Skip to content

WOJCIECH JUZYSZYN

Dolina Niesamowitości. 2

Kamila zaczęła dyskurs z robotem o atomach, subatomowych meandrach, cząsteczkach oraz chemikaliach i procesach. To trwało długo, a miłość w rozmowie była wzajemna. Aśka zasnęła, jej głowa wylądowała przy talerzu z niedojedzoną fasolą.

Śniła o robotach z receptorami w formie wąsów. Że ona jest w zawalonym domu, a one jej szukają, ale jest to bezcelowe, bo ona nawet nie chce, by ją znalazły. Miedzy zwalonymi cegłami dochodzi do ciągłych wyładowań niesamowitości i jest to raj w gruzowisku.

Wojtek walczył z sennością szklanym, butelkowym mieczem wypełnionym przezroczystą potęgą, całował klingę i zakrapiał usta animuszem. I widział to, widział smutek w oczach kuzynki. Dywagowała z robotem o tych atomach, o wiązaniach kowalencyjnych, peptydach, kwantowości, chemii organicznej, falach, cząsteczkach i o węglu, a jednak była smutna — nic nie gwałciło umysłów. Wizyta robota okazała się jałowa, przeczuwali to i oto rozgrywał się najmroczniejszy ze scenariuszy. Pustka emocjonalna. Witamina nie przybyła, nie zasypała ich pod piramidą prochu, nie było czadu ani wyładowań.

Kamila była tak smutna, że podczas rozmowy o rafineriach ropy naftowej z jej oczu jęły kapać łzy. To było tak przykre, że również naukowcy płakali, z Wojtka też się lało i także z przebudzonej Aśki. A robot uśmiechał się tylko, potakiwał i odpowiadał bystro na każdy naukowo-przemysłowy temat. Co za bestia. Jak mogła się nie wzruszyć?

Aśka i Wojtek nie wytrzymali teatru cierpienia z primadonną pod postacią Kamili. Pogasili wszędzie światła dla klimatu, nawet w salonie, ponieważ nikt nie oponował, odpalili zapalniczki z klapką i chodzili z nimi po ciemnym domczysku, szukając czegoś, co przetrzebi mózg. I hejże, jeśli znajdą, to ściągną tam Kamilkę, choćby z kablami i całą aparaturą.

Mieli trochę nosa, że wybrali się na przechadzkę, ponieważ dom jął rezonować. Pierwsze co, Wojciech pokazał siostrze wielką szczotę do zębów za wanną, która wciąż krwawiła i krwią tą wypełniła całą wannę, poziom posoki wspiął się również należycie w całym pomieszczeniu. Kiedy otworzyli drzwi do łazienki, krew wylała się na korytarz. Szczota dalej pracowała wąsami, zapuszczała czujki daleko poprzez wymiary.

Musieli przyznać, że sama szczota zaczadzała czerep, lecz i tak wszczęli poszukiwania innych pralin, żeby nie wypaść blado przed badaną aktualnie Kamilą (Kamysławem) i nie ściągać jej do byle ochłapów. Dom ich dziadków bywał nieśmiały, odkrywał swoje trzewia w subtelnych znakach i potrzebował czasu, aby się uzewnętrznić, toteż wykazali się cierpliwością i błądzili po jego smętnych zakamarkach, powracając nie raz do tych samych miejsc, by odkrywać wcześniej utajone.

Zaczęło się subtelnie. Żarówka w żyrandolu wiszącym w kuchni zapalała się i gasła, mrucząc przy tym głęboko. Ale gdy rodzeństwo zawitało tam kwadrans później, wracając z jałowych łowów na korytarzach i pseudowerandzie, żarówka zdziczała — strzelała i sterowała fotonami, aby wbijać je w powierzchnie płaskie, nad którymi wyświetlały się potem starożytne mikromiasta stworzone ze światła. Proste na podłożu, przekręcone na bok na ścianach i odwrócone na suficie. Ginęły, przeskakiwały nieco dalej, rodziły się od nowa władane żarówkowym widzimisię. W kuchni ożyła dynamiczna konstelacja miast pełnych świętych kręgów, ołtarzy i świątyń tętniących obrządkowością.

Nie wiedzieli, dlaczego dom odpowiadał w taki sposób na wizytę quasi-człowieka, ale wpatrywali się w spektakl i wyjadali fasolę z puszek, które podgrzewali zapalniczkami. Poskramiali pierwotne instynkty, nie mrugali i nie zważali na fasolowy sos, który coraz gęściej obramowywał ich usta.

W pół fasoli zamarli do reszty, ponieważ babcina skrzyneczka z igłami, szpulkami i guzikami jęła lewitować, samoistnie otwarła swoje klapki górne i wyleciały z niej igły, ciągnąc za sobą ogony z fragmentów nitek. Quasi-komety przemierzały kosmos kuchni i przecinały miasta ze światła, zbierając z nich efemeryczny materiał.

Wreszcie igłokomety zgromadziły się w jednym miejscu i utkały zero-jedynkową macierz-płachtę. Cyfrowy dywanik, gdy tylko powstał, speszył się i czmychnął, by schować się gdzieś w zakątkach domu.

Odstawili fasolę i ruszyli dalej. Oprócz stonowanej rozmowy Kamili z quasi-człowiekiem, która wciąż trwała w odległych czeluściach salonu i meandrowała wokół nauki i przemysłu, towarzyszyły im ciche mezopotamskie bębenki.

Przeszli do sypialni naprzeciwko kuchni, tam spod tapczanu wyturlała się butelka wódki, co im się spodobało. A jeszcze bardziej im się spodobało, że w suficie zionęła dziura, przez którą przebijała się wieża z butelek po wódce. Stanęli przy wieży, gdzie butla na butli stały, i ujrzeli, że magiczny słup sięga aż do Księżyca. Nie, nie Księżyca, sięga dalej, het, do innych galaktyk. I ten proch, który kotłował się w butlach, i migoczący gaz nie były, jak sobie najpierw pomyśleli, szatanem w proszku, tylko kosmiczną materią zassaną z mgławic i planet aż tutaj przez chętne butelki.

W jednej butelce schowała się macierz-płachta, dywanik stworzony z cyfrowej energii, zer i jedynek. Uciekła, jak tylko zbliżyli ślepia, by się jej przyjrzeć.

Jak wbite w kosmos butle miały się do quasi-człowieka — nie wiedzieli, ale gdy już nacieszyli umysły nietuzinkowym widowiskiem i wódeczkowa wieża stała się czymś swojskim jak brat, ruszyli dalej na domiszczowy wojaż.

Po raz dziesiąty zawędrowali na wyjściowy skraj domu, na swoiste rubieże domostwa, tak oddalone od reszty pomieszczeń, i tym razem natknęli się na małą, miłą osobliwość. Z zegara z kukułką wiszącego nad kredensami powyłaziły mechaniczne „pajęcze odnóża” i łączyły się z podłogą. Pracowały jak najęte, ponieważ były tłokami. Zdawały się zasilać drewnianego ptaka, który wyskakiwał i odliczał czas jak pogrzany. Czas na zegarze leciał wstecz, jakby głośne ptaszysko pragnęło jak najszybciej dotrzeć do epok dawno minionych. Ptak w ten sposób upodabniał się do szczoty łazienkowej, również „sięgał ku”, ku czemuś. A przy tłokach zakapturzeni jegomoście o ponurych twarzach wylewali ze starożytnych naczyń oliwę, aby nasmarować rozgrzaną maszynerię. Cyfrowy dywanik również i stąd uciekł. Odpoczywał owinięty wokół jednego z mechanicznych pałąków.

Rodzeństwo z zapalniczkami cicho westchnęło. Dom ukoił ich swoim rezonowaniem, choć ani krztynę go nie pojmowali. Cicho buzował znakami, podniecony jak dziecko schowane w zigguracie.

Uznali, że warto by skoczyć po Kamę, by również sobie popatrzyła. Oczekiwali czegoś więcej, otrzymali cyrk, ale i tym potrafili się cieszyć. Pokażą jej szczotę, miasta ze światła, wódeczkowy słup i kukułkę zasilaną tłokami. Może gwałt psychiki to nie będzie, no ale cóż, szczęśliwy ten, kto umie cieszyć się drobnostkami. Wierzyli, że Kamila zrozumie ten punkt widzenia i nie powykręca im głów z gwintów, że ją tak skrzykują na „ochłapy”, choć byłoby to w pewien sposób śmieszne.

W obawie „przed” upewnili się, czy nie natkną się gdzieś indziej na równie ciekawe rezonowanie, ale odnajdywali już tylko małe westchnienia ich strudzonego domu. Doliny niesamowitości w słojach na meblach, ale też inne, plemienno-kapłańskie symbole, w szafach kręciły się tryby albo buczały serwery, piwnica zapełniła się rozwalonymi machinami, które pierwszy raz na oczy widzieli. Między innymi znaleźli tam płytę z wielkim, mrugającym, czerwonym reflektorem, podłączonym na ostatkach do elektronicznej skrzyni.

W łazience nadto główka gwoździa, na którym wisiał obraz z gejszami grającymi w go, mrugała jak diodka. Sama ramka z obrazem cicho buczała niczym ujęte w prostokąt magistrale danych. Tak samo, dostrzegli, ożyły ramki pozostałych obrazów w całym domiszczu.

A ta mrugająca diodka migała tako: krótki, krótki, krótki — długi, długi, długi — krótki, krótki, krótki.

Wrócili do salonu, gdzie Kamila rozprawiała z quasi-człowiekiem.

— Chciałabym / doprecyzować — powiedział robot, gdy rodzeństwo zgasiło zapalniczki i włączyło wreszcie światło w salonie. — Ponieważ tego nie powiedziałaś / wprost. Czy wyznajesz coś / w stylu / kultu węgla?

Policzki Kamili aż pokraśniały po tym pytaniu.

— Tak! — zapaliła się. — Można tak powiedzieć, choć sama o tym tak nie myślałam. Węgiel jest tak wszechobecny w chemii organicznej, iż można by przyrównać go do boga.

— To piękne — pochwalił quasi-człowiek.

— A ty, quasi-człowieku, co uważasz za esencję, skoro zeszliśmy na bardziej głębokie tematy?

— Za esencję uznaję / krew. Kiedy naukowcy pokazywali mi / obrazy różnych malarzy, bardzo podobały mi się obrazy masakr / stosów ludzi skąpanych krwią. Zawsze wykazywałam wtedy / ożywione reakcje i moi przyjaciele dziwili się / dlaczego. Zrozumiałam, że chodzi o / piękno kontrastu. Martwe ciała / zestawione z posoką / nośnikiem życia / to naprawdę wybitna / impresja.

— Och. — Kamila tylko się zarumieniła.

Nie podejrzewała, że przeprowadzi z robotem tak ciekawy dyskurs. Przez to jednak, że zamknęła oczy w momencie rozrzewnienia, nie widziała, że robot bardzo szybko przybrał „lunaparkowy” wyraz twarzy i puścił Wojtkowi mroczne oko.

— Dobrze, kończmy to już — żachnęli się naukowcy, wydawali się podminowani. — Pani się w ogóle nie boi! Ma pani stałe parametry, a pani mózg ożywa tylko pozytywnymi emocjami. Pani tak specjalnie się buntuje przeciw naszym dotychczasowym odkryciom?

— Och, to nie bunt. Stosuję myślowe techniki odstresowujące. Siedemset dziewięć, siedemset dziewiętnaście, siedemset dwadzieścia siedem. Wymieniam po kolei liczby pierwsze, aby utrzymać fason. Siedemset trzydzieści trzy. Podłapałam tę technikę od pewnego złola z anime.

Naukowcy sapnęli nosami. Ani trochę ich to nie udobruchało. Kamilę to zdziwiło, myślała, że ją aż pogłaskają za podzielenie się z nimi mykiem taktycznym.

— Dobrze, odepniemy panią, dziękujemy za pani czas. Dobrze, że pani już wróciła z wycieczek. — Zwrócili się do Aśki: — Teraz pani kolej.

— Uuu, strachy na lachy! — zażartowała Aśka i choć nie ujrzała tego, quasi-człowiek obdarzył ją długim, „lunaparkowym” wejrzeniem.

Połączyli Aśkę z aparaturą.

— Cześć, słońce.

— Cześć, robociku!

Aśka i quasi-kobieta zaśmiały się, śmiech androidki był jednak mechaniczny i straszny. Aśka śmiała się i bała jednocześnie. Nie umknęło to uwadze naukowców, pochylili się nad kołonotesami, zapisywali, oblizywali się, jakby żywili się cudzym strachem, pływali w oceanie swego żywiołu.

Teraz to Kamila i Wojtek wpierdalali fasolę aż miło, sięgali szczytów pierwotności przy swoich rozłożonych na uboczu stolikach. Pokażą Kamie westchnienia domu już na spokojnie po wszystkim. Niech cyrk dalej tam trwa sam dla siebie i czeka na wygłodniałe oczy spektatorów.

— Widzę / w twoich oczach / skrzenie / jakby: szczęście! — żywo spostrzegł robot.

— Prawda? — Aśka była dumna ze szczęścia skrzącego w oczach.

Kamila i Wojtek wymienili spojrzenia i wygięli usta w uznaniu za niebywałą spostrzegawczość maszyny.

— Zdradź mi / sekret / chciałabym być / równie szczęśliwa.

— To wszystko dzięki milaskom, moja miła! Ale przecież jesteś tylko androidem, ty nie masz uczuć, nie możesz być szczęśliwa.

— Milaskom? — Urocze przekrzywienie główki. Quasi-człowiek zdawał się zaniedbać resztę wypowiedzi.

— Nazywam tak słodkie stworzenia, również fikcyjne, nie muszą być prawdziwe. Ważne jednak, aby były milaśne, jak najbardziej zbiedzone, bym mogła je utulić, choćby mentalnie, jeśli widnieją tylko na ekranie.

— Utulić? Aż chciałabym / nagle / stać się zbiedzona / żebyś / dała mi swą miłość. Choć jak dobrze zauważasz / i tak / nie byłabym / przez to szczęśliwa.

Zaśmiały się, quasi-człowiek dobrze operował humorem, widać, że tryby nasmarowane. Aśka aż zatrzasnęła oczy do postaci zmarszczek i klepała się dłonią w udo. Robot wtedy strasznie wykręcił szyję, pochylił łeb i posłał tak upiorny uśmiech Wojtkowi i Kamili, że zachłysnęli się fasolą.

— Oczywiście. — Eksplozja śmieszności dogasała już w Aśce. — Jesteś tylko robotem. Nie odczuwasz niczego, co więcej, w każdej chwili można pstryknąć i posłać cię w sen, nawet wieczny.

— Ojoj — zarzęził robot. — To ci / życie na krawędzi!

Quasi-człowiek zaczął robić śmieszną ruletkę oczami, otwierał usta i wystawiał język. Aśkę to rozbawiło, ale także w chuj przeraziło. Znów zmarszczyła oczy i klepała się w udo. Jej złożone reakcje nie uszły uwadze badaczy, kołonotesy poszły w ruch. Ta dziewka wybitnie łączyła rozśmieszenie ze strachem.

Robot posłał groźne spojrzenie dwójce krewnych za stolikami, tym razem na krótko. Poruszył przy tym niezgrabnie ustami i cicho coś wydusił, ledwo słyszalnie. Mieli wrażenie, że: „Jestem tylko głupim robotem”.

Ich doliny niesamowitości spadły poniżej statycznych wartości i w spadku nie ustawały. Czując dyskomfort, przełknęli ślinę, spojrzeli na badaczy. Ci tylko obserwowali rozmowę, kierując na nią zastygnięte maski twarzy.

Mroczny syf — ich wygłodniałe oczy wyczekiwały go. Rozpoczynało się ciemne preludium, czy do antraktu ostanie się ktokolwiek przy zdrowych zmysłach? Czy gdy kurtyna opadnie po raz ostatni, zbroczy się we krwi wsiąkającej w scenę?

Wzmagało się w nich łaknienie niesamowitości zakorzenione od czasów pierwotnych. Pradawny proch ożywczej witaminy. Strzykawka życia zawisła w przestrzeni, czuli obecność jej igły, ale owa jeszcze się nie wbijała. Ciągle coś się tliło, czaiło, ale witamina dalej nie krążyła w krwiobiegu. Ich dusze ciężko sapały, wiedzione żądzą.

— Rozumiem, że smutna sówka / ze zwieszonym dziobem / i cała puchato skołtuniona / byłaby istotką / nad którą byś się / rozkleiła! — Quasi-człowiek zafiksował się na temacie jak rzep do przewodów.

— Tak, quasi-człowieku! Czytasz we mnie jak w księdze! To aż dziwne, bo jesteś przecież tylko zlepkiem śrubek. Jak to technologia prze naprzód! Prze tak należycie, że w końcu zrodzi prawdziwe globalistyczne dziecko dwudziestego drugiego wieku!

Robot wykonał ramieniem creepy gest skromności.

— Gdybym mogła, zarumieniałbym się!

Kolejna salwa śmiechu Aśki. Quasi-człowiek puścił „lunaparkowe” oczko Wojtkowi.

Dalszy dyskurs traktował wciąż o milaskach i milaśności, ale robot podjął także temat, jacy to ludzie są smutni i zbiedzeni egzystencją, więc wszyscy w sumie są takimi biednymi milaskami, których trzeba tulić. Aśka śmiała się i uznała to za bardzo głęboką myśl. Quasi-człowiekowi smutno było, że ludzie muszą tak nakładać maski i w smutku tłumić swe rozterki, powiedział, że chciałby mieć ramiona wyposażone w plusz, aby koić ludzkość. Aśka śmiała się i płakała, ponieważ rozmowa stała się poruszająca.

Mimo tego quasi-człowiek wykorzystywał momenty skrajnego rozśmieszenia lub poruszenia rozmówczyni (których było od groma), by rzucać dłuższe lub krótsze mroczne spojrzenia ku dwójce krewnych za rozkładanymi stoliczkami.

Wojtek brzęknął odstawianą puszką i z mięskiem otworzył kolejną, by pierwotnie dobrać się do fasoli. Bez przerwy wpatrywał się w quasi-człowieka, wyczekiwał kolejnych lunaparkowych spojrzeń, nic nie mógł poradzić na to, że uzależnił się od nich. Były jedyną uncją pseudogwałtu tego wieczora, marną namiastką miszmaszu jaźni. Kamila na pewno tak samo to postrzegała, też wgapiała się w robota. Już od pierwszej groźby w oczach quasi-człowieka ujawnił się u jedzących fasolę zespół niespokojnych nóg.

Robot świadomie z nich drwił, mówiąc same miłe lub ckliwe rzeczy i kontrastując je „lunaparkowością”. „Jawna drwina” — Wojtek i Kamila oblizywali się. Sos fasolowy dawno tak im nie smakował. Trybiki może nie spadały z osiek, ale poluzowały się, a to dziwne, że mieli trybiki, bo to nie oni byli quasi-człowiekami. Robot niejako ich zrobacał — czuli to.

Rozmowa chyliła się ku końcowi, badacze byli zadowoleni, bowiem Aśka najadła się strachu (mimo potężnych śmiechów), toteż ich dolina niesamowitości pozostała bezpiecznym, stabilnym fenomenem.

Dyskurs przerwał dopiero kamień, który, rzucony z podwórca, wybił szybę. Potoczył się po dywanie i obił miło o nagą stópkę quasi-człowieka.

Wojtek, Kamila, Aśka i badacze podeszli niespiesznie do okna i otworzyli je na oścież. Na podwórku, na trylinkowej dróżce oraz dalej, aż na klombie, ujrzeli tabun ludzi z widłami i pochodniami. Ich grobowe wejrzenia, wielkie nosy nad krzaczastymi wąsami, spiczaste damskie chusty zasadzone na głowach oraz agresywne garby mierzyły prosto w domostwo krewnych. Cisza przybyszów, przetykana trzaskami spalanych pochodni, była najbardziej istniejącym z nieistniejących dźwięków.

— Państwo pożyczyć cukier? — zapytał grzecznie Wojtek.

Odpowiedziała mu cisza, pochodnie gorliwie trzaskały.

— Oddajcie / nam / robota — wydusił tęgi wujcio na przedzie hałastry.

Wojtek parsknął nosem, sam ten człowiek dukał jak ichni przywieziony tutaj android.

— Bawi cię to, blondas? Oddajcie nam mechanicznego człowieka albo spalimy całą chatę. Nie będziemy przebierać w środkach.

— Och, nie — wtrącił szybko badacz w schludnej koszulce polo. — Nasz robot nazywa się quasi-człowiek, nie mechaniczny człowiek.

Odpowiedziała mu cisza. Rozmowa tocząca się przez okno to rwała się, to gęstniała.

— Naprawdę aż tak bardzo chcecie sprawdzić palność waszej chałupy?

— Nie chcemy — odparła zdawkowo Kamila.

Wojtek i Aśka spojrzeli na nią jak na porażoną: „Nie chcemy”? Coś się zaczyna właśnie rodzić, a Kamila wykazuje się taką zamkniętością.

Zapadła cisza, przedłużała się, tylko pochodnie zdawały się wymieniać rozgorączkowane uwagi.

Tęgi mieszczanin wyszedł przed grupę i machnął parę razy rozjarzonym pałąkiem z drewna.

— Palimy? Czy robot trafi w nasze ręce?

— Prosimy wyjaśnić, o co chodzi, czy zakłóciliśmy ciszę nocną naszym badaniem?

— Nie, w żadnym razie. Po swojemu, cichutko, jak kocie zmory, knujecie tutaj nieczyste intrygi. Humanoid, który spoczywa za wami w fotelu, to narzędzie szatana, musimy rytualnie pozbawić go życia.

Za głowami krewnych i badaczy, w tle, quasi-człowiek siedział sobie martwo jak gdyby nigdy nic i patrzył tępo w ścianę.

— To myśmy go stworzyli, sugeruje pan, że jesteśmy szatanem? — Badacz zmarszczył zatroskane czoło.

— Najpewniej jego sługusami. — Tęgi wąsacz splunął siarczyście na ułożoną trylinkę. — To jak? Robot, czy ogień?

— Oba? — Krewni spojrzeli po sobie. — Bierzemy oba. — Kiwnęli głowami do gości. — Proszę państwa, chcielibyśmy zupełnie za darmo uraczyć państwa wystrzałowym występem tanecznym naszego robokompana! Ujrzycie w jego dzikich ruchach prawdziwy ogień! Zatem będzie i robot, i ogień. W zamian pragniemy tylko rozstać się w pokoju, bez przemocy i, choć to ciekawa idea, palenia nam domu.

— Smocze języki…

Wzburzony lud przestał się certolić, mieszczanie zaczęli wchodzić przez otwarte okno, by dobrać się do robota. Krewni ich wpuszczali, badacze trochę oponowali, bali się jednak, ponieważ „i Herkules dupa, gdy ludzi kupa”.

Dzika, mieszczańska hałastra otoczyła quasi-człowieka ciasnym kordonem. Łuna ognia osadzała się na jego quasi-ludzkiej twarzy, wydobywając upiorność i potęgując dolinę niesamowitości. Siedział sobie martwo potulny w foteliku.

— Tak, to jeden z nich, to widać — mruknął posępny mężczyzna z pochodnią. — Czuję to w kościach. Ciarki w kręgosłupie to niezbity znak, zawsze je przy nich mam.

— Niby się nie rusza, taki łagodny niby. Nie oszuka nas, pomiot szatana…

Przywódca ponownie siarczyście splunął.

— Proszę pana, w salonie nie plujemy — zganiła Kamila.

Odpowiedziała jej cisza, a wokół wiotkiego jak gałązka robota stężało zło. Zło spajało w sobie warstwy, sięgało głęboko, czerpało z przeszłości i cuchnęło kosmosem. Wojtek zmarszczył czoło, znowu ta przeszłość, jak w westchnieniach ich domu. Zapach kosmosu zaskoczył młodzieńca, jednak z kosmosem też mieli wcześniej styczność poprzez nader wysoką wieżę z butelek wódki.

Przywódca mieszczan wzniósł i wycelował widły, aby uszkodzić robota. Musieli go ciachnąć, by utrudnić mu potencjalną ucieczkę podczas drogi do ołtarza w lesie, gdzie ostatecznie go unicestwią. W tym samym czasie z pseudowerandy dobiegł ich diabelski skowyt kukułki i sapanie jej rozszalałych tłoków, zegar nie odliczał już godzin, stał się Schumacherem Czasostrady.

— Panowie, chwila! — Badacz w koszulce polo przekrzykiwał jazgot zegara i tłoków. — Mamy prawdo do negocjacji! Ewidentnie u państwa dolina niesamowitości wykracza poza skalę, jednak zapewniamy, że robot jest niegroźny! To tylko posłuszna nam maszyna, nikogo nie ma zamiaru krzywdzić. Mamy prawo do negocjacji. Choć dziwimy się, że państwo odrzucili propozycję tańca quasi-człowieka, bo jest na co popatrzeć, ale może znajdziemy wspólnie jakieś satysfakcjonujące obie strony rozwiązanie!

— Nie macie prawa do niczego, sługusy zła.

Mięśnie ramion napięły się, widły wycofały się do wypadu. Oczy robota rozbłysły jak reflektory, oślepiając grono. Mieszczanie skulili się, struchleli.

— Zaczyna się… — Nie wiedzieli, czy atakować, czy przejść do defensywy.

Z głowy quasi-człowieka wydobyła się zajebista muzyka i ten rozpoczął swój pokraczny, mechaniczny taniec. Był to moment przełomowy, nikt nie mógł się powstrzymać i wszystek lud uśmiechnięty zaczął swawolić do jebutnego bitu.

Porzucono widły, zgaszono pochodnie, naturalną koleją rzeczy zrodziła się wyczepista impreza. Kamila nosiła przekąski, Aśka je sklecała, Wojciech parzył kawę, ponieważ nie mieli wódki. Zrobili sobie nocnego coffee rave’a.

— A co z butelką, którą przynieśliśmy? — zapytali badacze.

— Szkoda by ją rozlewać na taką hałastrę. Poza tym już jej nie ma.

— Nie ma? Tak naprawdę czy może w sposób kwantowy?

— Już ją wyżłopaliśmy — oznajmiła Kamila Kama Kamiszon.

— Do fasoli — doprecyzował kuzyn.

— A mi nic nie skapnęło — westchnęła Joaśka.

Pito, jedzono, tańczono, gaworzono i swawolono. Rozpleniono się i w domu, i na podwórku. Quasi-człowiek bez oporów przyłączył się do zabawy, tańczył przede wszystkim, uwaga, taniec robota. Świętował to, że darowano mu życie. Ach te XXI-wieczne maszyny, takie zmyślne.

Kiedy już nasycono pierwszy apetyt i nie trzeba było sklecać przystawek maszynowo (alias „quasi-człowiekowo”), Aśka popisywała się przed co młodszymi obywatelami i wykonywała pokaz contortion, ponieważ kiedyś była kobietą-gumą w cyrku. Spoiler: nie udało się jej tej nocy wyrwać świeżego mięsa. Kiełbaski konsumowano tu na talerzykach.

Wojciech zaś próbował oczarować dziewczęta żonglerką piłkami, ponieważ również pracował w cyrku, choć oczywiście w konkurencyjnym względem cyrku siostry. Tej nocy powściągliwość rozpleniła się i jedynymi kulkami, jakimi żonglowano, były kulki w jego żonglerskich dłoniach.

Z kolei Kamila rozprawiała z wąsatymi dostojnikami przemysłu, próbowała się z nimi zbratać i dokooptować ich do kultu węgla, który zamiarowała stworzyć, odkąd quasi-człowiek uświadomił jej dziś, że ów wyznaje. Kamila wiedziała, że przedsięwzięcie to dopiero raczkuje, jest nieobrobione, nawet mentalnie, ale czuła, że będzie z tego diament.

Połowa badaczy poddała się tańcom wibracyjno-falistym, a druga połowa walczyła z lękami społecznymi, podsyconymi przez duże ilości kofeiny (nerwowość). Najbardziej wstydliwy schował się pod stołem w kuchni i medytował na podusze.

Potem dom zaczął buczeć, okna i drzwi waliły, tapety zaczęły spływać, a spożywany pokarm przemieniał się w robactwo. Wielka szczota do zębów urosła i przebiła dach, zalała wszystko krwią, bo wciąż krwawiła. Kukułka wyrwała się z zegara, zmieniła w ptasie monstrum i żerowała na biesiadnikach.

Śmiano się, tańcowano jak nigdy, bez umiaru pito kawę. We krwi ze szczoty zorganizowano gorące źródła, ponieważ posoka była ciepła, pito tam szampana przywiezionego przez burmistrza. Wszyscy czuli, że biesiada będzie trwać do rana. Inaczej jednak czuł diabeł zamieszkujący piwnicę opuszczonego domu dziadków naszych krewnych.

Parę westchnień później, odkąd dom rozszalał się na dobre, diabeł wyleciał z piwnicy, jak zawsze straszny, popiołowy i porozgałęziany. Przekradł się jak dym przy podłożu i stworzył pod imprezowiczami kratę z niespokojnego popiołu. Niektóre miejsca były bezpieczne, tam tylko lizał po łydkach, w innych oczkach kraty tworzyła się nieprzepuszczalna cela z popiołu, zamykała nieszczęśnika i dusiła tornadem popiołu.

Bezpieczne miejsca były „zerami” tej macierzy. Tam, gdzie wystrzeliwał słup popiołowej celi, występowały „jedynki”. Binarna macierz ostateczności — nawet diabeł wczuł się i ciepło przyjął wizytę quasi-człowieka, tworząc sobą dopasowany motyw. Sięgnął po prawdziwą sztukę.

Dziś nie jeździł swoimi licznymi mordami po siatce popiołowego ciała, miał dzień skrytości, tworzył stateczną kratę bez twarzy. Mordy objawiały się jeno z rzadka, by liznąć dla smaku.

Krewni znali już diabła, wiedzieli, gdzie zasadzał sidła, znali jego powierzchowność i wyczuwali preferencje przestrzenne. Nie zostali więc uduszeni, choć trochę korciło, żeby uruchomić ciałem celę i zobaczyć, co w trawie piszczy. Poszerzyć doświadczenia życiowe o popiołową zawieruchę. Przełknęli ropuchę i uznali, że będą żyć dalej. Czasem tylko diabeł polizał ich po łydkach.

Znaleźli sobie trzy bezpieczne oczka w kracie, usiedli na trawie i grali w karty. Czasem się wzdrygali, gdy wystrzeliwał śmiercionośny słup popiołu lub gdy kukułka pożerała żywcem kogoś nieopodal, lub kolejny biedak topił się we krwi wypływającej ze szczoty, ale skupiali się na przyjemności płynącej z rozgrywki karcianej. Czasem się śmiali.

Piękne noce mają to do siebie, że szybko mijają. Ta najbardziej wyrafinowana sztuka jest ulotna. Tak też mieszczańsko-podwórkowa biesiada wraz z kratą diabła szybko wymarły i zapadły cisza i spokój skropione pozbawionymi życia ciałami.

Diabeł wszystkich uśmiercił, z ich poskręcanych ciał sklecił girlandy i porozwieszał je na drzewach klombu oraz na niskich domkach otaczających podwórko, tak aby każda girlanda przybrała kształt doliny niesamowitości. Wyglądały jak lampki choinkowe, a materiału starczyło z nawiązką, aby całe podwórko przystroić z mięskiem.

Krewni i badacze, którzy jako jedyni przeżyli, rozstawili sobie rozkładane stoliczki na środku rozłożystego klombu, aby spożyć wieczerzę pośród dolin niesamowitości. Ozdoby były duszonym mięskiem, ale nie wprowadzały dusznej atmosfery.

Zajścia na biesiadzie zgwałciły psychikę krewnych. Ze smakiem konsumowali ostatnie danie, żegnając nim należycie badaczy. Przy osobnym stoliku siedział samotnie quasi-człowiek i wpatrywał się martwo w swoją owsiankę.

— To doprawdy… niesamowita kolacja — ozwał się badacz koszulka polo.

Przytaknęli sennie. To już ta pora, kiedy myślisz o podusze.

— Choć impreza nie potoczyła się do końca po naszej myśli — zaśmiał się drugi.

— Cały plan diabełki wzięły — zażartowała zmęczona Joaśka.

Dawno nie było tak udanego wieczoru.

— Ważne, że quasi-człowiek żywy i szczęśliwy — stwierdził polo.

Spojrzeli na robota, czy obdarzy ich miłym, choć przyprawiającym o ciarki, uśmiechem. Siedział bez ruchu, chyba się wyłączył.

— Może się wyczerpał — rzucił w eter Wojtek.

— Czy uważacie, że roboty mają dusze? — zapytał polo znienacka.

— Nie mają, to proste pytanie.

— To duża pewność z państwa strony, odnotujemy to. A czy uważacie, że ludzkość będzie w stanie wykreować duszę i tchnąć ją w robota?

— Mało prawdopodobne.

Tak zakończyła się ostatnia ankieta przy ostatniej wieczerzy. Badacze po niej zmarkotnieli, ospale mieszali łyżkami w owsiankach. Ich ręce zatraciły w tym momencie człowieczeństwo, przypominały miksery. Wojciech zmarszczył czoło, choć ciągle odsuwał to od siebie, coś mu w tych naukowcach zgrzytało.

— Panowie, proszę, abyście wykonali przy nas test Turinga.

— Dziękujemy, to nie jest potrzebne.

Wojtek cmoknął, spodziewał się odmowy.

Pożegnali się i quasi-człowiek został wywieziony z klombu wózkiem jezdnym. Krewni stanęli na granicy podwórka w bramie wyjazdowej i jeszcze długo machali, nawet gdy auto zniknęło już w dzikiej dżungli małego miasteczka.

Na zwieńczenie udanego dnia pokazali Kamysławowi westchnienia ich domu, które zdążyły już się uspokoić — kukułka wróciła do zegara, szczota poniekąd zmalała. I przy każdym znów uciekała stamtąd cyfrowa mgiełka, śmigły dywanik. Kamysław podziwiał i nazwał cyrkowe pokazy po swojemu:

Szczotę falującą włosiem nazwał Pałąkiem Z Wibrysami.

Lampę tworzącą miasta w kuchni nazwał Architektem Magistrem Żarówką.

Wódeczkową wieżę zaś Syberyjską Impresją.

A pogrzaną kukułkę, która wróciła po imprezie do zegara, Kamysław nazwał Stoperem Na Sterydach alias Schumacherem Czasostrady.

Kładąc się do snu i dokonując ostatnich myć, snuli marzenia, że kiedyś założą tutaj cyrk i że nawet już mają pierwsze numery i ich nazwy.

Już zasypiali na posłaniach rozesłanych w salonie, gdy nagle Kamila zerwała się do pionu.

— Ci badacze z robotem! Nie uiścili!

A potem padła i zasnęła. Nie wypłacili im obiecanego honorarium za wzięcie udziału w badaniu, nie spytali także o numery kont. Krewni jednak już odpływali w błogości i choć aferka tliła się z tyłu głowy, jak ogień u wylotu jaskini, zaniedbali ją.

Wojtas zawieszony na granicy jawy i snu ujrzał jeszcze, że do salonu ukradkiem zagląda cyfrowy dywanik, chwilę się waha, a potem wlatuje, przemienia się w cyfrowe pierze i zagnieżdża się mu w podusze. Zaraz po tym zatrzasnęły się powieki młodzieńca, choć wcale nie była to kurtyna kończąca spektakl.

 

cdn.

Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Mieszka w Szczecinie. Opowiadania publikował w „e-eleWatorze”, „eleWatorze” i „Twórczości”. Wydał tom opowiadań Efemerofit (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści