Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień siódmy

Poranek w niewielkim śnieżnym puchu. Śniłem po raz pierwszy bibliotekę uniwersytecką w Warszawie, w której przesiadywałem podczas studiów polonistycznych w latach 70. Siedziałem przy wielkim stole, byłem w tym pomieszczeniu sam, wokół regały, żadnego też bibliotekarza. Przede mną Trzy zimy Miłosza. Bardzo chciało mi się spać. Sennie i pusto. Rzeczywiście czytywałem ten tomik i nawet go wypożyczyłem od razu na początku studiów w październiku lub listopadzie 1971 roku. Wstrząsnął mną zupełnie. Oto poezja, na którą czekałem! Wzniosła i egzystencjalna. Nagle pojawił się jakiś chłopak, też student, wyrwał mi tomik spod ręki i pognał wzdłuż sali do wyjścia. Zanim się ruszyłem, już go nie było, a niski bibliotekarz o miłej twarzy, który stał za główną ladą, nikogo, mówi, nie widział. Może to słaby odblask mojej zazdrości w stosunku do kolegi z akademika, który, sam z siebie mało kreatywny i rozbudzony intelektualnie, chociaż nas naśladujący, przypadkowo w antykwariacie na Nowym Świecie, kupił Ocalenie Miłosza, czym wprawił w osłupienie wszystkich, którzy czytywaliśmy tego zakazanego wówczas poetę z wypiekami na twarzy. Biblioteka zwana BUW-em, to było magiczne miejsce. Ten sen mnie obudził, a dalszą część nocy spędziłem na przekonywaniu samego siebie, że nie ma co pisać tutaj, bo i tak nic nie wymyślę. Nie jestem pisarzem, ale poetą pracującym. Jakoś mi ulżyło, rzeczywiście jest mi niezręcznie z tym bagażem odpowiedzialności literackiej.

Muzea Berlina poznaję od kilku dobrych lat i mogę zaryzykować, że teraz tak samo dobrze je znam jak muzea Wiednia czy Paryża. Wziąłem ze sobą notatki z 2001 roku z wizyty w galerii Gemäldegalerie, aby porównać je z aktualnymi wrażeniami. Ale nie ma porównania. Teraz jestem „i obyty, i nasyty”; muzea, które tak kochałem zwiedzać, zaczynają mnie szybko męczyć i nudzić. Z jednej strony uczestniczymy w błyskotliwej, wirtualnej rzeczywistości powierzchownego i nastawionego na momentalność spożycia i strawienia życia, a z drugiej szukamy tożsamości rodzinnej, narodowej, religijnej, lokalnego i wspólnotowego dziedzictwa kulturowego, w czym pomagają nam coraz to bardziej nowatorskie w przekazach i głęboko archaiczne w treści muzea pamięci historycznej. Pozorny paradoks? Nie sądzę.

Ale chodzę do muzeów, patrzę, wychodzę, to lekcje nie tylko sztuki i kultury, ale i nauka patrzenia oraz wiedza o tym, jak inni eksponują, wystawiają i interpretują swoje (i obce) dziedzictwo. Gemäldegalerie (Galeria malarstwa) to uczta dla oczu, myśli i serca. Wypisuję arcydzieła geniuszy: Konrada Witza, Albrechta Altdorfera, Hansa Baldunga Griena, Dürera (niestety coraz mniej mi się podoba, a zdaniem historyków sztuki jest to największy artysta Niemiec; wymieniają Dürera, Bacha, Goethego jednym tchem), Lucasa Cranacha, Hansa Holbeina młodszego, Rogiera van der Weydena, Petrusa Christusa (cudowny portret dziewczynki z 1470 roku znany z podręczników historii sztuki), Pietera Bruegela, portrety Fransa Halsa, pejzaże niestrudzonego Jana van Goyena, sceny we wnętrzach Pietera de Hoocha, Canaletto, ukochany Francesco Guardi z wedutami Wenecji, Andrea Mantegna, Pierro di Cosimo, autoportret Tycjana w sile wieku i Mężczyzna w złotym hełmie (1650/1655) ze szkoły Rembrandta — porażająco doskonały. Trochę jeszcze innych Włochów, Francuzów, zaskakująco dla mnie ciekawych Anglików (z Thomasem Gainsborough’em, którego w swojej prywatnej, amatorskiej historii sztuki określam jako zmyślnego portrecistę szkolonego na portretach van Dycka, którego z przyjemnością uwielbiam).

Z tamtej wyprawy przypominam też sobie świetną wystawę Der Potsdamer Platz. Ernst Ludwig Kirchner und der Untergang Preussens (E.L.K. i upadek Prus) w Neue Nationalgalerie. Wystawa, jak wiele innych ówczesnych imprez i wydarzeń, zorganizowana została z okazji przypadającej w 2001 roku trzechsetnej rocznicy powstania Prus (w 1701 roku Fryderyk III przemienia się we Fryderyka I, „króla w Prusiech” w Königsbergu/Królewcu). Berlin zostaje stolicą Prus-Brandenburgii. Bohaterem wystawy jest Kirchner i jego epoka, jego nowoczesny Berlin, ale dla mnie największymi, przynajmniej na tej ekspozycji, pozostają Dix (psychologia i metafizyka uchwycona brutalnym okiem, genialny portret dziennikarki w czerwieni z monoklem), Grosz (ten zaangażowany), Beckmann (nowoczesna epika alegorii i neomitologia). Po wyjściu na ulicę zauważyłem podobieństwo obyczajowe, ludzkie pomiędzy tymi feerycznymi postaciami z apokaliptyczno-kabaretowej epoki a barwnymi, rozluźnionymi, artystycznie wyglądającymi, poprzebieranymi swobodnie i dziwacznie młodymi ludźmi, którzy na początku XXI wieku przemierzają ulice Berlina, nowej stolicy artystycznej Europy. Tylko że obecnie nie jest to spektakl wesołej apokalipsy Wiednia sprzed 1914 roku, ani frenetycznej apokalipsy Berlina po 1918 roku, lecz karnawał wolności, ufności i dobrobytu. Wreszcie Niemcy szczęśliwe, zjednoczone, otwarte i kuszące swoim bogactwem idei, młodości i nadziei ludzi z całego świata. Może to pozory, ponieważ dookoła Berlina, na dawnych terenach postenerdowskich, ludzie nie mają wcale tak łatwo, brakuje im pracy, wykształcenia, pewności siebie, postarzeli się, chociaż niektórym na pewno dobrze z tymi nowymi zasiłkami. No i rośnie powolutku, lecz stale poparcie dla neofaszystów…

Ale mamy 2007 rok i jestem zmęczony sztukami plastycznymi. Wizualnymi. O co tu się bić? O umęczone farbą ucho van Gogha? O słoneczniki, o trzy plamy barwne, o białe na czarnym, o krówki na łące? O niebotyczną forsę, która się kojarzy z tymi malowidłami? Kto to wmówił, że postęp ludzkości związany jest z pacykowaniem na płótnie albo z ustawieniem nikomu niepotrzebnej poza galernikiem i samym subwencjonowanym artystą śmiesznej instalacji? A ziewające dzieła w muzeum? Jeszcze gorzej. Gapią się pomalowanym na martwo jednym okiem na tłumy starszych i zadbanych pań. Nikomu niepotrzebne martwe natury na ścianach, chyba że namalowane przez geniuszy i wtedy warto mieć takie płótno w sejfie, bo to jest dobra inwestycja finansowa. Na oczach naszych w podobną ciemność odchodzi literatura, pomimo bestsellerowych nakładów czytadeł, która w XX stuleciu przeżywała swoje apogeum, z którą i o którą walczyły reżimy, religie, światopoglądy. Koniec prestiżu słowa pisanego. Jak wcześniej obrazu-świata-refleksji-uczucia na skrawku płótna. Sztuka związana z prawdą życia i walcząca o istotność tego życia nikomu nie jest już potrzebna. Zwyciężyła estetyka rzeczywistości medialnej, wirtualnej, fałszywej, sztucznej, konsumeryzm spektaklu, wizerunku, fantazmatu, perswazji, reklamy. W sumie zwyciężyła iluzja. Jak zawsze. Bo naga rzeczywistość jest nie do wytrzymania. Dlatego lubimy wierzyć w bogów, bożków, byków, big brotherów.

Muzeum Alte Nationalgalerie — zupełna klęska. Trochę francuskich realistów (Corot, Courbet ze świetnym widokiem majestatycznej falezy) oraz impresjonistów, dobre martwe natury Cézanne’a (który nigdy nie nauczył się porządnie rysować, ale sztukę kładzenia i komponowania plam barwnych opanował pod koniec życia znakomicie; to dowód, że ciężką pracą można rozwinąć talent, jeśli wszystko się temu talentowi poświęci; uważam, że rozwijanie samowiedzy w twórczości, samoświadomości życiowej i kreatywnej, jest czymś większym i bardziej niepowtarzalnym niż sam efekt, czyli dzieło). A poza tym austriacko-niemiecki sos rodzajowo-historyczno-portretowy (Adolph Menzel aż do obrzydzenia, nawet Liebermann za ciężki). Sporo kiczu Nazareńczyków (idealistów — prerafelitów niemieckich). Jedynie Wyspa umarłych Böcklina się broni (dziwne, bo tak opatrzona!), ale pozostałe jego dzieła są w całości nie do strawienia! Mdłości kiczem! Szkoła romantyczna zamknięta.

Teraz Bode-Museum, od niedawna ponownie otwarte. Ciekawa, ale skromna w porównaniu ze zbiorami Luwru, kolekcja rzeźby, kilka interesujących płócien późnośredniowiecznych, romańskie kapitele, gotyckie płyty nagrobne z czerwonego piaskowca. Obiekty niemieckie, francuskie, włoskie, niderlandzkie. Dużo małych i pięknych posążków, detali, no i gotyckiego cierpienia. Lęk przed śmiercią charakterystyczny był nie tyle dla średniowiecza, ile późnego średniowiecza oraz renesansu, bo to wtedy szalały różne cholery, dżumy, memento mori, satanizmy, antyjudaizmy, eschatologie, wojny domowe i religijne, a jednolite dotychczas chrześcijaństwo podlegało radykalnym obnażeniom, przekształceniom, zagrożeniom. Poznano już wartość życia, ale również żądło bezsensownej śmierci. Strach w kulturze Zachodu XIV-XVIII w. Jeana Delumeau, opublikowany zaledwie kilkadziesiąt lat temu, był pierwszą naukową publikacją o tych masowych obsesjach trwogi, nienawiści, zbiorowego braku bezpieczeństwa, które, jak się okazało, wcale nie były charakterystyczne dla XIX-XX wieku buntu mas, lecz przejawiały się okresowo jak świat światem długi i stary. Panika roku milenijnego albo medialnego roku dwutysięcznego. Katastroficzny w wymowie Zmierzch Zachodu Spenglera był namiętnie czytany właśnie w okresie Republiki Weimarskiej. Kasandra, Jeremiasz, Piotr Skarga, Bierdiajew, długo by wymieniać proroków, wieszczków i filozofów ostrzegających przed najgorszym. Zderzenia cywilizacji, kultur, religii, koniec historii, wyczerpanie człowieka Zachodu, powrót barbarzyńców, cywilizacja śmierci (tak miła naszym biskupom), Chińczycy u bram, hedonistyczna i dekadencka Europa, okrutny biały człowiek, tsunami, wypalenie się Słońca, rok 2012, najazd kosmitów, efekt cieplarniany. Lubimy się bać. Nuda i przerażenie. A jednak codziennie kończy się świat. Przypomniały mi się ostatnie słowa wyszeptane do wnuka na łożu śmierci przez staruszka, który brał udział w I i II wojnie światowej, zesłano go do łagru na sowiecką Syberię, siedział za komuny w więzieniu: „Ludzie są wspaniali”. Albo Czesław Miłosz pod koniec życia opowiadający się za poezją z pozytywnym (w tym i religijnym, chociaż nieortodoksyjnym) przesłaniem. Co mnie wkurzało i nadal wkurza. Ale coraz bardziej rozumiem.

Na wystawie czasowej w Alte Nationalgalerie zaprezentowano dagerotypy z lat 50. XIX stulecia. Jak lubię to uczucie, kiedy zaglądam w zamglone wizerunki dawnej epoki! Gustav Le Gray (1820-1884): dwa płynące po spokojnym morzu statki — sporych rozmiarów żaglowiec ze zwiniętymi żaglami (poza pozostawionymi z tyłu ukośnymi), otulony gęstym dymem, uchodzącym z wysokiego komina ustawionego na malutkim parowcu. Chyba ten mały, dymiący wyprzedza dużego, słabo wiatronośnego. Piękny żaglowiec jak morski motyl i trywialny, brudny stateczek, do którego należeć będzie przyszłość. Dymi, smrodzi, niszczy piękno obrazka.

Spacer po okolicy, rogalik i gorąca czekolada, powrót, wyciągam się na łóżku, drzemię, siadam do biurka, czytam, notuję dzień dzisiejszy, który jeszcze się nie skończył. Wieczorem jadę do Instytutu Francuskiego na niemiecko-francuską debatę historyków poświęconą pamięci zmarłego niedawno ich kolegi, Pierre’a Vidal-Naqueta. Na uczelniach berlińskich wykłada spora liczba znanych profesorów francuskich, np. historyk Étienne François. Pamiętam skrywaną nieumiejętnie rozpacz jednego z byłych dyrektorów tutejszego instytutu, który mianowany został dyrektorem Instytutu Francuskiego w Warszawie. Jako historyk stosunków (doskonale ułożonych) francusko-niemieckich niesamowicie cierpiał, że znalazł się w zupełnie odmiennym układzie emocjonalno-egzystencjalnym (więc i naukowym, bez znajomości języka poza tym), czyli stąpał po mieście zlikwidowanym przez ukochanych Niemców. I jak tu budować wspólne miejsca pamięci! Kiedy zdarzyła się okazja, zwiał na bezpieczny naukowo (i nie tylko) Zachód. Niemcy i Francuzi wspólnie napisali francusko-niemiecki podręcznik do historii, bo to nic trudnego. Ci pierwsi pogodzili się z utratą absolutnie germańskich Alzacji i Lotaryngii (po raz pierwszy straconych na rzecz sąsiada pod koniec XVII w. za czasów Ludwika XIV), ci drudzy wybaczyli swoim wschodnim sąsiadom swoje militarne porażki i „pruską dumę”. Europa jest jedna! Czyli niemiecko-francuska. Ale że nie zawsze tak było (nacjonalizm i resentyment antyniemiecki we Francji był bardzo silny po 1871 roku), świadczą o tym na przykład opinie André Suarèsa w książce Vues sur l’Europe z 1939 roku, którą znajduję w instytucie i szybko na kolanie tłumaczę.

Zdaniem autora było tylko trzech Niemców, którzy od czasów Goethego pielęgnowali poczucie europejskości: Heine, Nietzsche, Rathenau. Inni byli zaledwie geniuszami (samych wyłącznie) Niemiec, np. Wagner. Inteligentne, erudycyjne, szlachetne w wymowie pisarstwo Suarèsa poznałem kilka lat temu, studiując jego utwory o Bretanii i Włoszech. Jest to pisarz zapoznany nawet w swojej ojczyźnie francuskiej. Okazał się błyskotliwym i dalekowzrocznym antyfaszystą oraz przekonanym patriotą francusko-europejskim. Na gorąco przekładam fragmenty jego diatryby przeciwko obywatelom III Rzeszy:

Dekalog Odyna
„Jako Niemiec będziesz kochał i szanował tylko samego siebie, czyli Niemca.
Siódmego dnia będziesz odpoczywał, głosząc karę śmierci dla każdego, kto nie jest Niemcem.
Okradniesz bliźniego, jeżeli będziesz miał na to ochotę. Wystarczy, żebyś nazwał go Żydem.
Zabij swojego wroga: to pobożne dzieło godne bohaterskiego Niemca. Twój wróg nie jest twoim bliźnim. To tylko Francuz, Czech, Słowianin, Włoch, czyli Żyd”.

Głupio mi się robi, jak to czytam i przepisuję. Ale cóż, takie były nasze dzieje. A ile się zmieniło na korzyść! To pocieszające. My z Niemcami mamy więcej do przepracowania niż Francuzi, lecz sądzę, że podręcznik historii stosunków polsko-niemieckich w końcu powstanie, pomimo nierozwiązywalnych zdaje się dzisiaj trudności. Nie twierdzę, że zgodzimy się we wszystkim, bo to niemożliwe. Powinien też powstać nowatorski podręcznik dziejów Prus (tego okrutnego samca Europy Środkowej) i Rzeczpospolitej Polskiej (tej zgwałconej na swoje życzenie samicy narodów Europy Środkowowschodniej). Wierzę, że za pięćdziesiąt lat powstaną Stany Zjednoczone Europy, jeżeli nie pochłonie nas lub nie rozbije naszych więzi wojna (która przyjdzie daleko ze świata i wciągnie Europę), pandemia lub totalny kryzys gospodarczy (że nie wspomnę zagłady z powodów naturalnych, np. wybuchy wulkanów i cykliczne trzęsienia ziemi, co też jest prawdopodobne zdaniem sejsmologów w najbliższych dziesięciocleciach). Nie wiem, czy opracowywany jest wspólny podręcznik do historii polsko-rosyjskiej? Za wcześnie? Zabory to zamknięta kwestia historyczna. Rewolucja bolszewicka, jak trafnie to zauważył Józef Piłsudski, który odmawiał pomocy białym, nacjonalistyczno-monarchistycznym Rosjanom, chcąc nie chcąc, przyczyniła się do powstania niepodległej Polski. Wojna polsko-bolszewicka też jest zamkniętym faktem historycznym. Pozostaje nierozliczona polska martyrologia z okresu drugiej wojny światowej z czwartym rozbiorem w wyniku paktu hitlerowsko-sowieckiego Ribbentrop-Mołotow w 1939 roku oraz nade wszystko zbrodnie wojenne — w tym ponad 20 tysięcy zamordowanych oficerów polskich. Zbrodnia ta nie uległa przedawnieniu jak wiele innych zbrodni komunistycznych, a najwięcej ich ZSRR wcale nie popełnił przeciwko Rosjanom, lecz Ukraińcom (głód), Białorusinom, Kazachom, Tatarom, Polakom (np. czystki etniczne w latach 30.), Żydom, Litwinom. A o tym się nie pamięta. Rosjanie lubią się przedstawiać jako najbardziej poszkodowani i wytykają mniejszościom narodowym dawnej Rosji (Gruzinom, Łotyszom, Litwinom, Ukraińcom, Polakom, Estończykom) nadmierny procentowo udział w pierwszym okresie terroru rewolucyjnego. Cóż, sam byłbym, gdybym żył w tamtej epoce, antycarskim terrorystą-rewolucjonistą polskim, ponieważ nienawidziłem i nienawidzę tamtego reżimu jak i kolejnego, który w morzu krwi go zastąpił: sowiecko-rosyjskiej despotii bolszewicko-stalinowskiej.

Ale skoro mamy ugadywać się lub jasno przedstawiać punkty sporne w polsko-niemieckim podręczniku do historii, to powinno być nam, łatwiej i rozumniej, dogadać się z Rosjanami, których okrutne państwo nigdy nie postawiło sobie za cel eksterminacji całego narodu polskiego albo uczynienie z jego pognębionych resztek „rasowego niewolnika” po wsze czasy. Ale chyba to mrzonki z naszej strony, ponieważ nie jesteśmy dla Rosjan partnerami w ich imperialnej polityce, więc nie będziemy pisać, a szkoda, wspólnego podręcznika. Skoro uważam, że paradoksalnie (a paradoks i chaos rządzi wszechświatem, a humanizm tragiczny polega na zachowaniu wolnego sądu etycznego i niepoddawaniu się grozie życia) zbrodniczy Stalin swoimi arbitralnymi decyzjami przyznał Polsce najlepsze położenie terytorialno-cywilizacyjne w ciągu jej tysiącletniej historii (bliżej Zachodu i bez resztek przykrego Wschodu), dlaczego więc nie mamy próbować na dobrze określonych zasadach pertraktować z Rosją, handlować z Rosją, współpracować z Rosją, a nawet rozumieć jej zasady gry politycznej. Przecież nie pokonamy ani Rosji, ani Niemiec! Ani tego nie chcemy. Pragniemy partnerskiego miejsca we wspólnej Europie państw pokojowych i demokratycznych. Brakuje nam zasad i praktyki nowoczesnego realizmu politycznego.

Tak, samotny Polaku, nic z tego nie wyszło, nie miałeś narodowej szkoły, inteligencji, własnego, narodowego kapitalizmu, a najlepsi szli pod nóż prusko-niemiecko-rosyjsko-austriacki, a pozostała większość masowo na służbę obcego państwa. Dopiero po stuleciach nadrabiasz przegrane, uczysz się liczyć zyski i straty, szanujesz życie, uprawiasz racjonalne myślenie. Ale czy masz świadomość wielkości tej ulotnej chwili historycznej? Czy wiesz, że przyszłość jest niepewna, a codzienne pragnienia nienasycone? Chcesz żyć jak inni, jak inne wspólnoty mieszczańskie, ale czy nie za późno (nie z twojej winy przecież się spóźniłeś do europejskiego stołu)? Nie wszystko od ciebie zależy i pieniądz nie jest wszystkim. Oto co masz robić: załóż sobie program racjonalnego minimum i dąż do niego z całych sił, nie ustawaj: myśl i działaj racjonalnie, żyj z wyobraźnią losu wolny, gospodarny, etyczny, twórczy, spontaniczny, świadomy irracjonalnych niebezpieczeństw, które czyhają wokół i w tobie samym. Odwagi i wyobraźni życia ci życzę. Ja, etyk teoretyk, ja, tragik magik, tragarz chmur i niepotrzebnych wielkich słów. Poeta reporter uczuć. Który prawie już mija. Skorzystaj z tej szansy i na nowo stwórz nowoczesny, prawy, szlachetny dekalog człowieka wolnego, twórczego, niezłomnego, odpowiedzialnego. Ale nie — naiwnego lub sentymentalnego. Miłość nie jest potrzebna w polityce, ale szacunek, racjonalne myślenie, odpowiedzialność, wyobraźnia, umiejętność przewidywania i trafnej reakcji. Bez fobii i skomplikowanych emocjonalnie uczuć (miłości-nienawiści), które wypaczają rzeczywisty wizerunek wroga-partnera-sojusznika-sąsiada.

Debata historyków okazała się nieco sztywna, język czasami skomplikowany i szybko zorientowałem się, kto jest oryginalnym Francuzem, a kto berlińskim. Publiczność dopisała, głównie sędziwa i nobliwa, uniwersytecka. Vidal, francuski Żyd, był wybitnym historykiem antyku, zaangażowanym mocno w walkę z negacjonistami holocaustu, lewicowcem (może i komunistą). Przeglądałem kiedyś jego wspomnienia. Ale kiedy spotkanie, momentami wzruszające z powodu osobistego tonu wielu wypowiedzi o zmarłym koledze, skończyło się, na schodach usłyszałem ryki, donośne wrzaski mężczyzny w starszym też jak większość uczestników wieku. To wyprowadzano z bocznej sali, gdzie urządzono mały bankiet, faceta, który już wcześniej nieco przeszkadzał i zmuszony został do opuszczenia sali konferencyjnej. Ale przyczaił się i dorwał do stołu. Nawet w Berlinie, tak jak w każdym mieście, na każdym wernisażu, prelekcji na całym świecie, a przynajmniej u mnie w Olsztynie, znajdzie się miejscowy wariat, który uwielbia tego typu nasiadówki, otwarcia, ceremonie z reguły kończące się wyżerką i toastem. Roześmiałem się na dobranoc. Padał mokry śnieg. Nieliczni przechodnie też się spieszyli. Byłem w metropolii, a poczułem się jak w malutkim mieście.

 

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści