MACIEJ KOWALSKI
wycinki dziennika. 3 [Lublin 2023, cd.]
18 sierpnia
Budzę się o godzinie 5.30, kiedy jest już jasno. Próbuję jednak zasnąć ponownie. Zostało do dzwonka jeszcze 2 godziny i 40 minut. Sen składa się z dwóch scen (przynajmniej tyle zapamiętałem). Pierwsza: prowadzę lekcję w sali, która swoim układem przypomina moją dawną klasę, gdy chodziłem do podstawówki, na ul. Rydla. Mieściła się ona w bocznej części, gdzie teraz chyba jest przedszkole. Pomieszczenie wspierane było czterema drewnianymi kolumnami, nadającymi całości antykizującego, zapadającego w dziecięcym wyobrażeniu, charakteru. Uczniowie nie chcą się uczyć. Hałasują. Ja cierpliwie próbuję prowadzić lekcję. To chyba nowe klasy. Potem scena ta znika, ale tylko na chwilę. Pojawiam się w tej samej sali. Rozpoczyna się już lekcja angielskiego. Zza osoby stojącej przy biurku wychyla się… moja dawna wychowawczyni, która uczyła geografii w liceum. Widzę ją bardzo wyraźnie, a ona spogląda na mnie z uśmiechem. Z boku sali pojawia się okryty białym obrusem stół z mnóstwem jedzenia. Idę coś sobie nałożyć. W tym momencie zmienia się sceneria. Druga scena jest krótka. Jadę autobusem razem z klasą. W tle słychać niepokojące nuty, jak z oratoriów Pendereckiego. Ja wiem, gdzie oni są wywożeni. Oni nie wiedzą. Chcę, i zdaje się próbuję, ich ostrzec, że zginą. Najwyraźniej, tuż obok, widzę Oskara. Potem próbuję zlokalizować Błażeja, który siedzi przy oknie, niedaleko. Zdaje się, że wołam, ale bardzo słabo. Nie wiem, czy w ogóle z moich ust wydobywają się jakieś dźwięki, bo scena znika. Na śniadaniu dzisiaj trzy talerze. Pierwszy: porcja gorącego boczku i jajko sadzone w kożuszku, pomidor, ogórek i chleb z masłem. Drugi: jajko na twardo, dwa kabanosy, plaster pasztetu z żurawiną, sałatka z kawałkiem papryki oraz pasta jajeczna ze szczypiorkiem, doprawiona chrzanem (po raz pierwszy nakładam gałkę, specjalną łyżką). Dzisiaj nie ma gofrów, więc rezygnuję ze słodkiego etapu. Piję herbatę w filiżance i dwie w dużym kubku. Automat za mną nie działa. Kelner podchodzi, aby mnie o tym poinformować i zaprosić do automatów bliżej baru. Chcę myśleć, że zrobił to dlatego, że jako jeden z nielicznych klientów podziękowałem mu, gdy podszedł do mojego stolika zabrać talerz. Ludzie traktują ten rodzaj usługi jako coś tak oczywistego w swoim życiu, że nawet nie kwapią się do zwrócenia na to wzroku. Godz. 10.25 — zbieram się. W pokoju uzupełniam jeszcze dziennik, pijąc herbaty. Najpierw idę spacerem (boczną ulicą Antoniego Szczerbowskiego) na dworzec, aby kupić bilet powrotny. Niestety, jak informuje mnie pani, nie ma późniejszych linii niż ta o godz. 7.22. Pozostałe chyba z przesiadkami. Poszło zgrabnie. Jest tuż przed godz. 15. Idąc ulicą 1 Maja dostrzegam księgarnię oświaty, gdzie na wystawie zauważam najnowszą, drugą część podręcznika do HiT Roszkowskiego. Dalej nie wiem, czy zachowam godziny, ale biorę. Po prostu jako książkę do przeczytania. Tym bardziej, że to raczej eseistyka niż podręcznik (za moich młodych lat…). Skręcam na prawo, aby dojść do ronda Lubelskiego Lipca 80 i dalej Fabryczną. Dziś wybieram się do muzeum dawnego obozu na Majdanku. Planuję podjechać autobusem, ale w tym miniaturowym mieście — stwierdzam — nie ma to sensu. Wszędzie można dojść piechotą. Idąc, po prawej stronie dostrzegam już krajobraz obozu. Są to — wydające się — bezkresne pola, pokryte trawą o różnym odcieniu (miejscami pożółkłą) i bukietami szaleju. W oddali widać drewniane baraki, w różnych odstępach od siebie. Na tle wszystkiego wyróżnia się Pomnik Walki i Męczeństwa. Przechodzę przez bramę główną do centrum informacji dla zwiedzających. Tam kupuję trzy książki (Jadwigi Ankiewicz, Dziennik z Majdanka, Kozłowskich o pokojówce komendanta obozu oraz przewodnik po obiektach historycznych). Pani, u której płacę, tłumaczy mi szczegóły planu zwiedzania. Oglądam też wystawę dotyczącą dr Stefanii Przerzanowskiej. Za pomnikiem idę wytyczoną dróżką, przypominającą polną drogę, obok białego domku lekarza SS. Chodzę trochę po obozie, ale w połowie drogi zawracam (nie dochodzę do krematorium i mauzoleum), bo zaczyna znów grzmieć, a nawet błyskają pioruny. Lublin wydaje się miastem, gdzie niebo musi groźnie mruczeć codziennie. Lekko zaczyna też kropić. Dochodzę na przystanek (Majdanek Pomnik NŻ) i po raz pierwszy wsiadam do komunikacji linii 158. Wysiadam na przystanku MPiK. W pokoju biorę długi, intensywny prysznic. Golę się. Planuję zacząć lekturę Ankiewicz, ale rezygnuję z tego pomysłu, póki co. Schodzę na kolację, na dół, do restauracji. Poranne śniadanie wystarczyło mi na cały dzień. Dopiero teraz zamawiam kolację — pizzę capricciosa plus mojito (alkoholowe). Wstępnie ugłaskany idę spacerem na Krakowskie Przedmieście (ul. ul. Okopową, Chopina) i znów zasiadam w Pijanej. Jestem tam od ok. 21.00 do ok. 00.10. Piję siedem kieliszków, po 100 ml („smakuje panu”). Przemieszczam się przy kolejkach między stolikami, bo ruch większy i co chwila tracę stałe miejsce. Siedzę nawet dwa razy na ławce przed wejściem. Drobna afera, bo jakiś niezbyt przystępny wizualnie facet fotografuje trzy młode dziewczyny. Jedna z nich wyraża z tego powodu swój sprzeciw. Ale po chwili sytuacja się uspokaja, a ów mężczyzna spędza resztę wieczoru gawędząc z nimi. Widocznie pies na baby. Wracam przez Wróblewskiego. W domu od razu kładę się spać. Znów nie czytałem. Jest przed pierwszą.
19 sierpnia
W dzisiejszym śnie latam po niebie nad Prawobrzeżem Szczecina (głównie Zdroje i Podjuchy), trzymając w ręku, posiadający magiczną moc, smartfon. Prawie jak Superman. Wstaję razem z budzikiem, a więc o godz. 8.10. Na śniadaniu jestem przez chwilę poirytowany, bo ktoś zajął mój, nieoficjalnie oczywiście, stolik. Piję trzy szklanki chłodnej wody, w czym dopatruję się, przez kilka sekund, piętna wczorajszego picia, ale to tylko ulotny domysł. Może to tylko przedłużenie nawyku. Cztery talerze. Pierwszy: dwie kiełbaski i dwa jajka sadzone plus plastry świeżych ogórków z nędznie zawieruszonymi między nimi kawałkami fioletowej cebuli, dwie kromki chleba. Drugi: kromka chleba z zawiniętym w chrupiący kokon bekonem. Trzeci (już przesiadam się z powrotem do mojego stolika): gałka pasty jajecznej, połówka jajka na twardo, dwa kabanosy i parę plastrów pomidorów. Wypijam cztery herbaty (dwie w dużych firmowych kubkach, dwie w filiżankach) i trzy kubki lemoniady, która okazuje się bardzo smaczna. Dzisiaj siedzimy dłużej, do 11. Potem uzupełniam dziennik i słucham — jak wczoraj — Belindy Carlisle. Nieoczekiwanie wybieram spacer. Trochę flanuję. Przechadzam się jeszcze raz po Starym Mieście. Zachodzę do dominikańskiego gmachu, od którego bije aromat setek lat wytężonej pracy i trudu. Ten rodzaj woni, zderzony z dość pogodną, turystyczną aurą na zewnątrz, wywołuje szok dla organizmu, mimo charakteryzującego dzisiejsze czasy znieczulenia historycznego. Potem przez Krakowskie Przedmieście i Plac Litewski zachodzę do Ogrodu Saskiego. Spaceruję jakiś czas, szukając (bezskutecznie) pomnika Bieczyńskiego, głównego architekta tej osobliwości. Potem, przez Aleje Racławickie i al. Warszawską, idę pieszo w pełnym, prażącym słońcu do Ogrodu Botanicznego UMCS, położonego w sąsiedztwie dawnego majątku Sławin. Niedaleko ronda Honorowych Krwiodawców, na styku z al. gen. Sikorskiego, zachodzę do Żabki, gdzie kupuję izotonik Oshee i magnuma czekoladowego. Skojarzenia. Podpatruję jeszcze lokalizację Muzeum Wsi Lubelskiej, ale ostatecznie nie wchodzę do środka. Kupuję natomiast bilet do ogrodu. Docieram tam, idąc niezbyt reprezentacyjną ulicą Sławinkowską oraz przez rondo Reagana, mijam hotel i przy ul. Willowej jest bramka z dużym napisem. Godz. 17.40: pani mówi, że może zdążę do szklarni. Są zaraz po prawej. Okazuje się jednak, że nie do końca tak zaraz po prawej. Musiałem pokonać dość solidną dróżkę wzdłuż kalmii i lilaków, ocienioną rozpostartymi ramionami magnolii. Czytam trochę o języczniku, ciemiężycy i długoszu. Są niedaleko pomieszczeń gospodarczych. Obchodzę dział roślin cebulowych i skręcam w alejkę barwinka, bukszpanu i bluszczu. Za skrzyżowaniem idę dalej, otoczony z obu stron rzędami świerków, cisów i jałowca. Wdycham aromat, którym emanują, moimi, niezbyt przecież wrażliwymi, nozdrzami. Zapach jest tak silny i tak pozbawiony czasu, że ani się oglądam, gdy alejka przechodzi w dywany azalii, różaneczników, wrzosów, kamelii i berberysów. Dochodzę do kolejnego skrętu, gdzie widnieje drogowskaz do kawiarni. Na razie same drogowskazy. Nie wiem, czy uda mi się ową kawiarnię odnaleźć w tym gąszczu. Zmierzam teraz w dół, zakątkiem lipowym, ukwieconym epizodycznie czosnkiem niedźwiedzim i wawrzynkiem. Następnie pod górę — w kierunku dworu Kościuszków. Towarzyszą mi niemo w tym wysiłku przylaszczki i przytulie. Co jakiś czas grzmi (już od momentu wejścia do ogrodu; zawsze w tym mieście, gdziekolwiek dochodzę, niebo musi mnie ofuknąć w tej pysze, ale już powoli się przyzwyczajam). Odnajduję dworek, a niedaleko ścieżkę zmysłów. Tam prezentuje mi się okazały, aczkolwiek nieco opadły z sił przegorzan, mimo słabszej kondycji imponuje nad resztą majestatyczną sylwetką, obok niego złotnica, łzawnica, anginowiec, rozchodnik, piwonia, lubczyk, a także fasola. Idę wzdłuż wyznaczonego kierunkiu zwiedzania. Mijam drewniany mostek nad stawem, wejścia na który pilnują strażnicy szczególni: listowie rdestu, winobluszczu i cisu. Zmierzam jednak dalej. Udobruchawszy się z jakże żartobliwego pogłosu „szczodrzeńca zmiennego” i „starca wielkolistnego” w sąsiedztwie „obuwika” oraz „pełnika” odnajduję w końcu, powoli już legendarną w moich myślach, kawiarenkę. Teraz już szykującą się do zamknięcia swoich podwojów (jest kilkanaście minut przed godz. 19.). Na ostatniej dróżce obserwuje mnie z żabiej perspektywy geometrycznie kuliste spojrzenie biaty, a także czujny cień różnych odmian jabłoni. Skręcam na koniec na prawo do arboretum. Wychodzę przy kasie, która jest już zamknięta. Lekki niepokój, bo widzę kłódkę na drzwiczkach, ale wychodzę jednak normalnie. Kilkuletni, rezolutni chłopcy (dziewczynka, zdaje się, też w szeregu) sprzedają na drewnianym pudle kubeczki z lemoniadą. Waham się, czy nie kupić na spróbowanie. Tak mnie urzeka ten widok. Wracam autobusem linii 2 — trasa: generała Ducha, al. Sikorskiego, Liceum Staszica, KUL, Krakowskie Przedmieście, plac Litewski. W pokoju hotelowym biorę prysznic i schodzę na kolację, do restauracji. Niestety znów coś imprezowego się dzieje i muszę czekać na pizzę (salame) ok. 40 minut. Na początku dostaję mojito, które wypijam, nie prosząc jednak o drugie. Potem idę do Żabki naprzeciwko (tej, w której nie tak dawno kupowałem dwa lody: solo i kaktusa). Planowałem kupić chipsy, ale ostatecznie wybieram paczkę popcornu i pistacje. Pani, ogarniając coś przy drzwiach, mówi „czas się zbierać do domu”. Ja (patrząc na zegarek i konstatując, że są okolice godz. 22.) — „do domu tak wcześnie”? Ona — „mam dzisiaj przywileje”. Chyba się jej podobam, bo zalotnie trzepocze rzęsami i uśmiecha się. Nie należy do najwyższych, ma czarne włosy, twarz prostej, choć niezbyt brzydkiej, kobiety i wygląda na Ukrainkę, jednocześnie dobrze mówi po polsku. Chyba w podzięce za tę nic nie znaczącą wymianę zdań dostaję rabat na zakupy i życzenia miłego wieczoru. Ludzie nierzadko zadowalają się prostymi rzeczami. Wracam do hotelu. Jem przy tym niemalże połowę paczki z kukurydzą. W Pijanej dzisiaj dość skromnie, tylko 5 kieliszków, po 100 ml. Gdy wchodzę do lokalu, pani, dostrzegając mnie, bez słowa, od razu nalewa wyznaczoną porcję. Część nowej ekipy. Dwóch młodych, całkiem przystojnych mężczyzn. W domu momentalnie zasypiam.
20 sierpnia
Budzę się nagle o godz. 4.47 i jakby nie odczuwam już głodu snu. Chodzę chwilę po pokoju, popijając drugą butelkę gazowanej wody, którą dostałem od pani z serwisu, wczoraj. Czuję się nie do końca dobrze. Może jednak za dużo wypiłem ostatnio. Śpię jednak od godz. 6. do budzika o godz. 8.26 (otwieram oczy o godz. 8.24).
21 sierpnia
Śpię krótko. Około 5 godzin. W napięciu, bo mam tylko jeden budzik i nie chcę przespać porannego pociągu. Udaje mi się nawet uchwycić strzępy snów: sylwetki uczniów; przemykają — jak cienie — wychodząc wielce przepastnym korytarzem z jakiegoś gmachu. Słychać nieodgadnione szmery. Coś na podobieństwo strzałów. Nic więcej nie pamiętam z tych majaków, które mnie nawiedzają. Zrywam się razem z dzwonkiem. Jest godz. 5.35. Pakuję się dość szybko. Schodzę do recepcji o godz. 6.36/6.37. Oddaję kartę, a pani od razu daje mi prowiant na drogę. Wszystko gładko i bez problemu. Wygląda to na tyle dobrze, że podjeżdżam autobusem, bo z przystanku MPiK odjeżdża dosłownie po paru minutach. Zdążam spacerem 1 Maja przejść na plac Dworcowy. W ten sposób jestem jeszcze przed siódmą na dworcu. Sprawdzam odjazdy i zastanawiam się, czy coś ponadto kupić. Co dostałem? Grześka, paluszki, orzeszki, jogurt naturalny, dwie bułki z szynką, żółtym serem i sałatą, jabłko, wodę. W sumie dość dużo. Dokupuję jeszcze jeden mały cebularz lubelski w sklepiku dworcowym. Na spokojnie idę na peron (dochodzi z toru 53, nr 2). Jest drobne opóźnienie, bo doczepiają wagony (w tym 15. — mój). Podróż mija mi na lekturze Harariego. Spokojnie i bez problemów. Docieram do Dąbia w zasadzie z kilkuminutowym jedynie opóźnieniem. Późnym popołudniem idę jeszcze na spacer do Outletu. Zobaczyć nowy zestaw z marynarką, który planuję kupić.
Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) – doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved