GUSTAW RAJMUS
Bezpański
Przez całe sześć dni pęczniał, aż przychodził ten siódmy. Od tego momentu, gdy tylko w Niedzielę rano otwierała oczy, zazwyczaj już roztrzęsiona i pozbawiona nadziei, starała się przetrwać.
To powinien być pierwszy dzień stworzenia, symbol największej wolności, przestrzeń aż po horyzont. Ale nie, myślała gorączkowo, szykując sobie byle jakie śniadanie i jeszcze gorszą kawę. Nie, nie, nie, to jest dzień ostatni, wykańczający.
Nie było bardziej martwej substancji niż Niedziela. Czas kurczył się niepostrzeżenie, a pustka rosła, stając się gigantyczną przepaścią. Próbowała już wszystkiego, by przekupić to żarłoczne, trupie bóstwo, które zamieszkało w tym dniu: piła na umór, popalała marihuanę, wydając resztki oszczędności u pokątnego dealera, a nawet oddawała się w sobotnie noce przypadkowym, ciepłym ciałom mężczyzn. Nikt i nic nie było w stanie jej ocalić. Od kiedy pamięta, Niedziela, czy słońce czy deszcz, schodziła na miasteczko chłodnym tchnieniem, osiadając nudą i niepokojem na wymarłych uliczkach, pustych parkach czy przygnębionych, opustoszałych osiedlach. Była wszędzie, w każdym miejscu, tkance i atomie, a jej obecność przygniatała niczym chorobliwie rozdęta matka.
Czego jeszcze nie robiła, by uciec od takiej rodzicielki, która co siedem dni spadała na miasto niczym cicha, flegmatyczna zagłada? Od małego chodziła do kościoła na mszę świętą. Niewierząca po same krańce materii składała uroczyste zapewnienia Chrystusowi, którego umęczone delikatne oblicze Niedziela zdawała się wsysać w siebie niczym kosmiczny pasożyt, by rosnąć w siłę. Pustka ograbiająca Boga z witalności, apostoł szarzyzny i rozpaczy, królowa wegetacji.
Ale ona stała i słuchała wszystkich modlitw oraz czytań, chłonęła kazania tego samego co zawsze, wyraźnie znużonego kapłana. Przez chwilę wspólnota dawała wytchnienie, ale gdy ostatni opłatek komunijny znikał w ustach, a owieczki otrzymywały błogosławieństwo i wychodziły ze świątyni, ona biegła do domu, zamykała drzwi, zaciągała rolety.
Coś musiało się bardzo, bardzo złego wydarzyć, rozmyślała. Wieki temu, eony przed pierwszym rozumnym organizmem, coś musiało się stać w kosmosie, że schodzi jako odzew tamtej chwili na świat w każdy siódmy dzień.
Panika przychodzi w pełni tuż popołudniu i trawi aż do godzin nocnych. Dręczy ją wizjami nieudanych związków, bezdzietnością, wypomina jej wszelkie przyjaźnie, które unicestwiły się w naturalny sposób. Niedziela chwyta ją za gardło, rozszerza brutalnie nieumalowane powieki i każe jej patrzeć, jak mija dzień za dniem, rok za rokiem, na wciąż tym samym, niesatysfakcjonującym stanowisku pracy.
A telefony, które co jakiś czas wykonuje do rodziców, braci, kuzynek? Tam są zombi, jest niemal pewna. Drętwe opowieści snują się w nieskończoność, napawając ją trwogą. Głosy elektrycznych duchów pędzonych przez nicość po dziurawych drogach sieci komunikacyjnej.
Gdybym mogła się do kogoś przytulić, płacze w poduszkę po tych telefonach, czując, jak jej prześladowca rozkwita, przeistaczając się w ostre poczucie bezsensu. Musi walczyć ze sobą, aby nie wyjść po wino. Musi walczyć ze sobą, by nie zadzwonić do Marty, z którą paliły zioło, dopóki koleżanka nie wyszła za mąż. Wtedy zniknęła, a wraz z nią kontakt z dealerem. Musi poważnie wstrzymywać się, żeby nie wejść na jeden z tych portali, gdzie w kilka minut po wrzuceniu zdjęcia i opisu, zaczynają pojawiać się sprośne propozycje od wygłodniałych, nieraz równie zdesperowanych jak ona, mężczyzn. Są gotowi na wszystko, choćby tu i teraz, zaraz, natychmiast, we wszystkich pozycjach ludzi i aniołów.
Jezu, Jezu, modli się do ukrzyżowanego człowieka — nie jako do mesjasza, lecz po prostu do skatowanego bliźniego. Prosi go o łaskę, o znak, o cud, po prostu o to, by do niej zadzwonił albo coś. By przyszedł jako duch, bo skoro Boga nie ma, to może są chociaż duchy, prawda? Bo przecież coś musi być, Niedziela stanowi tego czyste świadectwo, i to coś jest o wiele gorsze niż stare, dobre nic.
Kiedy tak klęczy, czerwona od płaczu, Niedziela staje nad jej głową i koronuje ją cierniem oczekiwania. Szydzi przy tym potwornie, taka daleka i obca, spoza świata, pamiątka po jakimś starym, zapomnianym micie.
Zazwyczaj zbolała zasypia. Nadchodzi poniedziałek. Wymęczona wstaje, bierze kąpiel i pociesza się, że jeszcze zmieni pracę, znajdzie miłość, kupi sobie psa lub kota. Albo kanarka. Że jeszcze może kiedyś uwierzy albo przestanie czekać. Przecież to dzień jak co dzień, tłumaczy sobie, do tego wolny. Tak, mówi na głos, w następnym tygodniu tuż po mszy pojadę na plażę lub zahaczę o kino. Odwiedzę nową cukiernię, umyję rower, zacznę czytać porzuconą przed laty powieść. Wszystko się jakoś ułoży, mówi, osuwając głowę w ciepłą pianę.
Lecz następnego dnia marzy już tylko o tym, aby coś wyrwało ją z tego piekielnego cyklu pomiędzy rozpoczęciem pracy a finiszem inercji.
Mija dzień za dniem, rok za rokiem. Bezbożny duch co siedem dni zsyła na niewierne głowy płomień zawiści.
***
Gdybyś mogła chociaż wiedzieć, że jesteś jedyną mistyczką w dziejach mieściny.
opowiadanie pochodzi z przygotowywanego tomu Angst [2026]
Gustaw Rajmus (pseudonim; ur. w 1987 r. w Szczecinie) – autor krótkich form literackich. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka pod Szczecinem. Publikował w: „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Latarni Morskiej”, „Nowym Napisie”, „OkoLicach Strachu”, „Twórczości” i „Wyspie”. Wydał zbiory opowiadań »Dwie Historie« i inne historie (2023) i Królestwa (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved