WOJCIECH JUZYSZYN
Dolina Niesamowitości. 1
„Lęk jest jak studnia, na łeb, na szyję
Ubrać to w słowa, w myśl nawet
Jeno krawiec nam głębi uszyje”.
z Baśni Kasyna autorstwa Katarzyny Pleopucji
Ich spotkania w opuszczonym domu dziadków należały raczej do powtarzalnych, obyczajnych i spokojnych, obfitowały w zajęcia codzienne, drobne rozrywki i miłe rytuały. Oczywiście pomijając pewne „praliny”, wyjazdy wprost z pudełka niesamowitości, podczas których ich umysły anihilowały się wskutek sabatowych obrządków albo sufit się zapadał i otwierały się tam bramy do innych wymiarów, czy też ściany się kruszyły od zawodzenia diabła z piwnicy.
Na dobrą sprawę „praliny” przydarzały się dość często, jednak Wojtek, Kamila i Aśka nie prowadzili rejestrów niesamowitości i szybko zapominali o tych pikach na wykresie życia, na wężowych sinusoidach, jednakże gnących się niecyklicznie, po swojemu — na wariackich papierach.
I kiedy ich obecne wakacyjne zebranie sabatu ciągnęło się już od trzech dni i naprawdę pęczniało od obyczajności i ustatkowania, poczuli, że tak nie da się żyć. Jakże wiało nudą. Diabeł nie skrzeczał, nawet nie mruczał, ektoplazma nie wylatywała z kranu i nie przemieniała się w duchy, wiszące na ścianach obrazy nie poruszały się, ani nie pojawiali się w nich żadni dziwni przybysze. Nic nie gwałciło umysłów. Nawet wódeczka im się skończyła, a do sklepu, trzysta metrów dalej, komu chodzić.
Już mieli spisać ten wyjazd na straty, kiedy piątego dnia, gdy znużonymi, zdrętwiałymi od marazmu dłońmi wykładali karty podczas stonowanej rozgrywki — ktoś zapukał do drzwi. Nikt tutaj nigdy nie pukał. To była mała mieścina i gdy dziadkowie odeszli, nikt też tutaj nie przychodził w gości.
Dotychczas była to ich altana na wyłączność, sanktuarium odosobnienia, nikt tu oprócz nich nie witał (nie licząc dostawców pizzy, którzy podawali pudełka przez okno, bo dzwonek nie działał i szybciej było odebrać jedzenie przez okno sypialni, niż wlec się iście niepraktycznymi korytarzami aż na pseudowerandę — wylot domu, otoczony jednak litymi ścianami).
Oni nie pobiegli do drzwi wejściowych, oni się prawie zabili. Uspokoili się i otworzyli drzwi.
— Dzień dobry, słyszeli państwo o dolinie niesamowitości? — zapytał ich młody mężczyzna w okularach i kulturalnej koszuli.
Termin nie był im obcy.
— Słyszeliśmy to i owo, lecz w szczegółach wiele panu nie powiemy.
— Śpieszę z wyjaśnieniem.
Na samo słowo „niesamowitość” ich wygłodniałe oczy zajaśniały. Czyżby to miała być ta szczypta, która dopieprzy ich wyjazd? Ich mały, nadnaturalny kożuszek na gęstym budyniu wegetacji? Szczypta sprowadzona tu przez inicjatywę faceta w koszuli z kulturalnym kołnierzykiem — tak kontrastującym z ektoplazmą, satana-sektą i tym podobnym?
— Jak wiecie, nasze społeczeństwo pracuje nad stworzeniem robota możliwie podobnego do człowieka. Co ciekawe, komfort, który odczuwamy, obcując z takim robotem, rośnie w miarę, jak jest on do nas coraz podobniejszy. Jest jednak pewna granica, punkt, w którym robot jest do nas bardzo podobny, jednak nie w pełni naturalny, i to jest ten punkt, w którym nagle nasz komfort przebywania z robotem drastycznie spada i spada dalej, im bardziej robot staje się do nas podobny. Komfort spada wtedy nawet znacznie poniżej tego, gdy robot nie przypomina zupełnie człowieka. To zjawisko to właśnie dolina niesamowitości. Co więcej, gdy robot się porusza, również nie do końca naturalnie, znacznie potęguje to dyskomfort.
Skinęli głowami, gdy przybysz wyjaśnił. Pokazał im na papierze rosnący wykres komfortu, który nagle spadał na łeb, na szyję. Spadek ten nazywał się doliną niesamowitości.
— Powiem wprost. Ja i moja organizacja chcielibyśmy państwa jutro odwiedzić, przyniesiemy naszego robota i poddamy państwa reakcje badaniom. Oczywiście zastosujemy tutaj odpowiednie honorarium.
W Wojtku zrodził się jakiś lęk. Wyłapał w tym mężczyźnie coś „nie do końca naturalnego”. Zastosować odpowiednie honorarium? Czy tak się w ogóle mówi? I ten uśmiech, gdy to powiedział. Czy Wojtkowi się przywidziało, czy mężczyzna miał niezwykle osobliwy tik wargi? Jakby skrawek dolnej wargi zawinął się nagle do góry na zęby. A może to tylko glitch rzeczywistości? Ale jeśli to glitch rzeczywistości, to tym bardziej niepokojące, ponieważ wskazywałoby, że żyjemy w świecie wirtualnym, w Matrixie.
„Morfeuszu, szykuj pigułki”, pomyślał Wojtek.
— Dobrze, zgadzamy się — powiedzieli.
Pożegnali się, życząc sobie udanej reszty dnia.
— Myślicie, że to przetrzepie nam mózgi? — rzuciła Aśka bez nadziei.
— Zapowiada się, ni przypiął, ni wypiął — odparła Kamila. — Ciężko stwierdzić.
Wojtek tylko westchnął. Krewne zawiodły go swoim sceptycyzmem. On już się ślinił na myśl o witaminie. O gwałcących umysł niesamowitościach, o ich ukochanym i jedynym narkotyku. Niesamowitościach, które, dalibóg, jutro tu zawitają.
— Pójdę się już umyć, jestem tak zmulona, że ledwo głowę trzymam w pionie — zadeklarowała się Kamila i mrugnęła powiekami, jakby przepłynąć musiały przez smołę.
— Oj, kuzyno ma. Bądź tak miła i przyszykuj mi kubeczek i szczoteczkę na pralce, bym daleko nie musiała sięgać. Wskoczę tuż po tobie i również zatonę wartko w pierzynie.
Poszły sobie, powłócząc zmęczonymi nogami. Wojciechowi szczęka opadła. Co za niszczące morale, miętusowate niedowiarki, jemu pikawa biła teraz siedem tysięcy.
Witamino, przybywaj, opuść kapsułkę, rozprosz się i walnij w ten dom wielkim tumanem prochu. Zasyp go, niech zniknie z powierzchni ziemi, pod sypką twą i ciężką piramidą drobin. Niech przez wieczność przeskakują w jej wnętrzu pioruny niesamowitości.
Wojtek chodził po domu i znajdował w słojach na drewnie mebli zarysy doliny niesamowitości. Wodził po nich dłońmi. W ciemnościach podążały za nim mezopotamskie bębenki. Brzmiały rytmicznie, lecz cicho, nie narzucały się.
Na początku, gdy jeszcze towarzyszyły mu odgłosy kąpieli i szykowania się do snu krewniaczek, znalazł na meblach w korytarzach dwie doliny, może trzy. Gdy pogasły światła, doliny wypełzły jak grzyby po deszczu w każdym pomieszczeniu, zjawiły się tłumnie jak mistyczne plemię budzące się nocą. Trwała wtedy niby martwa cisza przetykana chrapaniem Kamili. Bębenki jednak też tam były.
Mezopotamskie, ciche, nienarzucające się.
W domu krewnych zapanowało szczęście. Kiedy Wojciech chował pościel do skrzyni łóżka, z najdalszego jej zakamarka wytoczyła się butelka wódeczki, w jednej trzeciej zapełniona. Siedli po śniadaniu i ją teraz pili.
Nie pamiętali, jak butelka tam trafiła, ale coś mętnie im świtało, że kiedyś nagrywali tutaj scenę o młodzieży smakującej alkohol i jedna z postaci chowała się w kanapie przed strażnikiem akademika.
Śniadaniowa wódeczka rozochociła ich, ale nadal nie znaleźli sił, aby przejść trzysta metrów do sklepu. Modlili się w duchu, by naukowcy, którzy mieli ich dzisiaj nawiedzić, przynieśli w ramach daru butelkę czegoś mocniejszego. Mogli nawet nie przynosić tego robota, tylko alkohol.
Krewni narobili pierwszego wieczoru zapasów żywności, spiżarenka przy kuchni pękała w szwach. Wojciech powiedział, że musi ją odciążyć i zrobi wszystkim na lunch „jelita orangutana”, jak nazywał swoje azjatyckie danie z rozłożystego makaronu w ciemnym sosie fasolowym.
Wczesne i późne popołudnie minęły szybko w duchu kulinariów, gier karcianych, hazardu, łaknienia alkoholowego oraz wyczekiwania na nieznane. Nawet Aśka i Kamila zaczęły czuć tę sprawę, wierzyć, że stanie się coś ciekawego, co Wojtek przyjął z aprobatą.
Naukowcy zjawili się bez żadnej zapowiedzi pod wieczór i wtoczyli robota do wnętrza domu na wózku jezdnym. Przewieźli go długimi, niepraktycznymi korytarzami aż na drugi skraj domu, do salonu, gdzie posadzili go w fotelu.
Jak tylko to zrobili, rozległo się głośne pierdnięcie spod sadzanego robota. Badacze podrapali się z tyłu głowy. Aśka ryknęła wtedy śmiechem, wyjęła spod narzuty fotela poduszkę-pierdziuszkę. Trzepała się dłonią w pierś, głowa jej podskakiwała, powtarzała, że nie mogła się powstrzymać.
Robot bardzo przypominał człowieka, ale widać było, że to sztuczny human. Na jego zastygłym licu nie odmalował się żaden niesmak po tym hańbiącym akcie. A jednak — Wojtek wsparty barkiem o ścianę nieufnie mu się przyglądał. Jakby robot zaraz miał wystrzelić ramię i zacisnąć palce na szyi jego siostry, wyciskając z niej życie.
Przeszły go ciarki, westchnął leciuchno, czując, jak śmierć rozprzestrzenia się w jego tkankach, zasilając ciało życiem.
— Panią poddamy badaniu na końcu — ozwali się do Aśki. — Za karę.
Poszła na stronę, nieprzejęta zupełnie, dojeść swoje lunchowe „jelita orangutana”.
— Kto z państwa pierwszy?
Kamila i Wojciech wymienili spojrzenia.
— Ciągniemy zapałki? — zapytał Wojciech.
— Nie trzeba, idź pierwszy. Jeśli robot ma nas pożreć, pójdziesz na pierwszy ogień, a ja może zdążę uciec.
Wszyscy kulturalnie się zaśmiali, ależ atmosfera się rozprężyła. Na licach pojawiły się towarzyskie rumieńce. Badacz podszedł do Wojtka.
— Proszę się napić wódeczki.
Wojtek zdziwił się, patrząc na butelkę i kieliszek w dłoniach kulturalnego mężczyzny. Przeniósł na naukowca wzrok nasączony nienarzucającym się pytaniem, niemal suchy i bezwyrazowy.
— Tak na odprężenie. Badanie będzie straszne.
Wojtek odsunął od siebie podawany kieliszek.
— Nie boję się robotów, lalek i tym podobnych. Wychowałem się na horrorach. Za brzdąca laleczka Chucky była moją maskotką do snu.
— Dobrze, rozumiem. Żadnej wódeczki.
Ich dyskurs był beznamiętny i fachowy.
Wojtek siłą wyciągnął butelkę z łagodnego chwytu naukowca. Tamten spojrzał pytająco.
— To, że teraz nie piję, nie znaczy, że się nie przyda.
Skinął głową ze zrozumieniem.
Już teraz badacze spisali się na medal, przynosząc trunek. Dalsza współpraca mogła przebiegać. Wojtek podał butlę chętnej Kamili, która od razu odeskortowała ją do kuchni. Zastała tam swą kuzynkę nad makaronem w sosie fasolowym, odłożyła wódę na blat, przy nożach wbitych w swój stojak jak ostre wejrzenie robota w świeże ludzkie mięso.
Kiedy wróciła, Wojtek siedział już naprzeciwko robota w drugim fotelu i podłączano do niego kabelki od aparatury badającej puls, a także zakładano hełm badawczy, aby pobierać wyciąg pracy mózgu, jego aktywności oraz reakcji emocjonalnych.
Wojciech-cyborg został zapytany, czy jest gotów i czy czuje komfort, on wynalazł drobną sapę, którą się podzielił:
— Pana kołnierzyk. — Wojtek odchrząknął. — Jest tak kulturalny, że to aż rozprasza.
— Zatem przepraszam, zmienię koszulę. Proszę chwilę zaczekać.
Naukowiec sprawnie się przepoczwarzył.
— Czy ta koszulka polo już nie wadzi?
— Jest w punkt.
— Dziękuję za feedback, badanie nie powinno zawierać czynników rozpraszających, mogących wpłynąć na wyniki. My, naukowcy, bardzo nie lubimy zaburzać swoich wyników.
— Potrafimy w to uwierzyć. — Kamila przejęła pałeczkę.
— Dziękuję za zaufanie. Mam nadzieję, że ta emocja, która najpewniej się teraz w państwu pojawiła, szybko zaniknie i nie wpłynie na państwa wyniki.
— Postaramy się.
— Proszę traktować moją osobę możliwie neutralnie.
— Oczywiście.
Wojtek zapytał, dlaczego mu zatem zaproponowano wódeczkę przed badaniem, bo to bardzo mogłoby wpłynąć na wyniki. Odpowiedziano mu, że wódeczka jest „poza” i ona nigdy niczemu nie wini.
Aśka wróciła do salonu, usta miała obramowane ciemnym sosem fasolowym. Mlasnęła parę razy ustami, rozkoszując się pozostałością ostatnich kęsów, po czym wyjęła serwetę, otarła usta, gromko odchrząkując, a potem wysmarkała w serwetę parokrotnie nos. Badanie zostało wstrzymane na czas tych czynności, aby go nie zakłócały.
— To nasz robot — przedstawili go. — W celach badania nazywać go będziemy quasi-człowiekiem. Czy czują się z tym państwo dobrze?
Wzruszyli ramionami.
Badanie rozpoczęło się.
— Cześć / Wojtek. Nazywam się / quasi-człowiek. Jak się dzisiaj / czujesz? — przemówiła kobieta-robot.
Miała włosy przed ramiona, straszny uśmiech i niepokojąco nakładające się na gałki oczne dolne powieki. Wojtek przełknął ślinę, musiał przyznać, że gdy robot zaczął poruszać ustami, można było dostać lekkiego cykorka.
— Całkiem okej, nie narzekam. Trochę się nudzę.
— Ojej! Czy chciałbyś się rozerwać?
Puls skoczył Wojtkowi, aparatura, do której był podłączony, ożyła, pikała jak świnia na rozruchu przed wybiegiem. Choć robocica ciągle miała przylepiony sztuczny uśmiech, coś w jej oczach sprawiało że Wojtek zobaczył w wyobraźni, jak tamta wstaje, łapie go za nogi, szyję i na dwoje go rozrywa.
Naukowcy pochyleni nad kołonotesami spisywali swoje, cenne, na wagę złota, iście wewnętrzne spostrzeżenia.
— Aktualnie jestem całkiem rozerwany. Widzisz, miła kobieto, chodziło mi o to, że ja i moje krewne lubimy, jak coś gwałci nam umysły, nie lubimy codzienności i monotonii. Tak że cieszę się, że twoi przyjaciele przynieśli cię tu dzisiaj.
Robot przekrzywił „uroczo” główkę.
— Och! To mnie / cieszy. — Przekrzywienie główki w drugą stronę. — Jeślibyś / chciał / mogę cisnąć tobą na stół i / mogę dokonać na tobie gwałtu.
Wojtek spojrzał na badaczy, kiwnęli spokojnie głowami, jakby zanurzone były w oleju.
— Dziękuję, nie, myślę, że mogłoby to być niestosowne, zwłaszcza że są tu inni ludzie.
— O-jej! Przepraszam. Nazwałeś mnie / miłą. Wyczułam od ciebie flirt. Pospieszyłam się / widać / w ocenie sytuacji. Sam również / przyznałeś / że lubisz / gdy was gwałcą.
Wojtek nieco zmarszczył twarz i pokręcił ręką. Zastanawiał się, czy chciałby uprawiać ostrą miłość z tą maszyną, gdyby byli w nieco intymniejszych okolicznościach. W sumie…
— Wydajesz się / zamyślony — przerwała mu quasi-kobieta. — Mogę cię rozerwać i zatańczyć rękami. Moje nogi nie są jeszcze zbyt sprawne, ale moi przyjaciele dokładają wszelkich starań, bym się rozwijała.
— Tak, rozerwij mnie. — Wojtek westchnął.
Chwyt — nogi, chwyt — szyja, ROZRYW! Rozbryzg krwi. Dwie połówki Wojtka lądują na dywanie, telepiąc się w konwulsjach jak ryby wyrzucone na brzeg.
Quasi-człowiek wyprostował się w gotowości i zaczął wielce niezgrabny taniec, w którym zaprezentował lekkie obroty tułowia, przesuwanie w jednej płaszczyźnie tak samo ugiętych ramion i zmiany wyrazów twarzy, które trafiły tu z lunaparkowego tunelu grozy.
— Stop, odłączcie mnie! Mam atak paniki! — Wojtek zaczął krzyczeć.
Badacze pospieszyli z pomocą.
— Przepraszam, panowie, żartowałem. Ale rzeczywiście można mnie odłączyć, bo bardzo pilnie potrzebuję do wychodka. To znaczy, taniec jest niepokojący i pokraczny, ale nie aż tak, żebym świrował.
Odłączyli go, by załatwił swą potrzebę. Kiedy Wojtek opuszczał salon, patrzył na wciąż tańczącego robota. Quasi-kobieta uraczyła go przez moment jednym z tych swoich „lunaparkowych”, groźnych spojrzeń. Wojtek miał wrażenie, że ciut za długo zatrzymała je na nim. Bo mogłaby naprawdę krócej, a jednak…
Wojtek zaszedł do łazienki, przemaszerował po dywanie — miękkim jak wata prana ze zmiękczaczem — i podniósł klapę sedesu, by oddać mocz na stojąco podług aktualnej chętki, fizjologicznego przebłysku chwili.
Kiedy strumień moczu atakował ceramiczną dziuplę, niczym skażony żółcią deszcz napierający na skalną grań, Wojtek zaczął się zastanawiać, czemu właściwie odczuwa niepokój, widząc tę miałką, mechaniczną lalkę, którą pewnie mógłby złamać w pół na kolanie jak patyk.
Do żadnych wniosków nie doszedł, ponieważ zauważył teraz, że w kącie za wanną stoi mroczna szczota do zębów, wielka jak obelisk, niby prosta, jednak mentalnie pochylona, ukorzona w mroku. Tak przepełniona smutkiem, iż spomiędzy spojeń jej wątłego, plastikowego ciała wypływała żywa krew.
Jej włosie dziwnie się poruszało, wyginało trochę faliście, „pazurowo”, jak badawcze czujniki robota, leniwe receptory à la wibrysy kota, włosy czuciowe. Ta wielka szczotka czegoś dociekała, badała wąsami przestrzeń tak głęboko, jakby chciała rozkopać skamieliny, sięgnąć tak dawnej przeszłości, że aż strach za kołnierzem.
Ależ Wojciech miał ochotę umyć zęby. Zwyciężył pragnienie i wrócił na badanie.
— Panowie, mam dosyć, zbrzydło mi badanie, proszę, aby zastąpiła mnie już kuzynka.
Głowy im odskoczyły.
— Jeśli tak zrobimy, pana honorarium zostanie stosownie dopasowane.
— Okej. Nie oświadczałem się, proszę ja was.
Kamila pytała go spojrzeniem: „Kuzynie, co jest powodem?”. Odpowiedział jej sennym mrugnięciem powiek, którego przekaz pojęła w lot: „Kuzynko, istoty ludzkie to tak złożone byty, że unosiłbym się pychą, śmiejąc przyporządkować sobie racjonalność działania”.
Nie chciał tego wypowiadać przy naukowcach, nawet powiekami, ale prawda była taka, że quasi-człowiek go znudził. Wojtek liczył, że w trakcie badania robot wysunie pazury, rzuci się, by rozkroić mu gardło i będą zapasy. A badanie już chwilę trwało i nic takiego się nie wydarzyło. Wojtek nie miał odwagi dłużej poddawać swoich wyobrażeń weryfikacji i skapitulował. Nie ma chyba nic bardziej bolesnego niż rozdrapana do żywego mięsa nadzieja.
Kamila oddała mu wódeczkę, której nieco już upiła, więc młodzian umoczył trochę pyska, gdy przypinali Kamę do aparatury. Aśka rozstawiła sobie w salonie przenośny stolik, by zadomowić się z boku, i jadła z niego ze smakiem fasolę jako przekąskę do SI-show.
cdn.
Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Opowiadania publikował w „eleWatorze” i „Twórczości”. Mieszka w Szczecinie.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved