z sacrum w formie prowokacji, niekiedy żartu, niekiedy przekleństwa. W obu przypadkach negacja Boga jest nadal dialogiem z absolutem, formą krytycznego, buntowniczego zaangażowania wobec transcendencji.

Melecki zrywa z tymi odwołaniami. Nie ma w jego poezji przestrzeni dla transcendencji; niebo, duch, miłość ani metafizyczna ucieczka nie istnieją. Każdy gest, każdy opis codzienności, każdy neologizm i każda topografia rozpadu są zamknięte w świecie tu i teraz. Brak Boga, brak sacrum, brak katharsis — pozostaje mechanizm brutalnej codzienności, w której człowiek i świat funkcjonują według reguł rozpadu, gnicia i śmierci. To radykalne odcięcie czyni jego poezję czystym nihilizmem praktycznym: nie jest to tylko filozoficzne stwierdzenie o braku sensu, lecz doświadczenie świata jako procesu ciągłego rozkładu, w którym jednostka nie może uciec w transcendencję.

Tutaj właśnie można odnaleźć najbliższe pokrewieństwo Meleckiego z filozofią Emila Ciorana — myśliciela nicości i choroby istnienia. Cioran pisał, że życie jest nieustannym procesem rozkładu i że świadomość to rana, która nigdy się nie goi. W tym sensie poezja autora próz poetyckich Żywe mumie (2023) wydaje się realizacją Cioranowskiego doświadczenia bólu istnienia: nie szuka sensu, lecz wydobywa język z rozkładającej się materii świata.

Cioran widział człowieka jako istotę, która nie może już wierzyć, ale też nie potrafi przestać odczuwać pustki po utraconej wierze. Melecki przejmuje ten stan całkowitego zawieszenia: jego poezja to świadectwo życia po Bogu, po idei, po sensie — kiedy zostaje tylko ciało i jego gnijące oddechy, tylko język, który sam siebie pożera.

U Ciorana nihilizm był nie tyle przekleństwem, ile formą lucydnego trwania, czyli trwania w pełnej świadomości bezsensu, rozkładu i nicości, bez ucieczki w złudzenia czy wiarę. Był próbą przetrwania bez złudzeń. Melecki czyni to samo w poezji: pisze w stanie po utracie transcendencji, ale nie kapituluje. Zamiast wiary — język; zamiast zbawienia — zapis rozkładu. To nihilizm w praktyce, poetycki odpowiednik Cioranowskiego „trwania w nicości”, gdzie każdy wers jest nie tyle afirmacją, co ściskiem gardła wobec istnienia, które się rozkłada, ale wciąż trwa.

W ten sposób mikołowski twórca przekształca poetykę wyklętych w radykalny realizm nihilistyczny: zrywając z metafizycznym odniesieniem, tworzy język, który przeżywa świat w jego najbardziej brutalnej, cielesnej i ostatecznej formie, a każdy neologizm staje się elementem tej ontologii rozpadu. Tworzy poezję, która jest punkowa, ale nie w sensie muzycznym, lecz duchowym i estetycznym — to poezja po końcu buntu, po końcu historii, a jednak pełna pazura, bezlitosna wobec rzeczywistości i języka.

Rafał Kasprzyk (ur. w 1980 r. w Nisku) — poeta, społecznik, współgospodarz cyklicznych spotkań literackich „u Łuczeńczyka” w Gminnej Bibliotece Publicznej w Ludwinie. Dwukrotny laureat międzynarodowej „Podróży Poetyckiej” (2007, 2008). Laureat licznych konkursów poetyckich, m.in. im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (2012, 2018), im. Leopolda Staffa (2017). Juror m.in. konkursu im. Anny Kamieńskiej na najlepszą książkę poetycką województwa lubelskiego. Publikował w „Afroncie”, „Akancie”, „Arkuszach Literackich”, „ArtPapierze”, „Dzienniku Polskim”, „eleWatorze”, „Frazie”, „Helikopterze”, „Nowym Kozirynku”, „Odrze”, „Przekroju”, „Suburbii”, „Tlenie Literackim”, kwartalniku mniejszości polskiej na Ukrainie „Krynica”, na stronie internetowej wydawnictwa J oraz w kilku antologiach. Wydał: Interakcje (czyli życie oparte na węglu) (2018) i Dychotomię (2020) oraz zbiór rozmów z pisarzami Igliwie (2025).

Katarzyna Lubczyńska: *** (Wiem, że będziesz tylko wspomnieniem…), Bezsenni, Poezja w XXI wieku, Do Dziadków

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści