Skip to content

GUSTAW RAJMUS

Ćmy

Nigdy nie zapomniałem tamtego dnia. Modliłem się wiele razy, aby nie wracał.

Nie udało się.

Trzydzieści lat temu przyszli po raz pierwszy. Za oknem sypał śnieg, radio przygrywało kolędy. Hit Georga Michaela Last Christmas stanowił dosłowną zapowiedź przyszłości. Lecz wtedy nie wiedziałem o tym.

Rodzina zeszła się w starej kamienicy wujostwa, na obrzeżach miasta. Ich dorosłe już dzieci krzątały się, dbając o gości i wskazując miejsce przy podłużnym, ciemnym stole. Niedawno skończyłem dziesięć wiosen, a Mietek, mój starszy brat, dwanaście. To był silny chłopak, nieźle się uczący. Spędzaliśmy wspólnie sporo czasu, chociaż on darzył mnie raczej powściągliwą miłością. Jako ten słabszy i bardziej podatny na dolegliwości, podziwiałem go. Kiedy wychodził na dwór, podczas gdy odrabiałem lekcje, markotnie wyglądałem przez okno.

W dzień Wigilii wszystko było inaczej. Mietek od rana wydawał się chory. Chciało mu się wymiotować, oblewał go zimny pot. Na pytania rodziców odpowiadał „nie wiem”, dygocąc, jakby znajdował się w chłodni.

— To pewnie dlatego, że oni go faworyzowali jak własne dziecko — podkreślał ojciec z naciskiem na ostatnie słowo.

— Nawet bardziej — dodawała matka. — Znam całe ich życie i wiem, jak traktowali swoje.

— Musi to przeżywać — wzdychał ojciec, nie potrafiąc ukryć zażenowania.

— Wszystko dobrze? — szeptałem przy śniadaniu, gdy rodzice oddalili się do łazienki, żeby coś przymierzać.

— Nie wiem. Naprawdę — odpowiadał nerwowo. Na jego czole perliły się kropelki potu. Czarne włosy miał zlepione i w nieładzie.

A później, wieczorem, sytuacja podczas Wigilii… Napięcie dało się wyczuć od początku. Jeszcze rok wcześniej wszyscy wchodzili w wesołym zawirowaniu, gadatliwi i serdeczni. Teraz głównie chrząkali, zadając bełkotliwe pytania. Dominowały półsłówka i westchnienia.

Wujostwo umierało w pokoju obok. Podłączeni pod kroplówki, otoczeni chemicznym zapachem, specjalną aparaturą i opakowaniami pieluchomajtek, odchodzili. Nawet w taki dzień sowicie opłacona pielęgniarka pełniła swój dyżur, niebawem kończąc zmianę. Zaraz po niej miała przyjść następna. Dla wszystkich było jasne, że miejsce seniorów jest w mieszkaniu, nie w szpitalu czy hospicjum.

Dla wszystkich tylko nie dla nas. Czasami przed snem, grając wspólnie na komputerze, zastanawialiśmy się nad całą sprawą. Bardziej Mietek, bo ja ledwo kontaktowałem, naparzając w klawiaturę aby przejść kolejny poziom.

Jednak wtedy myślałem o tym. Patrzyłem na umęczonego brata, marząc, żeby ich nie było. Nie lubiłem tam chodzić, od kiedy wspólnie zachorowali. To było przyjemne, dystyngowane starsze małżeństwo, zawsze kulturalne oraz z gestem. Nagle zaczęli przypominać mumie.

Nie wiedziałem, że człowiek może znikać tak szybko. Nie wiedziałem, że zapach fekaliów do końca życia może kojarzyć się z kimś bliskim.

Naprawdę nienawidziłem siebie za te skojarzenia. Nawet spowiedź święta, bezkompromisowo szczera jak na takiego chłopca, nie odegnała wstydu.

Kiedy dorośli zajmowali się sobą i rozkładaniem prezentów pod wielką, tandetną choinką, obserwowałem Mietka. Podpierał się łokciami, tak jak nie powinien, ściskając skronie.

— Ej, co jest? Wołać mamę?

— Nie, błagam… Daj mi moment.

— Dobra, dobra, wolałem zapytać.

Wszyscy od lat wiedzieli, jaką atencją wujostwo darzyło Mietka. Oboje zostali jego chrzestnymi. Bardzo często zapraszali rodziców i mnie, aby z nim pobyć. Nikt do końca nie rozumiał tego fenomenu; sam otoczony przez seniorów czcią nie był z nimi silnie związany. Rodzice też wydawali się raczej z dyskomfortem przyjmować owo wyróżnienie. Skutkowało to nieograniczoną chęcią pomocy i hojnymi prezentami pieniężnymi. Ich dzieci nie komentowały tego. Nie wydawały się również zazdrosne. Raczej przygaszone. Towarzysząc własnej parze rodzicielskiej, siedzieli w milczeniu. Jeżeli się uśmiechali, to w wymuszony, bezradny sposób. Wyłapywaliśmy takie szczegóły, choć nie potrafiliśmy tego interpretować.

Wszyscy zasiedli do stołu — cała rodzina, kilka pokoleń wraz z partnerami oraz gromadą pociech stanowiących nasze kuzynostwo.

— Pomódlmy się — zaproponował najstarszy syn umierających za ścianą gospodarzy.

Ledwie się przeżegnaliśmy, zaczęło migotać światło.

— Boże, nie… — szeptał mój brat, spocony, jakby w pomieszczeniu panował upał.

— Macie coś z prądem? — zapytał ojciec, mrużąc oczy.

Światła zaczęły zapalać się i gasnąć. Gdzieś w głębi mieszkania strzeliła żarówka.

— Boże, Boże, Boże… — W bezmyślnym amoku powtarzał brat, trzymając się stołu tak mocno, jakby ten miał za moment odlecieć.

— Mietek? — pytała niepewnie matka.

Część rodziny oszołomiona zerkała na migocące światła. Kilka osób rzuciło przelotne spojrzenia w stronę upiornie bladego Mietka.

W tym momencie z przylegającego pokoju wyszła pielęgniarka.

— Przepraszam państwa — powiedziała lekko łamiącym się głosem.

Wszyscy ucichli i odwrócili twarze w jej stronę. Światło się uspokoiło.

— Niestety, ale… Chyba mam obowiązek powiedzieć, że…

Nim dokończyła mówić, w pokoju zaczął się płacz oraz niemrawe słowa kondolencji.

Mietek wyglądał, jak gdyby stoczył bój życia. Na wpół przytomny, ciężko oddychając, wziął do ręki widelec i nadział leżącego niedaleko matiasa w occie.

Zawsze ich nienawidził.

* * *

Od tamtego dnia zaczęły się problemy wychowawcze z bratem. Cudem przechodził z klasy do klasy. Cierpiał na długie okresy bezsenności, a kiedy w końcu zasypiał, wybudzały go koszmary, których nie potrafił spamiętać. Stał się chorowity i osłabiony. Unikał kontaktów z ludźmi, więc w okolicach następnego Bożego Narodzenia był już odludkiem. W szkole sporo wagarował; matka z bezradności sama wypisywała mu zwolnienia z zajęć.

Jakoś przebrnął przez edukację, ale już nigdy nie wrócił do normy. Mi w życiu szło ewidentnie lepiej, stanowiłem wzorzec typowego dzieciaka. Ale jakoś tak się porobiło, że chętnie spędzałem z bratem czas. Jego nagła zmiana była tak wielka, że dokuczano mi w szkole jako rodzeństwu „dziwadła” i „psychola”. Pozmieniało się w międzyczasie niemało, skoro własną pięścią mogłem obronić nasz honor i wrócić do łask społeczności rówieśniczej. Mietek został tematem tabu. W wielu miejscach traktowano mnie jak jedynaka.

Tęskniłem za nim. Każdego dnia próbowałem mu towarzyszyć, gdy wreszcie się zbierał, aby coś porobić. Jeszcze od czasu do czasu zdarzało się nam wspólnie pograć na komputerze lub przeglądać komiksy. Lecz mnie coraz bardziej pochłaniało życie: oceny, korepetycje, odkrywanie matematyki — mojej wielkiej miłości w świecie, który nagle się odmienił, pozbawiając starych pewników — znajomi, dziewczyny, imprezy, studia, znalezienie pracy w jednym z techników, ślub, dziecko. Świat zapraszał mnie tym bardziej, im bardziej wypraszał Mietka.

Rodzice starali się szukać profesjonalnej pomocy, ale nic nie pomagało. Dwóch psychiatrów nie nawiązało żadnej relacji z Mietkiem, który w apatyczny sposób zbył możliwość kuracji farmakologicznej. Psychoterapia skończyła się spektakularną porażką w okolicach dziesiątej sesji. Później brat był już pełnoletni, więc rodzice nie mogli dalej o nim decydować. Szybko wyszedł z domu i szukał jakichś mało zobowiązujących prac, dzięki którym był w stanie przetrwać, zanurzając się w śnie i syfie po powrocie do wynajmowanej klity.

Starałem się spędzać z nim czas. Naprawdę. Nie dawało mi spokoju ani to co wtedy zaszło, ani jego przemiana. W oczach Mietka tliła się wdzięczność, kiedy przychodziłem. Do samego końca iskra ta w pełni zjawiała się jedynie przy mnie. Nauczył się tolerować moich najbliższych — żonę wraz z córką. Rozmowy szybko go męczyły. Niczego nie pragnął i nic go nie ciekawiło. Myślę, że czekał na koniec. Chciałem zrozumieć jego udrękę, lecz nie potrafiłem.

Ja, ścisłowiec, ktoś, kto zawierzył nauce, dostrzegłem w niej Boga. Chwytałem się Go każdego wieczoru, czy w trakcie analizy pewnych obliczeń, czy zatapiając się w myślach. Boże, Boże, myślałem, ocal Mietka, zbaw Mietka, kimkolwiek Jesteś. A mnie uchowaj, błagam Cię, uchowaj mnie przed powtórzeniem.

Mój brat nie miał Boga ani bliźniego, ani nikogo. Miał jedynie swojego młodszego zrozpaczonego braciszka, który starał się żyć za dwóch, lecz sił miał na jednego.

Nigdy nie rozwiązałem tego równania.

* * *

To wróciło dokładnie trzydzieści lat później. Wraz z żoną przyjęliśmy rodzinę i zorganizowaliśmy święta. W pokoju córki leżał Mietek, przedwcześnie posiwiały, wychudzony. Były chwile, że chciał wrócić do żywych, lecz oni nie kwapili się, aby go przyjąć. Wielokrotnie odtrącany nabawił się kolejnych problemów, tym razem z poważnymi konsekwencjami medycznymi.

Jako obserwator nie mogłem uwierzyć, jak pechowe miał życie. To było dalekie od zrzucania winy na innych. Co na chwilę chwycił się jakiejś nadziei, okoliczności zaczynały go niszczyć. Jak gdyby był magnesem na mroczne fatum i ludzką niegodziwość.

I kiedy przy wigilijnym stole zaintonowałem modlitwę, lampy zaczęły szaleć. Nie tylko migotać, ale też bujać się. Pękały żarówki. Rozbłyski były niesamowite; nie wiedziałem, że kolory mogą osiągnąć takie natężenie.

W kilka osób pobiegliśmy do pokoju Mietka. Leżał z szeroko rozwartymi oczami i ciężko oddychał. Patrzył w sufit na kolebiącą się lampę. Miał obłąkaną twarz, a na brodzie strzępy piany. Był przerażony tak, jak może być tylko zwierzę.

— Powtórzysz? — zapytała żona, przykładając ucho niemal do samych warg mamroczącego szwagra.

— Zadzwońcie po lekarza! Ale już! — krzyczałem do zebranych.

Zbierało mi się na płacz. Sprzęty wciąż szalały. Wszyscy byli bardzo nerwowi. Dzieci zaczęły szlochać.

— Chodź tu — przywołała mnie małżonka. — Mietek chce z tobą rozmawiać.

Podszedłem do brata, usiadłem na brzegu łóżka i chwyciłem go za rękę.

— Braciszku, zaraz będzie tu lekarz, nie martw się, proszę, jeszcze moment i…

—…atło. — mamrotał, patrząc na migocącą tuż nad nim lampę.

Wyglądał jak zaszczuty pies.

— Co mówisz? — zapytałem, nachylając się. I wtedy padły jego ostatnie słowa, jedyny testament pozostawiony mi przez ukochanego starszego brata.

— Oni zabierają całe światło — wyszeptał, po czym zgasł, a wraz z nim cała elektryka, pozostawiając mnie w mroku.

 

opowiadanie pochodzi z przygotowywanego tomu Angst [2026]

Gustaw Rajmus (pseudonim; ur. w 1987 r. w Szczecinie) – autor krótkich form literackich. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka pod Szczecinem. Publikował w: „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Latarni Morskiej”, „Nowym Napisie”, „OkoLicach Strachu”, „Twórczości” i „Wyspie”. Wydał zbiory opowiadań »Dwie Historie« i inne historie (2023) i Królestwa (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści