Skip to content

KAROL SAMSEL

Praktyki. 8

 

wtorek, 11 listopada — poniedziałek, 17 listopada [1]

To była walka i będzie walka, zawsze toczyłem walki, także ze swoimi sojusznikami, przyjaciółmi i adherentami. Na Ziemi, ale i poza nią, bo również przed tronem Boga, przed tronem Szatana także, nie ma możliwości przyjęcia mojej spuścizny całkiem bezkrytycznie, nawet byty absolutne będą miały zastrzeżenia przed publikowaniem niektórych treści: nie zadbam o wszystko, o co należałoby zadbać? To znajdę się najpewniej już nie na ziemskim indeksie ksiąg zakazanych, ale także na boskim indeksie ksiąg zakazanych i na szatańskim indeksie ksiąg zakazanych, najpewniej równocześnie. Nietzsche mówił o byciu poza dobrem oraz złem, ja powiem więc o byciu poza Bogiem, poza Szatanem, ale i poza człowiekiem… Swego rodzaju cudem jest więc to, że ktoś takiemu gigantyzmu, niezasługującemu na nią, oddaję niezasłużoną sprawiedliwość, wydając coś takiego, jak „Prima”, nieważne, czy przez pomyłkę, czy może na skutek zachłyśnięcia się nieporozumieniem wynikłym z dość silnej projekcji wielkości, albo projekcji tematu, Tematu. Wieczorem w poniedziałek rozmawiam długo z Wiesławem Rzońcą, który chce wyrazić mi wdzięczność za recenzję Hölderlina — kolacją w „Literatce” na Krakowskim Przedmieściu. Jemy grillowane warzywa, nagrywam naszą rozmowę w przeczuciu, że trzeba rejestrować ostatnie chwile, jakbym przeczuwał — wręcz, że to jakiś schyłek, a Wiesław niedługo umrze — i należy każdy moment zapisywać. Dyskutujemy o tym, co w historii literatury niewyrażalne. Myślimy o tym, jak wyglądałaby historia naszej kultury, jeżeliby — to moja propozycja myślowa — istniały nie rozmowy z Eckermannem Goethego, ale rozmowy — Hölderlina z Eckermannem. Kolejna propozycja, którą znad warzyw podrzucam Wiesławowi do rozważenia: czy Hölderlin jako figura oraz projekcja historycznoliteracka nie jest kimś, kto mógłby być nazwany Adamem Asnykiem, jedynie że byłby ów Asnyk wielkości Mickiewicza, albo Felicjanem Faleńskim — tyle że mógłby ów Faleński być wielkości Mickiewicza — czy to nie jest owa proporcja, która — możliwe, że mogłaby nam pozwolić lepiej zrozumieć problem Niemców z Hölderlinem… Rozmawiamy o tym, że dla obcokrajowców polski wiek XIX z wszystkimi jego drugiej, pierwszej połowy XIX wieku — znakomitościami — znaczy mniej niż sam Chopin. Myślę wówczas o dziewiętnastowiecznym Noblu, zakładając mimowolnie, że byłby również — przyznawany w dziedzinie muzyki — i że otrzymałby go Chopin, a potem Liszt, i tak dalej. Rozważam, w jakim stopniu Nobel dla Fryderyka Chopina przyznany, powiedzmy, w 1842 roku zatrułby współczesny kult Chopina. Dyskutujemy o tym, czy Hölderlin nie jest aby — ojcem poetyckiej psychologii, prepsychologii wyrażającej się jeszcze w przeddyskursywnej odmianie. Czy Hölderlin to nie Freud wierszem, to nie traktat psychologiczny wierszem tak samo, jak traktaty filozoficzne Lukrecjusza były pisane wierszem, czy Hölderlin to nie — muzyka psychologii czy muzyczna teologia psychologii, a raczej (gwoli słuszności oraz — dokładności) panteizm psychologii…

Notuję: dwudziesty pierwszy wiek będzie nam się po latach kojarzył z barokowym spiętrzeniem doświadczeń i wrażeń, a na skutek tego również — z barokowym cierpieniem. Zapewne odpowiednio tę epokę nazwiemy, tak aby stała się swoim własnym już, zupełnie wewnętrznym anachronizmem (to naprawdę nie będzie już istotne, że pierwsza połowa XXI wieku była dla kogoś może najistotniejsza, dla jakichś tego półwiecza mieszkańców, ona przeminie, przeminie jak wszystko i stanie się — wpierw „żywym”, a potem „martwym anachronizmem”, a więc jeżeli myślisz, że jesteś w stanie pogodzić się z przemijaniem, to spróbuj, proszę najpierw pogodzić się z przemijaniem kultury, ale przemijaniem kultury w sobie, wtedy dopiero „poznasz swoje wewnętrzne męstwo”). Nazwijmy więc może — dla porządku — epokę tę, epoką drugiego baroku, epoką internetowego hiperbaroku, który — jak tamten barok w 1700 roku — ucichnie około 2050 roku. To oczywiście duże nieszczęście dla mnie, że właśnie na ten okres przypadła moja medytacyjna oraz samoświadomościowa — twórczość, bo to trochę jakby w przedziale 1600-1650, albo 1650-1700 — w baroku kazać tworzyć Mickiewiczowi, albo — trzymajmy się już Hölderlina — Asnykowi, ale wielkości Mickiewicza (Hölderlinowi). A na czym ściślej polegałby nasz barok, czy raczej hiperbarok okresu 2000-2050? Oczywiście na androgynicznym feminizmie, w którym tworząc tu tzw. szkic od środka, mężczyźni metroseksualni są sojusznikami kobiet, chętnie, na przykład, występującymi z nimi na reklamach handlowych i w reklamach handlowych, w tym samym czasie zaś mówi się o konieczności wyginięciu tzw. samców alfa — razem z narastaniem zupełnie nowego zjawiska postfatalizmu, tak samo dotkliwego jak fatalizm kobiecy — tutaj chodzi mi o coś w rodzaju nowego wcielenia „femme fatale”, w internetowym hiperbaroku dominuje bowiem zjawisko tzw. „femme postfatale”, czy — rodzaj neofatalizmu oraz „femme neofatale”, a „gender studies” przesiąknięte są głęboko wojennym resentymentem, tak samo zresztą, jak „animal studies” (by przywołać tutaj moją własną wojenną metaforę z „Praktyk”, zwierzęcej rzezi niewiniątek…).

Nikt za nic nie przeprasza, chyba że pod nakazem sądu, za to wszyscy sobie bardzo mechanicznie, nawzajem, dziękując, nie wiedząc zgoła, za co tę nieustającą wdzięczność — wyrażają (może to jakieś wieczne, wieczyste podziękowanie za przynależność?) — tworzy wszystko to przejmującą pustynię ujemnej, pustej, wyjałowionej uprzejmości. Współczesny Eliot napisałby poemat „Podziękowania jałowe”, albo „Wdzięczność jałowa”… — „Ziemia jałowa wdzięczności”, z tej jałowości nie zrodzi się żadne wyjście, żadna jałowcowość, tu natura nie zainterweniuje w swojej własnej obronie, kultura również nie weźmie siebie na świadka, nie zatrudni żadnych adwokatów, bo ich po prostu nie ma, mało tego, bo sama prokuratura — obywa się tutaj bez prokuratorów: XXI-wieczne „dziękuję” to więc „dziękuję żadnego zobowiązania i żadnej odpowiedzialności”.

Jak tworzyć w świecie, w którym trzy czwarte, a być może już — cztery piąte sceny społecznej nie tylko w Polsce nie jest zainteresowane wartościami wolności i literatury? To zaledwie połowa myśli do przekazania, druga połowa brzmi — czym są zainteresowani w perspektywie wartości — zatem? Co „skonkurowało” w ich prywatnym poglądzie aż takie imponderabilia, jak wolność i odpowiedzialność, co jest aż tak wymowne i przemawiające, ażeby zmieść z planszy wolność i odpowiedzialność? Dla mnie Facebook jest w pierwszym rzędzie terenem wojny, jeżeli jest księgą, to front o sile ataku i atakowania zastępuje tu jej okładkę, jeżeli jest Biblią, to ta Biblia zaprasza na front, front gorejący — trzeba to jednak powiedzieć i porzucić tę obsesję, przestać o niej pisać, by nie dać się pochłonąć — to nie jest przecież czas na czułość i serdeczność, tym bardziej na współczucie, kiedy wszystko już potraciliśmy, wszystko, z czego byliśmy dumni, a rozumienie staje się narzędziem władzy, mówiąc „nie rozumiem cię”, „nie rozumiem twej literatury”, „nie rozumiem twej religii”, sprawuję de facto nad tobą władzę, której nie da się mi wytrącić z rąk: bo nie mam prawa zadawać pytań, z czego to niezrozumienie wynika, otrzymuję jedynie obowiązek — ale bez żadnych praw — mam się wytłumaczyć z tego, co niezrozumiałe, ty zaś dopiero podejmiesz decyzję, nie wiem doprawdy, w oparciu o co, decyzję — co do tego, czy przekonałem cię w swojej — zrozumiałości… Rozumienie zależy nie od kryteriów logiki, sylogizmów, czy — presupozycji, czy — retoryki, zależy tylko od twojego intelektualnego kaprysu, cały więc inteligiblizm świata zawisa tylko na twej zachciance, sztucznie wykreowanych zasadach, prawie, który sobie stworzysz przy pomocy instytucji, które posiądziesz w danej chwili, czy masz ochotę akurat teraz pojąć to, co mówię do ciebie. Nie, nie odróżniamy już aktu od komentarza, jego komentarza i to sprawia, że najbardziej sprawiedliwy akt staje się dla nas czymś pretensjonalnym albo desperackim — i to zaraz po tym, tylko zaraz po tym, kiedy odkryjemy w jego sprawie jakiś komentarz — desperacki albo pretensjonalny. A to przecież, jakby uznać naukowe założenie, że człowiek jest zły tylko dlatego, że jakiś archeolog przy ekshumacji odkrył jego brudną sukmanę, a może jeszcze — skazę na szkielecie, która go zdziwiła… Owszem, zaczynamy żyć w czasach, w których komentarz aktu staje się — zabobonem zastępującym prawdę, a stworzyć dzieło życia oznacza „załatwić się”: dziełem życia. Jest jeszcze jedno określenie, które przychodzi mi na myśl w kontekście Europy oraz Polski lat 2000-2050, 2020-2050: uśmiechnięty barok, uśmiechnięty barok uśmiechniętej Polski i uśmiechniętej Europy. Ratować może nas w podobnej sytuacji jedynie czarna oraz bardzo gorzka — czarna, więc trzeźwiąca — ironia, uświadamiająca mocno, że wspólnota — przede wszystkim — jest rzeczywistością trudną do zniesienia, w przeciwnym razie bowiem przedstawia sobą tylko „promieniotwórczość wspólnototwórczości” („the radioactivity of the community-creativity and of the community-building”…), toksyczną wspólnototwórczość… Wspólnotowy barok, wspólnototwórczy barok to w pierwszym rzędzie musi być jakieś — niewypowiedziane, calderonowskie wręcz cierpienie, Golgota baroku aż do granic jego — możliwego i niemożliwego napięcia i wytężenia, Golgota Wschodu i Zachodu, ale także powiedziałbym Golgota Ziemi i Golgota wszystkiego tego, co pozaziemskie w ścisłym — znaczeniu tej pozaziemskości.

Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści