Skip to content

GUSTAW RAJMUS

Owodnie

Chciałem ponownie zobaczyć drewniany hotelik położony pomiędzy moczarami, niedaleko jeziora. Ujrzeć stare sauny, nieco PRL-owskie baseny, romantycznie zapuszczone ogrody.

Chciałem ponownie być w miejscu, gdzie moi rodzice popełnili samobójstwo.

* * *

Miałem wtedy trzynaście lat. Wyjechaliśmy, jak co roku, właśnie tam, do tego kompleksu wczasowego wśród tylu różnych zbiorników wodnych. Miejsce położenia: Mazury. Wakacje takie jak każde inne — nasza trójka, wspólny mały pokój, nieco zapyziały hotel mający za sobą najlepsze lata. Z każdym rokiem pogrążał się w brudzie i zapomnieniu. Jego czas wyraźnie mijał, ale jaki miał klimat! Ile przyrody wokół! Plecak wyładowany lekturami i podręczną konsolką, dowcipne rozmowy rodzinne, niekiedy jakaś wakacyjna znajomość z innymi wczasowiczami. I tak do pamiętnego dnia, kiedy, zaniepokojony nocną nieobecnością, odnalazłem ich pływających w basenie. Twarzami do dołu.

Kilka godzin wcześniej, gdy zasypiałem, nawiedził mnie sen. Bardzo wyraźny. Nigdy go nie zapomniałem — coś skrzypnęło (drzwi do pokoju? czyżby wtedy wyszli? wrócili po coś? umysł rozpoczął swoją oniryczną narrację?), przewróciłem się na bok i zobaczyłem kucającą przy łóżku postać — wyglądała jak humanoidalna ryba. Jej twarz (morda? pysk?) wyrażały nieskończoność nudy, absolutny wymiar obcości. Była zapowiedzią losu, który miał mnie dotknąć ledwie kilkanaście minut później.

* * *

No tak, wypuściłem powieść, zupełnie tandetny kryminał. Nie wyobrażałem sobie być w roli kogoś, kto mógłby wytrwać w standardowej rzeczywistości pracy. Byłem gotów się sprzedać, choć wolałbym raczej napisać coś w stylu Cheevera albo Hłaski. Jednak nie odnalazłem w sobie talentu, stąd mogłem się skurwić w bezpieczny sposób. Realizując krwawe wizje, mające nakarmić oczekiwania czytelnika, mogłem oddalić się od tamtego chłopca, który odkrywa zwłoki taty i mamy, a dzień później zupełnie obce osoby tłumaczą mu, że oni zginęli z własnej ręki.

Chłopiec pozostał tam, przy basenie. Czasami wysyła mi listy. Odbieram je nad ranem, kiedy kac smakuje najgorzej, a posłańcy przychodzą jako sny lub pod postacią nagłego wybuchu wspomnień.

* * *

Chcę zobaczyć hotel, poczuć wilgotny zapach unoszący się nad właściwym grobem mojej rodziny. Szukałem przez Booking i nic, tak samo odpadł Slowhop. Dużo witryn poległo, nim po nitce do kłębka dodzwoniłem się, gdzie trzeba. Kobieta była córką właścicieli obiektu, tłumaczyła mi (może ją pamiętałem? ona mnie?), że przeszli na emeryturę i zamknięto hotel. Utrzymanie kosztowało zbyt drogo, popadał w ruinę. Otworzyli niedaleko drugi dom wczasowy, lepszy standard, ładniejsze miejsce. Zaprasza serdecznie.

Nie poszedłem na to. Wyjawiłem, kim jestem, zaproponowałem odpowiednią stawkę (honorarium wraz z podpisaniem licencji na serial, w którym miałem być scenarzystą). Poprosiłem o ten sam pokój.

— Wszystko na tak, proszę pana, tylko nie ten. Przygotuję panu inny. Rozumiem sentyment, ale chwilowo to najgorsze zgliszcza w tym chylącym się ku upadkowi domostwie — mamrotała nerwowo kobieta.

Podwoiłem stawkę. Spuściła z tonu, choć czułem, że nie jest z siebie zadowolona. Cóż, mógłbym spędzić za te pieniądze dwa tygodnie w luksusowym apartamencie na terenie Trójmiasta lub we Wrocławskich loftach.

Kiedy odkładałem telefon, przypomniała mi się tamta rybia twarz.

* * *

No i jestem. Zabrałem ze sobą kilka książek oraz laptop. Z zasięgiem jest kiepsko. Nie szkodzi — chcę pobyć sam z tym wszystkim, co mnie tu przywołało.

Pierwszy szok na wstępie, zaraz gdy przyjechałem — niedaleko hotelu znajduje się staw. Akurat byłem świadkiem, jak funkcjonariusze policji plus zbiegowisko kilku osób wyławiało z niego baranka. Wyszedłem z samochodu i zapytałem, co się stało. Starszy jegomość, sądząc po akcencie miejscowy, stwierdził, że co jakiś czas muszą to znosić. Zapytałem, co takiego, a on tylko wskazał palcem.

Policjanci wyłowili spętane ciało zwierzęcia. Ktoś je po prostu utopił, specjalnie.

Wróciłem do samochodu i ruszyłem dalej. Tuż przy uchylonej bramie domu wczasowego czekała kobieta, z którą rozmawiałem przez telefon. Od początku spotkania była sztuczna i przymilna.

— Trochę tu ogarnęliśmy na pana przyjazd. Odkręciliśmy też wodę.

— Jak długo nie użytkujecie hotelu? — zapytałem, rozglądając się po okolicy. Wydawała się zdezelowana i zachwaszczona, jakby dążyła do połączenia z lasem, łąkami oraz bagnem.

— Będzie z dziesięć lat — odpowiedziała, otwierając pokój, w którym dawniej zamieszkiwałem. Powiedzieć, że objawił się jako obskurna skorupa wyłaniająca się z ciepłych wód wspomnień, to nic nie powiedzieć. Przemilczałem obecność pewnie na szybko wstawionych tandetnych mebli. Miałem nadzieję, że wytępili chociaż robactwo.

Lecz nie to przykuło moją uwagę — na ścianie dyndał krucyfiks, przy wejściu wisiały gałęzie lipy (poznałem natychmiast, jest pospolita w mojej okolicy), a wokół łóżka rozciągał się krąg wyrysowany kredą. Nie umknęło mojej uwadze, że kredą także obrysowano mały obszar samego wejścia.

— Och… — zarumieniła się kobieta, widząc moją reakcję. — To taki lokalny zwyczaj. Koloryt. Proszę nie zwracać uwagi…

— Czy coś mi grozi? — zapytałem automatycznie, co mnie samego zaskoczyło, wpatrując się w jej wystraszoną twarz.

— Nie, nie… To tylko dekoracja…

— Oczywiście. Możemy się rozliczyć? — zapytałem, wyciągając z walizki kopertę.

Może pije?, pomyślałem, gdy odebrała należność drżącymi rękami.

* * *

Obszedłem obiekt, chodząc po zapuszczonych, pustych pomieszczeniach. „Dekoracja” zdobi jedynie mój pokój.

Ciekawe.

* * *

Wieczory są bardzo ciche. Zdarza mi się włączać wgraną muzykę z telefonu. Głównie po to, aby zagłuszyć pojedyncze pluski. Rozpoczynają się o zmierzchu. Później ktoś chodzi po obiekcie, słyszę stąpanie. Nie wychodzę z pokoju nawet do ubikacji, chociaż wiem, że to tylko moja wyobraźnia płata figle.

Kiedy wstaję skoro świt, obudzony przez wilgoć unoszącą się znad bagien, ubieram się cieplej i spaceruję. Słońce wzbiera na horyzoncie, aby opromienić okolicę, która odmieniła trzynastoletniego chłopca. Nie potrafię trafić na jego ślady, chociaż czuję, że przecież jest tu, skoro przez wszystkie lata nawoływał.

Znajduję za to inne tropy, które na pewno nie należą ani do mnie, ani do niego.

Postanawiam przejść się do sklepu położonego cztery kilometry dalej. Mam nadzieję, że mają bogaty asortyment monopolowy.

* * *

Wczoraj, jeszcze przed wypiciem nabytej butelki, wyraźnie usłyszałem pluski. W mętnych zaniedbanych basenach pełnych skisłej cieczy rozchodzą się kręgi — najmocniej w punkcie, który odebrał mi bliskich. Ktoś chodzi po korytarzu, a właściwie to człapie — mokre płaskie dźwięki skradającego się mieszkańca hotelu. Zwalam wszystko na wybujałą fantazję przyprawioną procentami, jednak nad ranem znajduję specyficzną wilgoć na podłodze korytarza.

Zupełnie sobie nie wyobrażam kolejnych dni tutaj, ani tych, które dopiero nadejdą, gdy już wyjadę. Koncentracja nad zabranymi książkami? Żadna. Kontakt z sentymentem albo urazem wpisanym w dawną część mojego życia? Niejasny.

Próbuję tworzyć koncept na nową powieść, lecz jedynie mechanicznie przelewam kolejną porcję wtórności na papier. Nie jestem twórczy i nigdy nie byłem. Rzesze fanów, dobre recenzje, niezła zaliczka? Kolejna porcja moich kłamstw.

* * *

Czy to On mnie chroni? Ten, który wisi tuż nad wejściem, ukrzyżowany metafizyczny kompas ludzkich sumień? Ale jeżeli tak, to przed czym?

Zasłaniam okno. Wieczorem rechot żab staje się nie do zniesienia. Dziś dołączyły do nich inne, donośniejsze. Staram się nadać jakąś nazwę dźwiękowi, od którego aż boli ciało.

Jedyne, co przychodzi na myśl, to: nieludzki.

* * *

Śniły mi się mętne oczy wyłowionego baranka. Jak martwe spojrzenie może być tak bardzo żywe? Wybudziła mnie ohyda tego doświadczenia. Dawno nie paliłem. Oddałbym wszystko za papierosa. Zebrałem się szybko, zjadłem jogurt, popiłem kawą i ruszyłem do małego sklepiku, w którym już gościłem.

Ośrodek wczasowy jest zbutwiały i zawilgocony. Gdzieniegdzie pleśń pożera go z zatrważającą siłą.

Idzie po niego niczym samo przeznaczenie.

Na zewnątrz mży. Robi się nieprzyjemnie chłodno. Jestem przygotowany — mam płaszcz przeciwdeszczowy oraz gumowce. Zawsze myślę o potencjalnych konsekwencjach — więcej niż o aktualnym momencie własnego istnienia.

Zaskoczyła mnie ulga, z jaką opuściłem teren hotelu.

Wychodząc ze sklepu, postanowiłem wrócić do kasy. Dokupiłem jeszcze dwie ćwiartki.

* * *

No więc po to ten alkohol, fajki i rozluźnianie się; ażeby wyjść wieczorem w ten głośny, gadzi mrok, być już nieźle na rauszu, mieć gdzieś co lub kto może mnie dopaść w słabo oświetlonych korytarzach budowli i w odpowiedniej godzinie, słaniając się, przypomnieć sobie dokładnie czas odkrycia trzynastoletniego chłopca i zejść do basenu.

Żeby stanąć nad czarną tonią, nachylić się i ujrzeć rybią twarz.

Ona rośnie, wyraźnieje.

Zbliża się, rozmazując odbicie.

 

opowiadanie pochodzi z przygotowywanego tomu Angst [2026]

Gustaw Rajmus (pseudonim; ur. w 1987 r. w Szczecinie) – autor krótkich form literackich. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka pod Szczecinem. Publikował w: „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Latarni Morskiej”, „Nowym Napisie”, „OkoLicach Strachu”, „Twórczości” i „Wyspie”. Wydał zbiory opowiadań »Dwie Historie« i inne historie (2023) i Królestwa (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści