Skip to content

MACIEJ KOWALSKI

Wycinki dziennika. 2 [Lublin 2023]

 

16 sierpnia

Śpię w sumie niewiele. Około 4 godzin. Nastawiam sobie budzik po godz. 7. Biorę szybki prysznic. W autobusie zdążam przeczytać 15 stron Kuracjusza Hessego. Jadę jeszcze zabrać białą bluzę i rozpinaną koszulę w kratkę. Siedzę na rogu w wagonie nr 15. Miejsce 47. Obok mnie młoda dziewczyna pochłonięta, właściwie przez cały czas, nawlekaniem koralików i robieniem z nich bransoletek. Chwilami zerka też na telefon. Podczas jazdy nie czuję zmęczenia, co jest rzadkością, bo zwykle przy takich sytuacjach tego doświadczam. Godziny mijają na lekturze Harariego (łącznie 80 stron) oraz po dwóch rozdziałów z dwóch podręczników. Pociąg zmierza do celu z niewielkim tylko opóźnieniem. Dlatego do Lublina Głównego dojeżdżam prawie regulaminowo, tylko kilka minut po czasie. Jest już wieczór, gdy jestem na miejscu. Płacę w punkcie samoobsługowym, co znów warte odnotowania. Postanawiam iść do hotelu pieszo, zgodnie ze wskazówkami mapy internetowej. 1 Maja — Plac Bychawski — Piłsudskiego — Bulwar Zalewskiego — Prezydenta Narutowicza. Dużo zieleni, wszystko ładnie oświetlone, nawet w opustoszałych punktach. Wszędzie można tutaj dojść samodzielnie. Miasto-miniatura. Przechodząc przez most, widzę już wielki, czerwony napis, wznoszący się ponad ciemniejące nieubłaganie niebo bardzo wysoko: „Victoria”. Mijam prostopadle: Dolną, Marii Panny i dochodzę do wejścia głównego. Drzwi automatycznie się rozsuwają. W restauracji obok jakaś impreza. U miłej pani za ladą rozliczam się od razu i biorę klucz, który — podobnie jak w stolicy — jest kartą. Wszystko jest tutaj zautomatyzowane. „Czysty Harari”. W pokoju trochę zamieszania z powodu braku światła, ale wszystko zaczyna działać, gdy wkładam kartę do świecącego na czerwono czytnika. „Trzeba czytać Harariego”. Pokoik przyzwoity: łazienka (z zestawem kąpielowym), klimatyzacja, butelka wody, telewizor i obraz Lublina. W recepcji pytam o czajnik. Pani obiecuje załatwić. Idę jeszcze na spacer o godz. 22. Trasa: Prezydenta Narutowicza — Muzyczna — Most 700-lecia Lublina — Stadionowa — Rondo Sportowców — Młyńska (zawróciłem z Gazowej ze względu na roboty) — Dworcowa — Pocztowa. W Żabce kupuję dwa batony: Lion (fioletowy — brownie) oraz proteinowy, jasnobrązowy, czekoladowy. Na kilkanaście minut przed zamknięciem i płacę samoobsługowo. Oglądam dworzec od środka. Przypomina mi się sprawa czajnika i to, że nie mam herbaty. Na osiem minut przed zamknięciem kupuję finałowo małą, zawierającą 25 saszetek paczkę Lipton. Wracam tą samą drogą, którą szedłem po opuszczeniu peronu. W pokoju czytam 20 stron biografii Steinbecka. Łącznie przeczytałem więc dzisiaj 115 stron. Biorę też odświeżający ożywczy prysznic po całym dniu. Idę spać o godz. 2.00. Trochę nie mogę się doczekać śniadania.

 

17 sierpnia

Wstaję o godz. 8.20. Spałem około 6 godzin. Na dole jest już bufet szwedzki. Chwilę stoję przy kolumnie na środku, czując się przytłoczony ruchem, gwarem, ludźmi i jedzeniem. No i automatami z wodą i kawą. Obsługiwanie tych urządzeń czasami jest dla mnie ponad siły i nieco stresuje. Podchodzi pani z pytaniem, jaki reprezentuję pokój. Podaję jej numer 408. Przekreśla zamaszyście i starannie niebieskim długopisem na swoim spisie, odchodzi. Piję na początek szklankę wody. Jest stosunkowo chłodna. Biorę trzy talerze. Pierwszy: jajko na twardo ze szczypiorkiem, pomidor, ogórek, dwie kiełbaski na ciepło, bułeczka. Drugi: kiełbasa z warzywami, na ciepło, dwa pocięte kabanosy. Trzeci: porcja ciepłego, smażonego bekonu, trochę jajecznicy. Popijam herbatę. Staram się delektować chwilą, wejść w powolniejszy rytm funkcjonowania organizmu. Nie śpieszę się zatem, podpatrując, co dzieje się na całej długości holu. Mam w sobie wciąż niedawny, jakże wciągający bogactwem użytych słów, opis posiłków Hessego, podczas pobytu w Baden w trakcie kuracji. Nie opuszczają mnie też całkiem jeszcze bardziej szczegółowe opisy sanatorium w Davos. Poza wspomnianą bezradnością, jaką odczuwam w takich miejscach, dodatkowo irytuje mnie nadgorliwość kelnerów, zabierających talerze z nałożonymi porcjami oraz kubki. Boję się wręcz odejść od stołu, aby wziąć dodatkową kromkę chleba lub plasterek cytryny do herbaty, bo pani, przyczajona w oddali, już czyha, aby podejść i zabrać do mycia naczynie. Na koniec, na czwartym talerzu, biorę jeszcze rogalika z czekoladą i gofra, którego traktuję z wierzchu sosem czekoladowym. Przeglądam internet. W pokoju czytam po 10 stron Harariego i Steinbecka. Dzisiaj gorąco. Wychodzę o godz. 11.40. Idę na spacer o charakterze wstępnego rekonesansu. Łącznie zajmuje on 6 godzin i 15 minut. Miasto wydaje się ospałe i apatyczne. Podobnie ludzie. Część 1. spaceru — trasa: Benedyktyńska — Wyszyńskiego — plac Łokietka — Krakowskie Przedmieście — plac Litewski — Aleje Racławickie — KUL — Ogród Saski — Długosza — Leszczyńskiego — Czechowska — rondo Kuklińskiego — aleja Solidarności — plac Zamkowy — Grodzka — plac Łokietka. Część 2. spaceru (po obiedzie w przedziale godz. 14.43 — 15.15) — trasa: Wyszyńskiego — Zamojska — Rondo Lubelskiego Lipca 80 — Park Bronowicki — Aleje Zygmuntowskie (równolegle biegnie bulwar Zalewskiego) — Prezydenta Narutowicza — Głęboka — aleja Kraśnicka — rondo Honorowych Krwiodawców — Aleje Racławickie — Lipowa. W Lublinie mało jest automatów z biletami i kiosków. Komunikacja chodzi dość rzadko, bo tylko co pół godziny. Większość albo każda linia. Przy archiwum państwowym zachodzę na chwilę do antykwariatu, ale dostrzegam tylko podręczniki, więc go opuszczam. „Głuszczyzna” — czytam napis na jednym z autobusów, na głos, powoli, przeciągając sylaby, jakbym dopiero uczył się mowy na dziecka sposób. Na Krakowskim Przedmieściu („Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem” — przypominają się słowa piosenki Muńka) dwóch kilkuletnich chłopców siedzi na ławce, zarabiając grą na instrumentach, co wzbudza zainteresowanie niektórych przechodniów. Część z nich, wzruszona tym widokiem, rzuca trochę pieniędzy na przygotowane w tym celu miejsce. Jeden, wyglądający na starszego, ma ciemne, wytarte dżinsy, białą koszulkę i czarne włosy o tradycyjnym ułożeniu. Jego specjalnością są skrzypce. Drugi ma krótkie ecru spodenki, jasnoniebieską koszulę na guziki oraz blond włosy. Z fletu trzymanego w małych, ładnych dłoniach potrafi wydobyć melodie idealnie komponujące się z dźwiękami proponowanymi przez kolegę. Na placu Litewskim robię parę zdjęć i wstępuję, kawałek dalej, do Żabki, kupując Oshee o smaku grejfrutowo-malinowym z witaminami. Siadam na chwilę na ławce w Ogrodzie Saskim. Dzwoni Kamil, aby zapytać, czy znam coś takiego jak Zachodniopomorski Fundusz Filmowy Pomerania. Podobno mają przekazać część materiałów do archiwum. Całkiem możliwe, że można w przyszłości zrobić z tego jakiś artykuł. Mówię mu, że jestem w Lublinie. Reaguje ambiwalentnie: najpierw zaskoczenie („ooo”), które płynnie i niezauważalnie prawie zmienia się w subtelne nuty rozczarowania na zasadzie „łee, Lublin”. „No to się relaksuj”, rzuca. Przechodzę obok ogrodu deszczolubnego, przy Leszczyńskiego 17 a. Robię parę fotek w okolicach zamku, miejsca pamięci oddziałów „Zapory”, placu na farze i trybunału koronnego. Chcę kupić pocztówki przy Grodzkiej (gdzie przebijają mnie różne aromaty), ale można płacić tylko gotówką. Obiad w „Promyku”. Jem barszcz ukraiński oraz schabowego z ziemniakami (przyprószonymi koperkiem) i białą kapustą. Kupuję też butelkę Sprite’a. Nie wracam do hotelu, tylko kontynuuję spacer. Na wysokości Miasteczka Akademickiego spadają pierwsze krople deszczu i zaczyna grzmieć. Udaje mi się dojść do przystanku Nałęczowska i tam usiąść pod wiatą. Dobrze zrobiłem, bo kilka chwil później rozpętuje się ulewa, której nadal towarzyszą grzmoty. Trwa ona jednak tylko kilka minut. Godzina 17.30/17.40. Zastanawiam się, czy nie wracać komunikacją. Przy przystanku, na którym się schroniłem przed deszczem, szczęśliwie znajduje się automat. Kupuję trzy bilety na 15 minut, po 3 zł, ale rezygnuję z pomysłu przejażdżki. Kontynuuję marsz. Budynki wojskowe towarzyszą mi aż do Alei Racławickich. Wracam przez Lipową, gdzie straż ruchu drogowego właśnie podjeżdża i w autobusie prowadzi (w mundurach!) jakąś dyskusję ze starszą panią. Przechodzę obok cmentarza, podziwiając zrewitalizowaną bramę główną. Zatrzymuję się też przy pomniku Dekutowskiego „Zapory”. W Żabce na rogu, przy Chopina (boczna od Lipowej i Prezydenta Narutowicza), kupuję dwa lody: Solo truskawkowe oraz Kaktusa (fioletowego). Zjadam je, siedząc na ławce pod listowiem. Szybko wyrzucam papierki, bo dwie osy wyczuły okazję i przysiadły na opuszczonym już przez usta słodkim patyczku. W hotelu prysznic orzeźwiający. Potem wychodzę jeszcze na spacer. Przez Walerego Wróblewskiego docieram na Krakowskie. Jakaś młoda dziewczyna zaczepia mnie na ulicy, zapraszając do klubu. Parę metrów dalej robi to mało przystępny chłopak. Obchodzę plac Litewski, zastanawiając się nad tym, czy coś jeszcze zjeść. Jestem niezdecydowany. Godz. 20.30/20.40. Zaczyna już szarzeć. Ostatecznie ląduję w Pijanej. Siedzę przy stoliku na dworze, do ok. 22.00. Wypijam cztery kieliszki, po 100 ml. Przy czwartym kieliszku kelner zwiększa liczbę wrzucanych do kryształu wisienek, z dwóch do czterech („pan już zasłużył na więcej”). Wracam przez pl. Litewski i ul. Chopina (teraz całkowicie już pustą i ciemną). W pokoju od razu idę spać (choć planowałem poczytać). Gdy kładę się, jest godzina 23.29.

Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) – doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści