KRZYSZTOF WACŁAWIEC
Osiem dni w jedną ponurą noc [fragment 1-2]
zbieżność nazwisk z rzeczywistymi osobami jest przypadkowa
1
— Po co tu stoi?
— Czekam — odpowiedział stary.
— Nie widzi tablicy? — Padło drugie pytanie. — Pójdzie stąd, bo przegonię.
Robotnik podszedł niechętnie do starca, zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Dym wypuścił nosem. Czekał. Stary cofnął się o kilka kroków za tablicę. Długie szare palto i szpiczasta, futrzana czapka sprawiały, że wyglądał jak piaskowa baba albo kamień migdałowatego kształtu, smukły i wysoki jak menhir.
— Zakaz wstępu — przeczytał Starzec na głos bez zrozumienia.
Poranne słońce zaświeciło robotnikowi w twarz, zmrużył oczy i zaciągnął się drugi raz, zakaszlał, zebrał ślinę i flegmę z gardła, splunął pod nogi. Za jego plecami przetoczyła się koparka, jej cień zakrył okna na parterze kamienicy. Zasyczała, zazgrzytała i wystawiła z podwozia cztery stalowe stopy, pewnie zaparła się na asfaltowej drodze, z ramienia wysunęło się przedłużenie, sięgnęło ponad dach trzypiętrowej kamienicy. Obok posłusznie zaparkowała wywrotka. Na końcu ramienia zaklekotały ogromne szczęki pneumatycznego chwytaka, zęby wygryzły kawał dachu, zbutwiałe belki pękły, kilka dachówek stoczyło się z hukiem na ulicę. Koparka ukłoniła się dystyngowanie wywrotce i wypluła do jej wanny pełen pysk gruzu, po czym sięgnęła po następny kęs. Gryzła, chrupała, przeżuwała i wypluwała porcję za porcją martwego ciała kamienicy. W oczach starego pojawiły się łzy, z rękawa albo spod płaszcza wyciągnął laskę i oparł się na niej. Stał przekrzywiony, mocno, jak kamień wryty w ziemię. Zadudniło. Gdy koparka trąciła ścianę frontową, a jej część wraz z oknem runęła do środka, ugiął się na nogach. Pochylił głowę, zaraz jednak podniósł wzrok i przenikliwie patrzył. Patrzył na upadek domu. Może przyglądał się obłupanej płaskorzeźbie półnagiej nimfy uchwyconej w półobrocie na narożniku nośnej ściany? A może rzędom wyblakłych słoneczników, którym koparka zrywała ciężkie i uśmiechnięte głowy? Lub drzewku brzozy, uczepionemu na gzymsie przekrzywionej lodżii, które drżało ze strachu pod uderzeniami ciężkiego sprzętu?
Ciężarówka odjechała ze swoim urobkiem, w jej miejsce podstawiono następną. Robotnicy wynosili wyszarpane przez koparkę belki i deski, układali je w sterty i rżnęli na krótsze kawałki, żywiczny zapach rozniósł się po placu i zakręcił w nosie starca. Dach — głowa kamienicy — zniknął, kleszcze koparki wgryzły się w mur, czerwone cegły trysnęły na ulicę, pył wapiennej zaprawy zasłonił kamienicę, koparkę i szare niebo. Przejeżdżające obok, za zamkniętą strefą, samochody zwalniały, a ich kierowcy i pasażerowie przyglądali się ciekawemu widowisku. Nimfa oparta na miażdżonym gzymsie odwzajemniała ich spojrzenia, ale jej przytarte i wyblakłe oczy nie wyrażały żadnego zainteresowania. Nic, ani krzty protestu czy strachu, które przecież są normalne w takiej sytuacji. Kilku przechodniów zatrzymało się obok Starca, wymienili uwagi: „Wreszcie wyburzają tę ruderę”, zawyrokował podchmielony jegomość. „Nie mogli jej wyremontować?”, zapytała go oburzona pani w dziwacznym berecie. „Dobrze, że nikomu na głowę się nie zwaliła”, zauważył ktoś inny, a młoda matka powiedziała do dziecka: „Jaka szkoda, była taka piękna”. Tymczasem już druga i trzecia ciężarówka wywiozły gruz, a czwarta pękata zapełniała brzuch. Koparka obniżyła ramię, schowała stopy i odstąpiła na kilka metrów, koparko-ładowarka i robotnicy usuwali gruz oraz pył z chodnika i ulicy. Tarcza skrytego za chmurami tego dnia słońca, podobna do księżycowej, zawisła pośrodku nieba. Deszcz nie mógł spaść, ugrzązł w ciężkim jak ołów powietrzu. W ruch poszły miotły i łopaty, robotnicy kasłali, klęli i spluwali. Podnieśli zawiesinę pyłu wapiennego, odoru zawilgoconych stropów, piwnicznych wyziewów i czegoś jeszcze, może zerwanych rur kanalizacyjnych, a także smrodu spalin, rozgrzanych olejów i smarów. Tumany kurzu rozlały się, zawirowały wśród przejeżdżających samochodów. Przechodnie przemykali, zasłaniając nosy i usta, ktoś zakaszlał, ktoś kichnął, a starzec niewzruszenie stał, szary od pyłu, już przez nikogo nie zauważany.
— Fajrant, na dzisiaj koniec — zawołał ten sam robotnik, który wcześniej przeganiał starca.
Podszedł do niego i z pewnej odległości przypatrywał mu się wnikliwie. Chciał coś powiedzieć, może o coś zapytać, ale machnął ręką i odszedł. Starzec poczuł zapach jego potu i alkoholu zmieszanego z kiełbasą. Nimfa, oszczędzona jeszcze na jedno popołudnie i noc, czekała na wyrok jutrzejszego poranka. Jej prawa stopa oderwała się od muru. Za nią w obnażonym, odartym z tajemnicy pokoju sypialnym zwisały szerokie pasy zawilgoconych tapet, jak łuszcząca się wylinka ogromnego węża z nastroszoną czupryną desek roztrzaskanego sufitu. Poniżej, na parterze, ciągle tkwiły jeszcze zakryte dyktą ślepe okna i nienaruszone drzwi wejściowe z pękiem gipsowych piwonii u zwieńczenia nadproża. Maszyny budowlane odjechały, robotnicy zabezpieczyli wjazd skrzydłami prowizorycznej bramy, wyłączyli jazgotliwe radio i odeszli. Ołowiane niebo pociemniało, tarcza słońca albo księżyca zginęła w gęstych chmurach.
Starzec rozejrzał się dookoła, wyciągnął z kieszeni zaśniedziały klucz, przyjrzał się, jak błyszczy w jego dłoniach. Zastygłe nogi ugięły się w kolanach i ryzykownie ruszyły do przodu. Potykając się, wzniecając pył, przecisnął się pomiędzy skrzydłami bramy, rozdzierając mankiet płaszcza o wystający drut. Podszedł do drzwi wejściowych kamienicy, jeszcze raz się rozejrzał. Nie zauważywszy nikogo, zatoczył laską szeroki krąg, wymamrotał coś jak zaklęcie i włożył klucz do zamka. Spojrzał do góry, jakby szukał kogoś w jedynym oknie ocalałym na piętrze. Przekręcił, zamek zazgrzytał i kliknął. Z gzymsu utkanego wianka nimfy oderwał się mały płaski kamyk, który zawisł w gęstym powietrzu. Za chwilę wzleciał nad okap lodżii jak motyl, zatrzepotał skrzydełkami, a za nim wystrzeliły z wianka i koszyka zawieszonego na ramieniu nimfy inne pyłki, płatki i kwiatki, muszelki, niby muszki i pasikoniki. Wirując, usiłowały zakręcić, zamotać, zawinąć ołowiane niebo. Jego siła bezwładności wydała się niewzruszona, jednak drobiny uparcie wirowały. Aż zagniewany starzec z naburmuszoną twarzą wskazał na okno ostro zakończoną laską i zakręcił nią jeszcze raz, energiczniej. Zaklęcie wypowiedział głośniej. Ołowiane niebo drgnęło i wybarwiło się jasnymi ażurowymi plamami, te przekształcały się w coraz węższe i dłuższe wiązki, które z mozołem zawirowały zgodnie z wartkim obrotem drobin. Nad domem ruszyło ogromne koło młyńskie, utkane jak koszyk wiklinowy, w jego środku tarcza księżyca wybarwiła się na żółto zza chmur. Skrawki tynku podniosły się z chodnika i wróciły na swoje miejsce, formując stopę nimfy. Drobny pył wygładził jej lica, uśmiechnęła się. Zwiewna tunika, jej ramiona i obnażone piersi wypiękniały i zabarwiły się naturalnymi kolorami. Niewierna kopia Wiosny Alfonsa Muchy spojrzała z wysokości na starca. Uśmiechnął się do niej tryumfalnie, po czym ostatni raz zakręcił laską nad głową i wypowiedział trzecie zaklęcie, chwycił za klamkę, drzwi zaskrzypiały. Księżyc, podbarwiony lekką zieloną nutą, zajaśniał jak słońce za dnia. Mężczyzna wszedł do środka i szybko zatrzasnął za sobą drzwi. Cegły i kamienie fasady ułożyły się jedne na drugich, okna wypełnione taflą malachitowego szkła stanęły w otworach. Zawisły balkony i lodżia. Tynk przywarł do ścian jak odmalowany seledynowym lukrem. U zwieńczenia legły murłaty, wyżej słupy, płatwie, krokwie i łaty, na nich rozłożyły się oliwkowe dachówki. Tylko dla brzozy nie znalazło się miejsce. Stary stanął w holu, przed nim schody, stopień po stopniu, rozwinęły się turkusową klawiaturą. Zegar wybił dwunastą, szafirowe wskazówki szybko cofały się, już za chwilę była jedenasta i dziesiąta, a potem dziewiąta. U szczytu schodów stała Wera w szmaragdowej sukni.
— Dobry wieczór, Alfredzie. — Zgrabnie ugięła urękawicznioną dłoń i ukłoniła się delikatnie.
Warstwy pudru i różu nie zdołały zakryć piętna, jakie wywarł na niej upływ czasu.
— Dobry wieczór, Wero — odpowiedział starzec, czapkę i palto rzucił na wieszak.
Płowy włos zmierzwił się na jego skroni. Zawiesił laskę na głowni słupka balustrady i nad wyraz energicznie, jak na swój wiek, wszedł na schody.
— Pięknie wyglądasz!
— Zapraszam. — Uśmiech zmarszczył kąciki jej zielonych oczu.
Dogonił ją w połowie drugich schodów i objął w talii. Weszli na piętro. Zegar znowu wybił dwunastą. Świeczki w kandelabrze zawieszonym na ścianie urosły do pierwotnych rozmiarów, knoty wybielały.
— Raz, dwa i trzy. — Wera zgasiła żarzące się płomienie, przyciskając je palcami. Alfred pocałował ją w ramię. Wkrótce jego popielaty wąs podrażnił drobne włoski na jej smukłej szyi.
2
Za oknem zagościł biały dzień. Szczyt ruchu, samochody mijały skrzyżowanie, niechętnie przepuszczały przechodniów. Po koparce i ciężarówkach nie było śladu. Młoda matka pchała wózek dziecięcy pod górkę na Raciborskiej, dziewczynka w wózku dokazywała wesoło. Przy ulicy Dworek ganiały się bezpańskie psy. Na Hallera, zaraz pod kamienicą, starsza pani wlokła wózek z zakupami, por wystawał z torby. „Zapewne idzie z targu”, pomyślała Wera i odeszła od okna. Na Wodzisławskiej, prawie naprzeciw okien, ktoś inny wyszedł ze sklepu zoologicznego z klatką na ptaki. Zamykane drzwi trąciły dzwonek zawieszony u wejścia, dwa kanarki balansowały na patyczkach w klatce. Za witryną sklepu zoologicznego było ich więcej, jeden był nawet był niebieski. Skakały z żerdki na żerdkę, czasem któryś zaśpiewał, ale warkot samochodów zagłuszał ich trele. W akwarium na parapecie lampa pulsowała nieznośnie, a skalary goniły młode gupiki i obgryzały im płetwy. Duża brzoza rosnąca przy chodniku powiewała gałęziami, potrząsała szyszkami i rozsiewała drobne nasiona. Zegar tykał, czas cofał się nieodwracalnie.
Alfred wstał z łóżka, wciągnął spodnie i założył białą koszulę, zapiął spinki u mankietów, spojrzał w lustro nad toaletką, jego szpakowate wąsy pociemniały. „Coraz przystojniejszy”, zauważył. Z kieszeni wyciągnął zaśniedziały klucz, przetarł go rękawem i ukrył w obudowie zegara. Zamknął drzwiczki i zawołał Werę, ale nie odpowiedziała, obszedł mieszkanie, „musiała wyjść”. Założył kamizelkę i z bocznej kieszonki wyciągnął zegarek. „A ten czemu nie chodzi?”. Zszedł na parter kamienicy. Ukradkiem zajrzał do salonu piękności, nikogo w nim nie było oprócz fryzjerki. W szkole rodzenia kilka pań przy nadziei ćwiczyło wygibasy na dużych piłkach. Zachichotał, widząc, jak ugniatały wyrostki piłek. Potem wślizgnął się do gabinetu gastrologicznego, na kozetce siedział pacjent, wymięty i sponiewierany po badaniu. Doktor za biurkiem trzaskał jednym palcem w klawiaturę maszyny, a ona odciskała pod jego dyktando litery i cyfry na formularzu. Pacjent zapinał guziki koszuli, nagle spojrzał na przybysza. Alfred zamarł w bezruchu. „Przecież on nie może mnie widzieć”. Pacjent przeniósł wzrok na doktora, chropowatym głosem zapytał:
— Co ze mną będzie, panie doktorze?
— Chwileczkę, chwileczkę, już panu wszystko wyjaśniam — odparł lekarz, przesunął dźwignę zmiany wiersza, po czym po wielokroć nacisnął znak myślnika, oddzielając w ten sposób przerywaną krechą tekst rozpoznania od zaleceń, jeszcze raz za pomocą dźwigni obrócił wałek i nacisnął klawisz „margines”. Popatrzył chłodno na pacjenta. Po zastanowieniu zaczął wyciskać znak po znaku tekst zaleceń.
Na stoliku ambulatoryjnym obok wziernika leżał wąż gastroskopu — oślizgły i lepki, jego soczewkowata główka zwisała bezwładnie nad porwanym wałkiem ligniny. Alfred wyszedł zza parawanu, był pewien, że żaden z nich nie może go zobaczyć. Pochylił się, by zajrzeć do okularu, w szarej soczewce niknęło światło jarzeniówki, ostrożnie przyłożył oko, źrenica odbiła się w szklanym okienku — „trzeba bliżej”, przycisnął szczelnie oczodół do okularu, w głębi zobaczył czarną i wypukłą plamę, „okrągła, absolutnie zimna otchłań”, pomyślał. Lekarz wstał i oznajmił pacjentowi:
— Zaczerwienienia błony śluzowej, liczne nadżerki w ścianie żołądka, ech… — Spojrzał na formularz. — Panie Andrzeju, trzeba leczyć. Pobrałem próbki na helikobakter. Zobaczymy. Proszę przyjść za tydzień po wyniki. A tymczasem proszę, oto zalecenia. Będzie dobrze, niech się pan nie martwi.
Pacjent skurczył się w sobie jeszcze bardziej, wziął kartkę i złożył ją na cztery. Coś wymamrotał, skłonił się uniżenie, przyciskając żołądek do kręgosłupa, i wyszedł, a za nim Alfred. Ich drogi rozeszły się w sieni. Alfred próbował sobie wyobrazić wnętrzności pana Andrzeja, ale za nic nie potrafił. Kiedy wrócił do ciemnego mieszkania, Wery jeszcze nie było. Zapalił światło, poczuł głód, a nie wiedząc, jaka to pora dnia, przygotował obiad składający się z gotowanych ziemniaków, odgrzewanego kotleta i mizerii. Zapadł zmrok, a za chwilę było już jasno, stracił poczucie czasu. Zjadł zimne i lekko nieświeże, popijając ostygłą kawą. Wróciła Wera, położyła siatkę z zakupami na stole, spojrzała na zgarbionego nad talerzem Alfreda, w jednej ręce sterczał widelec, a na nim kawałek obeschłego ziemniaka. Podniósł głowę, ich oczy się spotkały. „Wygląda coraz młodziej”, pomyślał.
— Jesteś… — powiedział, próbując wstać, trącił stół i zaraz usiadł. Patrzył na nią zachłannie, z trudem hamując emocje.
Zdjęła letni płaszcz, zawiesiła go na wieszaku, owionął go zapach perfum z lekką nutą jaśminu. Spojrzała na niego kokieteryjnie.
— Co mi się tak przyglądasz?
Uśmiechnął się tylko. „Skóra na jej twarzy wydaje się jędrniejsza, a zmarszczki, zauważył, prawie zupełnie się wygładziły”. Usiadła na krześle i zsunęła czółenka, pochyliła się i poprawiła pończochy. Z milczącym uśmiechem zajrzał jej w dekolt. Nieco speszona odgarnęła włosy opadające na szyję i podeszła do okna. Wyczuwała napięcie. Ręce oparła na parapecie, wyjrzała za okno, jak kotka wspinając się na palcach u stóp; na pięcie puściło oczko pończochy.
— Ale się nachodziłam — westchnęła. — Bolą mnie nogi.
— Gdzie byłaś? — zapytał opanowanym głosem. Gdy nie usłyszał odpowiedzi, zapytał jeszcze raz łagodniej: — Wiesz, że nie powinnaś wychodzić z domu?
— Nic nie można kupić — odparła wymijająco.
— Przez takie wychodzenie może się coś nie udać. — Spojrzał na jej biodra.
— Chodź do okna, coś się dzieje — odrzekła, udając zainteresowanie.
— Co?
— Nie wiem, jakiś rwetes.
— Usiądź. Zjedz, zrobiłem dla ciebie.
— Co to jest? — Zdegustowana spojrzała na stół. — Wyrzuć to. Choć tu szybko, patrz!
cdn.
Krzysztof Wacławiec (ur. w 1971 r.) — pisarz. Mieszka w Rybniku. Publikował m.in. w „Czasie Literatury”, „e-eleWatorze”, i „Twórczości”.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved