LUDWIG KLAGES
Deus abiectus
W poszumie listnym wydartym wierzbie, zbóż złotych kłosów
zadumnym szczebiocie, krystalicznym w cielsku skał, połysku
rozłyszczonym ich wzburzeniem, horyzontem ciągnących stosów
chmurnych, zamilkiem ściemniałym gniewnie, w piorunne cięgi
skrzesanym — miano znać wybrzmiałe w zgłosek gromkim ognisku:
ShKINH, ADNI, KRVBIM — ACHAD — snują się u stóp Jego wstęgi
zbolałych osądów oznajmianych nieprawnie, posoka ścieka obmowy
nikczemnej. Dobrem Najwyższym wołali Cię ongi i Intelektem pod materię
form matrycę piastującym — a zelżywości rzemienie to osąd cięć surowy.
Ostoją Tyś był prawzorów, zwierciadeł duszy miłośnie ku
Umysłowi zwróconej — a kości Twe zgruchotał i starł drwiny mosiężny młot.
Potencją spulchniony Słowo w Intelektu wrażałeś membranę,
z bezwładu w drgania wprawianą przez Pojęć wydęty, gęsty miot,
a język suchy w gardziel ucieka, toczącą fetor i bulgotliwą pianę.
Prostyś i niezmierzonyś, od jakości wolny i zakusów szpetnych zmysłów —
skóry rozpuchło się sukno w kaźni razów — udrękę twą Terrena odnowi
Civitas wiekuiście, w jeństwo bowiem cię wzięto złej woli, odarła z giezła do
nagości bladej zelżywość bałamutna, kostki zaś spętało żelazo oków w skalne
łono wrażonych, na szczytach osnutych arabeską, co obmierzła
wnętrznościami wydartymi z Ciebie, jelitami sunie niby u umykającego przed
Nikanora siepaczami Razisa, rzuconego na żer nieznających łaski bied.
Hipostazy Hipostaz znamienitość o blasku stłumionym pełza po oprószonego
zbóż kłosami górskiego grzbietu wyżynach. Oblicze plwociną spływa, chromy
pognębieniem spod powiek ćmą pijanych, Budowniczy wszechświatowego
kolumnad gmachu, a plafony Twe misterne i frontony rzeźbione zaległy ruiną.
Moszczem Tyś wyciśniętym, pod spiżem potwarzy nazbyt uniżonym, by z dumą
wina rozlewać rubiny, niczym krzew usychasz rycynusowy, dłońmi osłoniony
wzniesionymi od Krytycznej Teorii żeleźców się osłaniasz. Miłosne peany słałeś
ponad Empireum królując Alethei piękność ćmiącej, emanacjom Eonie najmęższy,
pełnio nieogarniona Ein Soph Aur — a granitu skały w żałości śmiertelnej wysłałeś
skóry kobiercami z kolan i dłoni, mięso boskości ze wstydem rozdziane boleścią
przenika górską skroń niewzruszenia. Nihil est sine ratione —
siewcy proklamowali kąkol pozytywizmu i strawy ci poskąpiono, żółć zatem
mieszasz z łez solą i pyłem ziemi, niegdyś Najpierwszy w bezradnych
paroksyzmach spojrzeniem śledzisz kędziory stłoczone pod powały cieniem
stężałym furią w burzy. Tchnienie cię wtem z wieścią zrosiło, ulgi sunącym
gońcem z wiatrów etezyjskich czułym wiewem, od rubieży wodnych niosące
się, mianami, które w ustach rozlicznych zdobiono —
Maim, Kainsava, Fons Vitae słodka.
Homo androgynus
W niedomyślonym widzeniu, co nastanie i napotka,
w rozmigotane zaszedł wody berylowe pod Strzelca
wykręcanymi chwacko tanami, którym wiotka
Jupitera wola się poddaje, obu dziś bowiem wyświęca
zejście na firmamentu drożynach stopa zapadła w piaski
lotosowe, nieobjęte granicą dziedziny Oceanu Wielkiego,
gdzie lazury ścięte żółtymi smugami barwią się mimetycznie
w toni, której bezmiarami świetlanych fibrów igrają pogonie.
Nim zmroku śluza się rozwarła, by ukryjomić dzienne blaski,
na ciele w boleści dygocącym pieszczot ustronia miękkiego
poczęły Niewieście Rozszały wykładać rozkoszy złudne głaski,
a wody zaszczebiotały wrzawą gorączki pienną,
gdy wpuścił w ich przedświt wodny prany nasienie
pod ciał zaplotem nucącym łaskę ekstazy zmysłowej.
Gdy rozpieki blasków, przemocą dnia, co sieje
ich jarzmo kwitnące bezlicznie, wygasły pod ościenną
dniom zmroków dziedziną, spazm woli wyprężył złe
korzenie owych Niewiast, niby cedry Libanu wyciętych
w smukłości, te do szczętu w cieśń boleści zagnały
ciało agonią puchnące, jak Penteusza pod rozpych
szału rzucony w ćwierci rozdarł Agave pęd oszalały,
tak owemu pięćdziesięcioma cięciami ukróconego
żywota odjęto cielesną tkankę. Łuna się rozlała
po morskiej powały odmętach mięsiąca nieprzejęta,
gdy konduktu nurt ruszył, szczątki umęczonego
dzierżący, a prym u jego czoła zapał rozpala
Hierofant Najwyższy, którego mianami święta
godność zdobna — Zagreus, Dithyrambos, Bakchantas,
Bromios, Euanthes. Gdy zaszła procesja pod progi
Sanctum Sanctorum, głoski naraz wybrzmiały:
„Ni pomników, ni katafalków, nagrobków ni Tobie nie wzniosą niebogi
z Doxa zarówno, jak i Aletheią dzielące łoża. I nastał wraz
czas, by członki rozdarte w klejnoty złotem skrzące, z nefrytów
przepyszne bransolety splecione, z pereł i muszli objęte widmem
miesiąca mglistym, naszyjniki kredowoblade przybrać na snem
ludzkości widnej kaplicy. Alethea zaś, szlachectwem z białogłów
najzdobniejsza, wiedziona niby Minerwy ruchem szumnie potoczystym,
oliwą poczęła maścić cielesne elementa — mirry woń i cynamonu,
galangalu aromat substancję ową swą obecnością wypełniły.
Fons Vitae zaczerpnęła ninie z wód kapłanka, gdzie nasienie cielesnego skonu
uroiło, do kielicha, a dłońmi im zwoliła spłynąć swymi. Zgłoski się rozelśniły
wtem wznioślejsze od widzenia znad rzeki Kebar jak wszechbarwny kilim
i ogniem z trybularza materię objęły pod kształt wolny od epok ślepych przewin:
ShKINH, ADNI, KRVBIM — ACHAD — EMET i za rozblaskiem ich ton wybrzmiał
nad dzwony tysięczne mocarniejszy salpingesu. Gdy cztery zaś noce Go w kształt
sklarowały, piątej ruch wykonał. Ów do szczętu rozdarty, śmiał nocy siódmej w
ciele Androgyna ciekawości płomieniem rozgorzeć, a bladego
brzasku nie dostrzegł, siódma bowiem noc wciąż zalegała. Nazanoc, gdy jutrzni nie
wzniecone z zarzewia jeszcze bursztyny, Vohu Manah (Logos), Lumen Naturale
przybył utajony. „Każda Zmiana niesie Smutek” — rzekł i ku Androgynowi niby w skale
wykutemu pytanie posłał: „Kim jesteś?”. — „TAK” — odrzekło owe dziecię żywej myśli.
— Co ósmy dzień przyniesie, Tobię ukażę — tak Vohu Manah (Logos) zapowiedział.
Pramacierz
Czeluściom bezpowrotna zaległa w kale i błocie,
połogiem złożona w grocie skutej bezczasem,
starożytna Pramatka światu górnemu w odwrocie, dla
podziemia i drżenia i samotności smacznym łasem.
Gładkiej skały lico skołtunione opływa włosie
wezgłowiem dla cielska u stóp jej złożonego
mrowiem oblężonego larw kąsatych, o losie,
masy dla umysłu jeszcze myślom zaciemnionego.
Zaszklona potem, sprężona w bólu, skóra
dżdży po ciele kroplą złudnego wytchnienia,
a gardzielami rozwartymi skarga rozpaczy wtóra
ochrypłym skrzekiem na wargach się rozpienia.
Odosobnieniem szamotanina straszna dudni w mroku
ociężałości z bezradnie zwiotczałymi ramionami,
dyszy niedojrzany obserwator w skalnym uskoku,
ona odpowiada jękiem sardonicznej w boleści Lamii.
A gdy już oseska wychynie główka śluzem skąpana,
wzmaga się w bitewnym paroksyzmie obolała matrona
i chwyta w otyłe ciemnością, opuchnięte ramiona
dziecię nieznane brzaskom, a oczy zamyka obrana
Skała na leże boleści Tezeusza i Pejritoosa.
Niknie pochłonięte przez plugawe istnienie
ciałko ułomne niczym w słońcu poranków rosa,
okroplająca teraz niedbale, ulotniona przez korzenie
jesionu białego, strojące strop groty niepoznanej ciało
w bezmyślnym spoczynku na kamiennej miedzy nocy,
swe własne wpuszczające korzenie przeraźliwej mocy
macierzy świtem ludzkiej duszy u jej zarania rozlanej.
Aion[1]
I
Ozwał się Vohu Manah (Logos):
Zocz wglądnym wejrzeniem ku sobie Jaźni
z blasku urobionemu Neszamy[2] łożysku powierzonym,
gdy pod duszy rozumnej tchem Ruach rozemglonym,
a z ciemnicy rozbłysły samowiedzy ognikiem Atmana,
cieni twych Słońcem apollińskim, jak Ci się uwyraźni
niby splotami wężowymi Ananty wieczyście opowita
Élan vital w postać rozbudzoną zrubinionym-chwytem lita
na obliczu lwim uwyobraźnionym, bowiem dumnie dzierżona
lanca Chai[3] burzy piany możnej woli dla wydobycia z łona
bezforemności wrażeń zmysłów Eidós[4], widne, byś zerwać
z symbolu materią władny i pod Feba całunkiem wytrysłym
świetlanie, wejrzeć dzikiej źrenicy wzrokiem mógł rozbłysłym, jaki
idei się bujnie tobą płomienny dwuskrzydle splendor serafini,
niewygasłymi wymionami z Kronosem unię wieczna karmi mać,
pod zmysłu powłoką pulsująca, otchłannie tajemna, ciemna Dakini.
II
Czyś nie ujrzał Leandra teraz, przyjmującego w błyskami głębin nów olśniony
rozumu połyskliwego ametystowo senną Hero od swarów wziętą
w immanentnym pędzie przez mens nadanym, które żabnice materii z nią
wszczynały? Zocz rozprysłe mgławicowo rącze ławice jak w Eidós,
z przedstawień odartego łachmanu, ze skarbca się pamięci zlały i pojęć rozumu
czystych; i wzburzył on wezbranego myślenia masy uderzeniem skrzydeł
serafinich, co w ciebie wtargnęły euforyczne, jak wgląd jasnością źrały. AION,
rozżarzona pentada, woli ruch rozniecił w Kamie swym imieniem.
Zocz: w jego źrenicy rubin płonie myśleniem czystym, pędem grzmiące trwanie
na rafie nie spocznie, gdy dojrzany, lecz śmigle uchodzący, z cesarską śmie
kpiną srogą intelektu dialektykę szydzić, różnicy powolną; co pod stropem trwa
nocy i w łonie ziemi zwarte — w serce chłonie, by zszarpać je w piersi szczękami lwa,
nie sczeźnie, co posoką nie broczy — a słońcem krwawym Zrozumienia wytryska!
***
W zmianie dostrzegam jedynie różnicę stanów, przejście jest niepostrzeżone, uwaga odrywa się od przepływu, który w swej monotonii niesie więcej treści życia niż oderwane spostrzeżenia momentów jego biegu, a mimo to jest trywialny niczym bicie serca i nie mniej od niego nieodzowny dla życia podtrzymania. Bieg i zmiana są chwytane w symbol, dojrzany, a zarazem wymykający, statis jak i dynamis, odnoszący się, jak i zwrócony od i wsobny. Wówczas, gdy zanurza się w ciemne wody (przestrzeń kontemplacji Poimandresa), zyskuje samoogląd w Eidós, który stanowi materię twórczą, jak i zarazem jej formę, zaktualizowaną potencję czystej twórczości, bazującej na przedstawieniach indywidualnej Jaźni i transcendującej je, istotowo zaś czysty byt umysłowy. Unio Oppositorum, którego zalążkiem jest szkolenie intelektu w komparatystyce materiałów symbolicznych ludzkości ku ich syntezie. Najdoskonalsza, a zarazem wciąż ułomna (zubożeniem Eidós jest już obraz mentalny, zaś słowo — skuciem w bezruch), droga przejawu — Poezja.
przełożył Łukasz Szaruga
[1] 1+10+70+50 = 131 = 5.
[2] Neszama — w psychologii kabalistycznej intuicyjna Jaźń, Ja.
[3] Chaija — w psychologii kabalistycznej twórcza Jaźń, wola, impuls twórczy pierwotnego punktu widzenia.
[4] Eidós — forma, postać, „objawienie się”.
Ludwig Klages (ur. 10 grudnia 1872 r. w Hanowerze / zm. 29 lipca 1956 r. w Kilchbergu) — niemiecki filozof i psycholog, zajmujący się pracami związanymi z grafologią i charakterologią. Rozwijał metafizyczny nurt filozofii życia. Autor trzytomowego dzieła Der Geist als Widersacher der Seele (Duch jako przeciwnik Duszy, 1929-1932). Swoje koncepcje rozwijał również w pracach: Vom Wesen des Bewusstseins (O istocie świadomości, 1921), Vom kosmogonischen Eros (O kosmogonicznym Erosie, 1922). Często odwoływał się do Goethego i Nietzschego, których uważał za swoich duchowych pobratymców. Poświęcił im obszerne analizy w publikacjach: Die psychologischen Errungenschaften Nietzsches (Osiągnięcia psychologiczne Nietzschego, 1926) oraz Goethe als Seelenforscher (Goethe jako badacz duszy, 1932).
Łukasz Szaruga (ur. w 1991 r.) — poeta, grafik komputerowy, sporadycznie artysta plastyk. Absolwent UJ na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Mieszka w Krakowie, pochodzi z Kielc. Wiersze publikował w „Projektorze — kieleckim magazynie kulturalnym” oraz na stronie www.szuflada.net. Wydał tom wierszy: Gnothi Seauton (2018).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved