Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień dziewiąty

Zimowy prawdziwie dzień, a wiatr potęguje to wrażenie. S1 do Mexikoplatz i spacer główną ulicą, raczej willową (na małym targu kupuję naszyjnik z koralowców za 35 euro dla KoHanki). Metrem U1 aż do Dahlem-Dorf. Wcześniej byłem tutaj dwukrotnie, głównie żeby w słynnym muzeum obejrzeć stare malarstwo europejskie, teraz przeniesione do centrum. To zachwycająca część zachodniego Berlina, taka elitarno-parkowo-willowa, mieści się tu Wolny Uniwersytet. Mimo wszystko idę znów popatrzeć na zbiory muzeum Dahlem. Przechodzę działami: buddyjskim, indyjskim, azjatyckim, polinezyjskim, amerykańskim. Najciekawszy pod względem atrakcyjności i liczby eksponatów wydaje mi się dział z Ameryki Łacińskiej oraz Polinezji. Wystawa czasowa: wypędzenia Niemców i trudne ich lata adaptacji w nowych miejscach zasiedlenia (ja wolę mówić zgodnie z traktatem poczdamskim: przymusowe wysiedlenia/przesiedlenia Niemców, wygnano natomiast Polaków: np. z tzw. kraju Warty po podboju Polski przez III Rzeszę, z Zamojszczyzny, Kresów Wschodnich w 1940 lub w 1941 roku po zajęciu tych terenów przez Związek Radziecki). Ekspozycja świetnie przygotowana i pozbawiona natrętnej propagandy lub przeinaczeń faktograficznych. To dobrze. Moim marzeniem jest ostateczne zrzeczenie się w jakimś kolejnym traktacie dwustronnym (pokojowy już mamy) wszystkich niemieckich i polskich roszczeń majątkowych, prawnych, resentymentalnych. Opcja nowy początek dla rozumnej i partnerskiej przyszłości bez oszustw historycznych, moralnych, kulturowych (dwustronnych). Niewielu zwiedzających, mimo że jest sobota. Jem zupę, ciastko, piję herbatę. I tak mijają dwie godziny. Na zewnątrz stale wieje. Przechodzę koło budynków Wolnego Uniwersytetu. Zazdroszczę dzisiejszym studentom polskim, mogą łączyć studia, wyjeżdżać za granicę, aby studiować, doskonalić się, mają do dyspozycji obcą literaturę. Co bym studiował? Jakieś indywidualne, wielodyscyplinarne, syntetyczne studia humanistyczne z antropologii kultury, literatury, historii, filozofii. Co prawda uważam, że filozofia (jako mistrzyni nauk wszelakich) zawiodła i w pewnym sensie skompromitowała się (politycznie), jej zadaniem powinna być nauka osiągania mądrości życiowej oraz etyki życia odpowiedzialnego indywidualnie oraz zbiorowo (oświeceniowa komunikacja egzystencjalna, współodczuwanie świata i odpowiedzialność za człowieka), a nie spekulacja ontologiczna, teologiczna, idealistyczno-naukowa.

Pięknie to brzmi: Wolny Uniwersytet. Przypomina mi nasze domowe i dawne uniwersytety, latający, podziemny, ale czas i z tym skończyć, i założyć nowoczesną Wolną Wszechnicę Polską, która by nie musiała kłaniać się ani teologii, ani ideologii, ani państwu, ani Kościołowi, ani władzy, ani plebsowi, ani cynizmowi czy nihilizmowi, lecz wyprzedzać naszą epokę za pomocą nowatorskiej wiedzy, światłej etyki i codziennej praktyki. Czas na przywrócenie wolności umysłowej i uczuciowej człowiekowi krytycznemu i poszukującemu. Szczególnie Polakowi, który nie lubi samodzielnie i odpowiedzialnie zbyt długo i niezależnie myśleć, który leniwy z natury i anarchistyczny podejrzewa ludzi odważnych umysłowo, niezależnych, przedsiębiorczych, kreatywnych o wszelkie możliwe grzechy i występki z powodu własnej bojaźni, lenistwa, nieufności do wspólnotowego i nieakcyjnego działania. Rodzina, praca, zakupy, banał telewizyjny, codzienny, obrzędowy. Wystarczy. Moimi wzorami byli reprezentanci pokolenia przełomu XIX i XX wieku, którzy w myśli humanistycznej, nieortodoksyjnej, socjalistyczno-pragmatycznej, niepodległościowo-europejskiej widzieli drogę do wyzwolenia Polaka z zacofania. Wymienię przykładowo dwa nazwiska: Brzozowski, Abramowski. Ten trzeci to Jan Strzelecki, świadek II wojny światowej i humanistyczny mędrzec, tak wstrętnie zamordowany przez męty społeczne. Nie chodzi wcale o naśladownictwo, lecz o zbliżony format wolnego duchem i otwartego sercem Człowieka, o skalę pasji (zaangażowania) poznawczej, humanistycznej, antropologicznej. Nie chodzi mi o ich wszystkie poglądy, lecz o żarliwość stawiania pytań swojej epoce. Chodzi mi o absolutną aktywność moralną i intelektualną. Po wprowadzeniu stanu wojennego napisałem wiersz zatytułowany Z powodu pytań zniesiono odpowiedzi. Teraz możemy w sposób wolny stawiać pytania, ale nie mamy odpowiedzi jednoznacznych, optymistycznych. Świat po raz kolejny się przepoczwarzył, ale to jest mój świat. Wolny i demokratyczny. Jedno jest pewne: musimy skończyć z idolatrią potęgi ekonomiczno-towarowo-finansowo-wojenno-rozrywkowego Molocha.

Może nasze czasy zaprzeczyły ich wartościom, które były im bliskie, jak postęp, socjalizm humanistyczny, praca, samorealizacja we wspólnocie społecznej lub narodowej? Sam nie wierzę ani w Historię jako taką, ani w Człowieka jako takiego, tym bardziej w jakikolwiek Kościół, Partię, Pop Kulturę, Ortodoksję ideologiczną. Jednak, żeby zachować społeczną nadzieję oraz społeczne pojęcie postępu (np. w etyce życia codziennego), żeby poszerzyć uczestnictwo konkretnego człowieka i jego wspólnoty, trzeba nowatorsko przemyśleć pojęcia takie jak wspólnota rodzinna i ogólnoludzka, uniwersalizm kultury humanistycznej, postęp technologiczny w służbie dobra człowieka i świata, pokój i bezpieczeństwo społeczne, narodowe, światowe, jedność życia planetarnego w procesie odchodzenia od absolutyzowania stechnicyzowanej i konsumerskiej wizji rozwoju ludzkości jako agresora i nienasyconego konsumenta. Te nadzieje już występowały, te wszystkie programy naprawcze już były, wszystko to wiemy, lecz różnimy się znacznie od pokoleń wcześniejszych tym, że brakuje nam odwagi i nadziei na poszukiwanie (niekonwencjonalnych) dróg wyjścia, że obawiamy się, że nie potrafimy ocalić naszego rodu jak i naszej planety. Interesuje nas chwila, ten moment, ten stan chcemy przedłużać, jesteśmy zabiegani w codzienności, która nas i siebie zjada; wielkie idee wyparowały, przyszłość nas niepokoi, nie porywa do nowatorskich planów. A może nic złego nam się nie zdarzy? Popatrujemy na eschatologiczne wizje filmowe i kaznodziejskie, ale to hałaśliwa rozrywka, zazdrościmy odwagi i ufności ludom wyzwalającym się z niewoli dyktatur, ale sami jesteśmy przecież wyzwoleni i szukamy nowej niewoli; stać nas jeszcze na pewne odruchy obronne i humanitarne, na biesiadne i sportowe zgromadzenia, ale nie ruszamy na podbój rzeczywistości, a jeżeli tak, to jedynie w imię prywatnych interesów i sukcesów. Utopie nasze unurzaliśmy we krwi. Wystarczy! A jednak powraca przeszłość jako utajony gniew, jako irracjonalny zew, jako mit i fantazmat. Zło staje się coraz bardziej atrakcyjne, dostępne, rozrywkowe, dopuszczalne, w zasięgu ręki, monitora, telefonu, bomby. Typowy okres kryzysowy, przedzawałowy, wręcz przedwojenny. Żyjemy na krawędzi wulkanu, ale patrzymy w stronę błękitnego morza. Przygotowujemy się do zagłady, ale jeszcze możemy zmienić kanał w telewizorze.

Nie lubię etykietek takich jak „materializm”, „spirytualizm”, „idealizm”, że nie wspomnę o innych „izmach”, które w ubiegłym wieku doprowadziły do zbrodni przeciw człowiekowi. Nie podoba mi się też „socjalizm”, „kapitalizm”. Nie wierzę w „lewicę” i „prawicę”. Noszą w sobie zużyte konotacje. Prawica i lewica, jedna stara kurwica! Ale jakoś trzeba rzeczywistość nazywać, szufladkować. Nie wiem i nie będę wiedział, jak nazwać moje pragnienie, gdy myśląc o odnowie życia społeczno-politycznego, którym nie będzie rządzić wolny rynek niewolników, totalitaryzm państwa, kult towaru, rozrywki, spektaklu, kłamstwa, w którym nie będzie dominacji przemocy państwowej, kościelnej, światopoglądowej, niesprawiedliwości społecznej, po raz kolejny jak tylu przede mną w XX stuleciu zastanawiam się nad „trzecią drogą”, tym razem obywatelsko-duchową Demokracją Jedności Świata. Jest to najpewniej mrzonka, wiem, chodzi mi o projekt uniwersalnego państwa etycznego („politeistycznego, w politycznym, a nie religijnym, rozumieniu decentralizacji władzy, światologicznego państwa etycznego Demokracji Jedności Świata”). Wiem, że brzmi to śmiesznie i naiwnie, kiedy ludzkość jest irracjonalna, historia nieobliczalna, natura okrutna, śmierć nieodwracalna, Bóg martwy albo nieznany (ukryty), a kosmos obojętny? Tylko nowa religia mogłaby unieść taki wielki ciężar odnowy sensu życia, co z kolei spowodowałoby nowy wzrost przemocy na świecie. I tak w kółko. Pozostaje wyimaginowana estetyka etyki mijającego bezpowrotnie dnia.

Takie właśnie myśli (myślątka) przelatywały przez moją głowę w czapce oraz w kapturze, kiedy szedłem przez puściutki ogród botaniczny (buki, moje ulubione drzewa, buk-bóg-bug; puk-puk-puk: idę sobie szczęśliwy pan sam, sam pan, tik, tak, tak, bo tak). Cieplarnie, chowające się przed uciążliwym wiatrem pary staruszków. Staruszkowie niemieccy to cała moja historia podejrzeń — raz, że żyli i coś robili za Hitlera; dwa — są na emeryturze i nad wyraz są aktywni, starając się trzymać prosto; trzy — są uprzejmi i sympatyczni; cztery — mają rumiane policzki i białe włosy (ach te trwałe niemieckie!) i znajdują się wszędzie, szczególnie w muzeach, na koncertach, prelekcjach. Dochodzę do ratusza w Steglitz. Tutaj tłum ludzi na zakupach i na spacerach. Otwarte sklepy. Knajpy i restauracje tym bardziej. Zbliżam się do dużej księgarni zajmującej parter i pierwsze piętro budynku. Księgarnia popularna, dobrze przygotowana na przyjęcie klientów — kanapy, kawiarnia, liczna obsługa. Tutaj i wszędzie na półkach księgarskich wśród autorów polskich znajduję utwory Gombrowicza, Kapuścińskiego, Mrożka, Borowskiego, Różewicza, Leca. W dziale książek angielskich znajduję słynną już biografię Mao autorstwa Jungi Chang i Iona Hallidaya. Nie kupuję, ponieważ polskie tłumaczenie jest już w drodze. Przypomina mi się śliczna scena uratowania tonącego Mao przez Forresta Gumpa. Hitler, Stalin. Hitler, Stalin! A ten tyran Mao? Jeszcze większy zbrodniarz! Mao po chińsku znaczy „królik”! Jak ci wszyscy lewaccy maoiści z Francji, Włoch i Niemiec mogli go kochać, w niego wierzyć i propagować jego czerwoną książeczkę? Cyniczni manipulatorzy zbiorową wyobraźnią. Na studiach dwukrotnie na początku lat 70. zaszedłem pod Ambasadę Chińskiej Republiki Ludowej w Warszawie, aby popatrzeć na jej wystawione gabloty. Miałem w ręku też tę osławioną czerwoną książeczkę. Jak i zieloną Kadafiego. Nie brało mnie to zupełnie. Zawsze nienawidziłem propagandy, kaznodziejstwa, tyranii, zniewolenia, obłudy. Co do Wietnamu, to byłem za Hanoi przeciw Amerykanom, bo Wietnamczycy walczyli od lat z obcym najeźdźcą, kolonistami, imperialistami (Francuzami, Amerykanami, Chińczykami), i nadal tak uważam. Po co nam ten Afganistan, na przykład! To też wojna neokolonialna. Zresztą w Afganistanie nikt nigdy nie wygrał. W ulicznym tłumie szukam wejścia do podziemnej stacji. Nie znajduję S1, więc biorę U9 i w Zoologischer Garten przesiadam się na S7 i jestem w Wannsee. Kiedy docieram na miejsce, mija prawie siedem godzin, od kiedy wyruszyłem.

Po krótkim odpoczynku siadam i notuję. Pamiętam o uwadze, że obcy kraj można poznać (intuicyjnie) w jeden dzień albo (naukowo) w sto lat. Niemcy są dla siebie mili, grzeczni, taktowni, ale bez fałszywej uprzejmości. W metrze czytają, a w jego monitorach pojawiają się anonse wydarzeń kulturalnych i reklamy poważnych książek. Raz przeleciał aforyzm Leca. W muzeach i na koncertach licznie bywają, dzieci chodzą na zajęcia estetyczne w muzeach i galeriach. Jako turysta jestem życzliwie obsługiwany. W księgarniach bogactwo książek własnych i tłumaczonych (tak było zawsze, nawet w okresie kryzysu Niemcy przodowały w produkcji wydawniczej i czasopiśmienniczej w Europie). W metrze widziałem też filmik interwencyjny: młodociany faszysta sprayem maluje na murze swastykę, a obserwująca go dziewczyna przerysowuje ją na znak pokoju. Czuli są na przejawy rasizmu, faszyzmu. To stale gorący problem. A nasze swastyki na polskich osiedlach? Antysemickie tagi Juden raus! Tutaj nie do pomyślenia! Podobnie z partiami radykalnej prawicy. Są, szczególnie na wschodzie kraju, ale alians z nimi jest niemożliwy.

Czytelne są tutaj przejawy rasizmu, neonazizmu, lecz szybko ukracane. Nie wiem, czy słusznie rząd bawarski zakazuje publikacji Mein Kampf Hitlera, bo wolność słowa jest najważniejsza. Znam zaledwie fragmenty tej ohydy, ale dla mnie ohydą również są, a więcej tego czytywałem, przeklęte i skuteczne dziełka Lenina i Stalina. Czytelne są też niemieckie sygnały odchodzenia od „wojennej, historycznej winy”. Dotychczasowy, oficjalny patriotyzm konstytucyjny nie wystarcza, patriotyzm narodowy powraca legalnie, bo czemuż by nie, na stadiony, ulice, zgromadzenia, do szkół, polemik prasowych, w ogóle do czynnej polityki: „Jesteśmy wzorową demokracją, jesteśmy wreszcie zjednoczeni, przerobiliśmy winę niemiecko-żydowską w sposób wzorcowy, możemy ponownie pouczać i poprawiać inne narody. To nie my kwestionujemy program wspólnej Europy, partnerstwo francusko-niemieckie stoi w miejscu nie z naszej winy, nikt nie musi się nas bać, ale okres pomocy samarytańskiej się skończył, chodzi nam o zabezpieczenie narodowych interesów ekonomicznych; rosyjski wschód ma surowce, zawdzięczamy mu pokojowe zjednoczenie, ufamy mu, zaczyna się nowa gra o hegemonię”.

Jakie przyjąć lepiszcze? Reaktywowane Prusy, skoro Berlin ponownie stolicą? Czy lepiej II Rzeszę z 1871 roku — państwo zjednoczonych, bogatych, szybko się rozwijających, potężnych Niemiec? A następnie odtworzenie Mitteleuropy? Zhołdowanie Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Słowenii, Chorwacji, a czemu nie i Polski? No i sojusz z Rosją, jeśli nie strategiczny, to taktyczny przynajmniej. Polska sama nie ma żadnych szans i prędzej czy później się ukorzy.

W Odkryciu nieba Harry Mulischa Stalin jest wcieleniem nieludzkiego aspektu racjonalizmu. Hitler — irracjonalizmu. W tej konfrontacji wygrywa Stalin. A czy była trzecia droga? Demokracja? Maoizm? Psychoanaliza? Islamizm? Humanizm etyczny, heroiczny, humanizm szlachetny? Wydaje mi się, że jedynym rozwiązaniem jest postawa egzystencjalna, tzn. że jedynie pojedyncze i etyczne „ja” może stać się drogą wyzwolenia, miejscem sądu moralnego, krytycznego, sensotwórczym polem świata otwartego, partnerskiego, współodczuwającego. I to ja jest bezbronne wobec zła systemu, państwa, ideologii i wobec własnego zła, ale ma też ogromną broń: świadomą drogę do oświecenia, do samowiedzy, do połączenia aktywnej etyki z gorejącym umysłem współczucia i współistnienia. Jedynie wolne, nietchórzliwe, odpowiedzialne Ja łączy się z drugim Ja w celu zbudowania obywatelskiego społeczeństwa. Komunikacja polityczna nie wymaga pojęcia wroga, aby się ukonstytuować, co zakładają modne ostatnio, odświeżane stare teorie. Potrzebuje wspólnej wartości, sensu, celu. Nieantagonistycznego. Inna sprawa że w naszej tradycji judeo-rzymsko-chrześcijańskiej (islamskiej) koncepcja wroga, obcego, narodowego boga, wybranego narodu wywodzi się z dualistycznej wizji świata. W chińskiej myśli jest to nieobecne, ale ich przemienność, metamorfoza (dobra w zło i odwrotnie), panteizm, brak boga osobowego wcale nie wyklucza nienawiści, agresji, nieczułości. Słynne chińskie tortury, zbrodnie przeciw ludzkości, podobnie jak japońskie! Japończycy — schowani pod nuklearnym parasolem atomowym USA — świętują rocznice zagłady nuklearnej Hiroszimy i Nagasaki, ale w ogóle nie utożsamiają tej tragedii ze swoimi wcześniejszymi zbrodniami przeciwko ludzkości, które popełniali w imię swojej wyższości rasowej, kulturowej, cywilizacyjnej. Widocznie tacy jesteśmy jako gatunek — skazani na irracjonalizm rozumu i racjonalne zło z powodu lęku przed śmiercią i okrutnym światem społecznych i przyrodniczych praw.

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści